Выбрать главу

– Trudny? – spytałem. – W jakim sensie?

Egoizm – odparł. Wypowiedział to słowo tak, jakby miało tłumaczyć wszystko. – Dopiero po chwili dodał: – Jestem trochę próżny i zdarza mi się myśleć tylko o sobie. Bardzo lubiłem moją pracę w ośrodku. Zdawałem sobie sprawę, że stracę w oczach pracodawców, jeżeli moja rodzina opuści Steamboat i wyjedzie do Japonii. Firma nie odniosłaby się ze zrozumieniem do naszych kłopotów. – Zawiesił głos i potrząsnął głową. – Mogłoby to zagrozić mojej karierze.

– Więc w końcu żona uległa?

– Tak. Uznała… moje racje. Parę tygodni później poszliśmy po raz pierwszy do doktora Wellego.

– Całą rodziną?

– Najpierw rozmawiał z Mariko. Tylko z nią. Potem z Eri i ze mną, oddzielnie. Na koniec przyjął nas wszystkich razem. Chodziliśmy do niego oddzielnie w ciągu jednego tygodnia, a w następnym zaprosił wszystkich i przedstawił nam swój plan działania. Określił go jako program leczenia. Zaproponował, że będzie rozmawiał z Mariko dwa razy w tygodniu, żeby jej pomóc… przeobrazić się w młodą kobietę. Chciał też spotykać się co tydzień na zmianę z moją żoną i ze mną, aby nam pomóc w kierowaniu córką w tym trudnym okresie jej życia. Opisał Mariko jako osobę zawieszoną między dwiema kulturami, która czasami traci równowagę psychiczną. Powiedział, że nie jest przygotowana do porzucenia żadnej z tych kultur, a gdybyśmy ją zmuszali, żeby wybrała którąś z nich, albo pozbawili ją tej czy tamtej, mogłaby się zbuntować. Nasze kłopoty pogłębiłyby się tylko, a powrót do Japonii wcale by ich nie rozwiązał.

Terapia zaproponowana przez Wellego wydała mi się sensowna i trafnie dobrana. Uzmysłowiłem sobie zarazem, że spodziewałem się czegoś znacznie bardziej spektakularnego i wydumanego. Może nie doceniałem umiejętności zawodowych doktora Wellego?

Welle spotykał się z państwem Hamamoto przez dwa miesiące. Z każdym z małżonków po sześć razy. Psychoterapia Mariko trwała nieco dłużej. Chodziła do doktora dwa razy w tygodniu przez pierwszy miesiąc i raz w tygodniu przez następne dwa. W sumie odbyła szesnaście wizyt. Hamamoto zaproponował, że przejrzy stare rachunki, gdyby konieczne było ustalenie dokładnej ich liczby.

Obecnie kasa chorych z pewnością nie zaakceptowałaby takiej terapii u psychoanalityka. Ale Mariko leczyła się w roku 1988, kiedy opieka zdrowotna nie podlegała tak surowym ograniczeniom. Psycholodzy często wykorzystywali ówczesny system i znacznie przedłużali terapię. Nie odniosłem jednak wrażenia, aby doktor Welle dopuścił się w tym przypadku jakiegokolwiek nadużycia. Leczenie, które zaaplikował Mariko, nie było ani przesadnie długie, ani zbyt krótkie. Po prostu w sam raz.

Taro zauważył, że zerkam na zegarek.

– Zdaję sobie sprawę – powiedział – że nasz czas się kończy. Spróbuję jak najkrócej przedstawić to, co mi jeszcze pozostało. Jak powiedziałem wcześniej, doktor Welle bardzo nam pomógł. Sprawił, że moja żona i ja lepiej rozumieliśmy niebezpieczeństwa czyhające na nasze córki. Nauczył nas, jak możemy pomóc dziewczynkom wrócić na właściwą drogę. Był wrażliwy na problemy różnic kulturowych, z którymi musieliśmy sobie radzić. Ani Eri, ani ja nie chcieliśmy bowiem odrzucić japońskich tradycji. Nie wiem, co mówił i co doradzał Mariko, ale nie mieliśmy z nią więcej żadnych kłopotów, jeśli chodzi o narkotyki i o chłopców.

Wyczułem, że Hamamoto chce, bym zachęcił go do rozwinięcia tego ostatniego stwierdzenia. Nie zrobiłem tego, więc postukał czubkiem palca w zegarek i powiedział:

– Musi pan pędzić do samolotu. Zanim pan odejdzie, z przyjemnością podpiszę to upoważnienie. – Sięgnął po leżącą na stole kartkę i położył ją przed sobą. – Jestem panu wdzięczny za zainteresowanie sprawami mojej… rodziny. Proszę pozdrowić doktora Wellego, kiedy go pan zobaczy. – Wyjął długopis z kieszeni spodni i złożył podpis na formularzu.

