Welle uniósł brwi i spojrzał na Barretta. Odniosłem wrażenie, że wymienili jakiś tajemny sygnał, którego nie umiałem odczytać.
– Wolałbym nie rozpoczynać rozmowy w ten sposób – rzekł – obawiam się jednak, że będę musiał nie zgodzić się już na wstępie. Jej przypadek nie był bynajmniej nieszczęśliwy. Przeprowadziłem podręcznikową terapię. Wykonałem dobrą robotę, a nawet świetną. Oczywiście zamordowanie biednej dziewczyny było wielkim nieszczęściem. Ohydna zbrodnia.
– Niedawno rozmawiałem z ojcem Mariko i…
– Naprawdę? Jeśli będzie się pan z nim widział znowu, proszę mu przekazać moje najlepsze życzenia. Wciąż jeszcze przynajmniej raz na tydzień modlę się za niego i za Eri. Jak miała na imię ta ich mała córeczka?
Domyśliłem się, że chodzi mu o młodszą siostrę Mariko.
– Ma pan na myśli Satoshi?
– Tak, Satoshi. Ta tragedia zupełnie ją załamała. Najpierw zaginięcie. Potem odkrycie podwójnego morderstwa. Było z niej naprawdę urocze stworzenie.
Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem fotokopię upoważnienia, które Hamamoto podpisał w Vancouver.
– Oto kopia upoważnienia podpisanego przez pana Taro Hamamoto na udostępnienie mnie i Locardowi informacji o przebiegu psychoterapii jego córki – wyjaśniłem.
Po kartkę sięgnął Phil Barrett, ale wyjąłem ją z jego rąk i podałem Wellemu. Obawiam się, panie Barrett, że będzie pan musiał zostawić nas teraz samych – powiedziałem. – Nie jest pan upoważniony do zapoznania się z jakimikolwiek poufnymi informacjami na temat leczenia Mariko Hamamoto. Zezwolenie pana Hamamoto obejmuje tylko mnie i stałych członków Locarda. Pańska obecność nie jest więc prawnie uzasadniona.
Znowu wymienili porozumiewawcze spojrzenie. Welle pochylił się nad dokumentem i powiedział:
– Jestem pewien, że Taro nie miałby nic przeciwko temu, aby Phil usłyszał to, co mam do powiedzenia o jego córce. Phil był wtedy szeryfem okręgu Routt, więc dokładnie zna sprawę.
Zawiesił głos, jakby czekał na moją reakcję na wiadomość o udziale Barretta w prowadzonym przed laty śledztwie. Nie zareagowałem jednak.
– Pana Taro tu nie ma – odparłem – nie może więc dać swego zezwolenia. A ja nie wątpię, że nikt w pana sytuacji nie ryzykowałby złamania tajemnicy lekarskiej. Nawet w odniesieniu do jakichś tam drobiazgów, Ray. – To „Ray” gładko wypłynęło z moich ust. Uśmiechnąłem się. Tętno zaczęło mi wracać do normy.
Welle zwilżył wargi koniuszkiem języka.
– Obawiam się, Phillip, że nasz gość ma rację. Ma za sobą zarówno etykę, jak i prawo. Z taką kombinacją ciężko się walczy, nawet w Waszyngtonie. Musisz więc opuścić nas na parę minut. Będziesz mógł wrócić, gdy przejdziemy do rozmowy o rzeczach niezwiązanych z tym tematem.
Barrett podniósł się z fotela i wyszedł.
– No cóż, niewiele mogę panu powiedzieć. O ile pamiętam, leczenie Mariko zakończyło się pełnym sukcesem. Dziewczyna miała pewne problemy z przystosowaniem się i kilka drobnych grzeszków na sumieniu. Zwykłe problemy związane z dorastaniem i przystosowaniem się do życia w Ameryce. Poradziła sobie z nimi. Pomogłem jej w tym. Całkowite wyleczenie.
Uśmiechnąłem się.
– Miło mi to słyszeć. Taro Hamamoto powiedział mi w zasadzie to samo. Mój problem z Mariko polega na tym, że sam nie wiem, czego chciałbym się o niej dowiedzieć. Może więc krótko przedstawię zadanie, jakie wyznaczył mi Locard, a potem pan sam zdecyduje, co powinienem wiedzieć o leczeniu, jakie pan zastosował? – Powtórzyłem przygotowany wywód o tym, że poznanie Mariko mogłoby naprowadzić na ślad jej mordercy.
Welle słuchał mnie cierpliwie. Dopiero gdy skończyłem, spytał:
– Więc przypuszcza się, że tych dziewcząt nie zabił ktoś obcy?
