Выбрать главу

– Ma pan na myśli badania psychologiczne? Nie, żadnych. To nie była moja specjalność. W razie potrzeby dawałem skierowanie.

– Czy skierował pan Mariko na takie badania?

– Nie – odparł bez wahania. – Nie było takiej potrzeby. Już to powiedziałem. W jej przypadku chodziło wyłącznie o skorygowanie pewnych odchyleń w procesie dojrzewania.

Jak ona była, Ray? – zapytałem przyciszonym głosem. – Chodzi mi o typ osobowości.

Na twarzy Wellego pojawił się mimowolny, jak mi się zdawało, uśmiech.

– Pełna energii. Mówiła z wyraźnym akcentem, mieszając japoński z angielskim. Wypowiadała poszczególne wyrazy tak, jakby ćwiczyła ich wymowę. Była odrobinę nieśmiała, ale miała w sobie taki… taki blask, którym po prostu promieniała. Jak ranne słoneczko. Za mało wierzyła w siebie. Ale była dowcipna i… wrażliwa. I piękna. Och, piękna, bardzo piękna. – Jego oczy zwilgotniały. – Oglądał pan jej zdjęcia, prawda? Była naprawdę uroczą osóbką. Jej straszna śmierć… – zacisnął pięści -… także śmierć mojej żony, popełnione na niej morderstwo… to przeklęte, krwawe oznaki tego, co w tym kraju jest chore. Zdecydowałem się na radiowe audycje, żeby spróbować uzdrowić tę sytuację. Zostałem członkiem Kongresu, aby podjąć próbę wymuszenia zmian. Z tego samego powodu chcę zostać senatorem. I bawię się w te idiotyczne lunche promujące zbieranie funduszy.

Jego słowa poruszyły mnie, ale miałem świadomość, że jestem poddawany manipulacji. Zdawałem sobie sprawę, iż Raymondowi Welle zależało na tym, żeby mnie poruszyć. Czułem się jak pies na smyczy, którego wyprowadzono na spacer. Zastanawiało mnie też, dlaczego Ray tak ochoczo zmieniał fakty ze swojej przeszłości. O miejsce w Kongresie ubiegał się przecież po raz pierwszy, bez powodzenia zresztą, na długo przed śmiercią żony. Czemu więc starał się wykazać, że jej zamordowanie stanowiło dla niego motywację do podjęcia działalności politycznej?

Raymond powiedział jeszcze kilka zdań o Mariko, a w końcu stwierdził:

– Myślę, że czas poprosić tu z powrotem Phila. Zobaczymy, co będzie miał do dodania. – Zanim zdążyłem zaprotestować, wstał i ruszył do drzwi.

Pierwsze słowa Barretta brzmiały:

– Jesteśmy spóźnieni, Ray. W hali czekają już ludzie. – Odwrócił się do mnie i dodał: – Przykro mi, doktorze, ale musimy kończyć.

Zerknąłem na zegarek. Czas, który mi obiecano na rozmowę, nie został jeszcze wyczerpany. Nie mogłem się jednak sprzeciwiać. Spodziewałem się, że jeszcze spotkam się z Wellem, podejrzewałem też, że prośba, którą chciałem mu przedstawić na koniec, sprawi mu pewne kłopoty, wolałem więc go nie zrażać.

Potrzebna mi była kopia historii choroby Mariko. Materiały te powinien zdobyć Phil Barrett w pierwszej fazie śledztwa, zaraz po odnalezieniu zwłok dziewcząt. Ale w policyjnej teczce nie było żadnych dokumentów pochodzących od Raymonda Wellego.

– Domyślam się, że jest pan dzisiaj bardzo zajęty. Bardzo sobie cenię, że poświęcił mi pan swój czas, panie reprezentancie. I pańską szczerość. Jeszcze tylko jedno. Będzie mi potrzebna kopia dokumentów z leczenia Mariko. Diagnozowanie, program kuracji, notatki z rozmów z rodzicami. Locard nalega, aby były to pisemne dokumenty. Powinny znaleźć się w protokole - powiedziałem, choć prawdę mówiąc, ten ostatni warunek wymyśliłem sam.

– Z całą pewnością już ich nie mam – odparł Raymond Welle po chwili wahania, która trwała nie dłużej niż pół sekundy. – Obawiam się, że wszystkie papiery z okresu mojej praktyki lekarskiej poszły na przemiał.