Wsunąłem upoważnienie do torby.

– Dziękuję panu za rozmowę – powiedział Hamamoto. – To, co pan robi, daje mi pewną nadzieję. Podniosło to moją rodzinę i mnie bardzo na duchu.

Ja także podziękowałem mu za spotkanie.

– Gdybyśmy mieli okazję porozmawiać znowu, mógłbym opowiedzieć panu o mojej drugiej córce, Satoshi. Studiuje zoologię w Stanford, w Kalifornii. Pewnie już prawie nie pamięta, jak się żyje w Japonii. Może powinien pan wziąć pod uwagę także rozmowę z nią. Pod pewnymi względami znała Mariko dużo lepiej ode mnie.

– Czy zgodziłaby się na spotkanie?

– Oczywiście. Jeśli pan pozwoli, zostawię panu numer jej telefonu. Uprzedzę ją, że pan zadzwoni.

Dziesięć minut później byłem już na pokładzie boeinga 747, który miał mnie zabrać z powrotem do Denver. Dopiero gdy wszedłem po schodkach, spojrzałem na kartę pokładową i stwierdziłem, że mam miejsce w pierwszej klasie. Stewardesa nie umiała wytłumaczyć, jakim cudem zostałem przeniesiony do części oddzielonej zasłoną ale zasugerowała mi z przekornym uśmiechem, abym „nie narzekał na los, który spływa niczym promień słońca”.

Podejrzewałem, że nieznanym dobrym wróżkom pomógł Taro Hamamoto. Wyraziłem mu w myślach swoją wdzięczność i ochoczo przyjąłem kieliszek szampana, który zaproponowała mi mądra stewardesa.

Część trzecia

Daremny trud

13.

Kilka lat temu, wkrótce po rozwodzie z pierwszą żoną, byłem na uroczystym przyjęciu weselnym w klubie tenisowym Phippsa w Denver. Przyjechałem tam w bardzo kiepskim nastroju, a wyjechałem porządnie ululany. Kolega, który odwiózł mnie do domu, twierdził, że próbowałem poderwać druhnę panny młodej.

W pamięci pozostał mi dość mglisty obraz tamtego przyjęcia. Zapamiętałem ogromną halę pokrytą szklanym dachem. Ściany z czerwonej cegły porosły bluszczem, a całość stanowiła pomnik wzniesiony na początku stulecia przez rodzinę, która miała za dużo pieniędzy i która chciała w ten sposób wyrazić swoją pogardę dla kaprysów pogody w Kolorado.

Halę otaczał rozległy ogród, pełen uroczych cienistych zakątków. Pamiętam parę dzięciołów, które przywoływały swych towarzyszy, waląc gdzieś w górze dziobami. A może była to tokująca para? Przyznaję szczerze, że nie znam się na tyle na amerykańskich dzięciołach, żeby odróżnić ich płeć. W każdym razie ich jednostajne stukanie ochłodziło nieco moje zapędy wobec pięknej damy, którą uwodziłem w tempie, jakiego później żałowałem.

Nie zachowałem w pamięci wielu szczegółów z przyjęcia, ale jestem pewien jednej rzeczy: para, która tamtego popołudnia zawarła związek małżeński, rozwiodła się.

Tym razem moim celem nie była tenisowa hala, ale pałac Phippsów. Budynek i pobliskie urządzenia sportowe zostały zapisane przez rodzinę Phippsów uniwersytetowi w Denver, ten zaś udostępniał je miastu na różne wydarzenia, od przyjęć weselnych i żydowskich ceremonii religijnych, aż po szczyt ośmiu najbardziej uprzemysłowionych krajów świata. Efektowna budowla wykorzystywana też była na zgromadzenia organizacji politycznych popierających prezydentów, gubernatorów i innych polityków.

Pani Trish z waszyngtońskiego biura kongresmana Wellego poinstruowała mnie, abym stawił się przed głównym wejściem za kwadrans jedenasta z dokumentem tożsamości.

Pałac Phippsów, wielka georgiańska budowla z czerwonej cegły, wznosi się na niewielkim pagórku nieopodal hali tenisowej. Otoczony jest eleganckimi budynkami, zbudowanymi na terenach, które rodzina Phippsów nazywała prawdopodobnie swoimi gruntami. Chciałem wjechać na obszerny podjazd do pałacu, ale zatrzymali mnie dwaj rośli mężczyźni w szarych garniturach. Odpowiedziałem uśmiechem na ich surowe gesty nakazujące jechać dalej i skręciłem dopiero w najbliższą przecznicę, aby zatoczyć wielkie koło i wrócić pod tenisową halę.