– Nie znam aktualnych hipotez ekspertów Locarda, Ray. Wiem tylko, że uznali za celowe przygotowanie portretów psychologicznych ofiar i o ich opracowanie poprosili mnie.
– Phil i jego chłopcy przeprowadzili dokładne śledztwo w tej sprawie. Oczywiście, na miarę ówczesnych możliwości. Dziś mamy szybsze komputery, lepszą technikę, większą wiedzę. Może to pomóc w robocie waszej grupie. Ale jeśli dobrze pamiętam, wykluczono wówczas możliwość, że mordercą był ktoś, kto znał dziewczęta. FBI podzieliło tę opinię.
– Jak myślę, Locard woli przyjąć, iż niewskazane jest sugerowanie się jakimikolwiek dawnymi domysłami.
Welle pokiwał głową.
– To tak, jakby zaczynali od wynalezienia koła, prawda? Trudno dyskutować z taką postawą. Odnosili w końcu sukcesy. Choćby z tą sprawą w Teksasie. Fantastyczne. Muszę przyznać, że zrobiło to na mnie wrażenie.
– Tak, sukcesów im nie brakowało. Może rozpoczniemy od przedstawienia, o co chodziło w tej terapii. Jakie konkretnie problemy pomagał jej pan rozwiązać?
– Niech sobie przypomnę… – zmarszczył brwi, jakby chciał zademonstrować, że intensywnie myśli. – Już wiem. Przyłapano ją z porcją narkotyku. Miała go akurat tyle, żeby samej zapalić, ale nie na sprzedaż. Szkoda, że nie ma tu Phila. Na pewno pamięta, jak to było z tym ćpaniem. Matka zbytnio ją osłaniała. Ojciec zachowywał się rozsądniej, ale był właściwie nieobecny, rozumie pan, zajęty pracą. Miał wysoką pozycję w ośrodku. Mariko próbowała odnaleźć się jakoś w nowej dla niej kulturze, wśród nowych koleżanek i kolegów, nowych pokus. Problemy wieku dojrzewania.
– Wspomniał pan o koleżankach i kolegach. Czy uważa pan, że łatwo ulegała ich wpływowi?
– Łatwo? Nie, tego bym nie powiedział. Miała bliską przyjaciółkę… tak, Tami, Tami Franklin, dziewczynę o bardzo silnej osobowości. Muszę przyznać, że Tami nie zawsze pociągała dzieciaki w kierunku pożądanym przez ich rodziców. Ale była urodzonym przywódcą. Z pewnością miała wpływ na Mariko.
– Tami została zamordowana razem z nią.
– Oczywiście, oczywiście. Wiem o tym. Ale Tami wywierała wpływ na wiele dziewcząt z miasta, nie tylko na Mariko. Taką już miała naturę. Z powodu tej dziewczyny wielu rodziców ze Steamboat Springs spędziło wiele bezsennych nocy.
– A co z chłopcami?
– Tami zawsze miała jakiegoś chłopaka. A Mariko? – Welle pokręcił głową i mlasnął językiem. Wie pan, trudno mi sobie przypomnieć. Myślę, że mogła mieć, ale nie pamiętam, aby podawała mi jakieś szczegóły.
Zaciekawiło mnie, dlaczego Welle tak dużo wiedział o Tami Franklin. Czyżby Mariko opowiadała mu o niej w trakcie leczenia? A co z innymi koleżankami? – spytałem.
– Jestem pewien, że Mariko mówiła mi o kilku. Ale nie pamiętam ich imion. Upłynęło tyle lat. Myślę, że w tej sprawie mogliby panu pomóc Franklinowie. Dziewczynki spotykały się całą gromadą.
– A kłopoty w szkole?
Tego także nie pamiętam. Raz tylko przyłapano ją na ćpaniu i… zaraz, całkiem mi to wyleciało z pamięci. Kiedy przyłapała ją policja, moczyła się na golasa z paroma chłopakami w gorącym źródle w Parku Truskawkowym. Były też, oczywiście, kłamstwa.
– Kłamstwa?
– Mariko nie mówiła rodzicom prawdy o tym, dokąd chodzi i z kim. Bardzo się tym przejęli. Być może tak reagują ludzie z tamtego kręgu kulturowego. Ja jednak uznałem, że to nic niezwykłego u nastolatki. A już na pewno nie żadna patologia. Próbowałem skłonić Taro i Eri, żeby spojrzeli na sprawę w szerszym kontekście.
– Robił pan jakieś badania?