– Mam nadzieję, że nie. Przepisy stanowe wymagają, aby przechowywać takie dokumenty przez piętnaście lat po zakończeniu leczenia. – Nie byłem pewien, jaki okres wymieniono w odpowiednich przepisach, ale podejrzewałem, że Ray jest jeszcze większym ignorantem ode mnie pod względem znajomości regulaminów Stanowego Inspektoratu do spraw Lekarzy Psychologów.

Welle westchnął.

– Czyżby? Nie wiedziałem o tym. – Jego twarz przybrała bardziej pojednawczy wyraz. – Nasi prawodawcy wypuszczają czasami tak bzdurne przepisy… – stwierdził z komicznym grymasem. Każę zajrzeć do tych szpargałów. Phil, mógłbyś poprosić kogoś, żeby odprowadził doktora Gregory do drzwi? Obiecałem, że wykonam dodatkowo parę tych kretyńskich telefonów – powiedział z uśmiechem i pomachał na pożegnanie ręką.

Barrett odprowadził mnie do holu wejściowego. Stał tam teraz stół z gustownie ułożoną piramidą egzemplarzy wydanej przed dwoma laty książki doktora Raymonda Wellego Jak uleczyć Amerykę: recepta uzdrowiciela amerykańskiego społeczeństwa na lepszą przyszłość.

– Interesuje pana? Niech pan weźmie sobie jedną. Wszystkie są podpisane przez Raya – powiedział Barrett z fałszywą, jak mi się wydawało, przymilnością.

Skorzystałem z jego propozycji i sięgnąłem po egzemplarz książki. Barrett poszedł ze mną aż do drzwi.

– Tracicie tylko czas w tym Locardzie – powiedział. – Nie wyjaśnicie tej zbrodni. Dziewczynom i tak nikt nie przywróci życia. A morderca dalej będzie wolny. Podjął pan daremny trud, mój przyjacielu.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, odwrócił się i zniknął za drzwiami, które zamknęły się za mną.

14.

Jeden z mężczyzn w szarych garniturach blokował drogę, prowadzącą przez ogród do mojego samochodu. Okrążając długi podjazd, machnąłem mu ręką. Nie odpowiedział.

Od czasu mego przyjazdu godzinę wcześniej uliczki spokojnej willowej dzielnicy wokół pałacu przekształciły się w parking eleganckich limuzyn. Z głośników ustawionych koło hali tenisowej płynęła głośna muzyka. Zdawało mi się, że słyszę jakąś balladę w wykonaniu Barbry Streisand. Przyszło mi do głowy, że Barbra nie byłaby tym zachwycona. Przystanąłem na chwilę, gdy w głośnikach zabrzmiał przebój Gartha Brooksa, ale urwał się nagle, ustępując miejsca przenikliwemu wrzaskowi: „Daję wam kolejnego amerykańskiego senatora z wielkiego stanu Kolorado…” Oklaski zagłuszyły ostatnie słowa, które, jak sądziłem, brzmiały: „…członka Izby Reprezentantów, Raymonda Welle”. Wróciła muzyka. Przebój Gartha został zastąpiony przez jakiś patriotyczny marsz. Tytułu nie pamiętałem, pewnie Johna Philipa Sousy.

Zastanowiły mnie słowa: „Daję wam kolejnego amerykańskiego senatora…” Pomyślałem, że biorąc pod uwagę ceny kart wstępu na spotkanie z Raymondem Welle, przeprowadzano tam zapewne mnóstwo transakcji, polegających na kupowaniu i sprzedawaniu, w najgorszym razie wynajmowaniu.

Ale czy ktokolwiek coś tam „dawał”? Jeśli tak, to na pewno nie Raymond Welle.

Nie miałem okazji poznać zbyt wielu polityków działających w skali ogólnokrajowej. Oglądanie ich w telewizji, zwłaszcza w trakcie realizowania jednej z czterech głównych form ich publicznej działalności – zbierania funduszy na kampanię wyborczą, uchwalania nowych praw, oskarżania oponentów o bezeceństwa albo bronienia się przed oskarżeniami tychże oponentów o bezeceństwa – nie skłaniało mnie do sympatyzowania z nimi.

Mimo wszystko rozmowa z Raymondem Welle nie obudziła we mnie pragnienia, aby udać się biegiem pod dezynfekujący prysznic.

Nie zdziwiło mnie, że Welle jest człowiekiem gładkim i wypolerowanym jak rzeczny kamień. Byłem natomiast zaskoczony tym, że okazał się przystępny, sympatyczny i ujmujący. Był wystarczająco sprytny, aby utrzymać się w zdradliwych wodach Kongresu, ale nie obłudny. Ujął mnie też tym, że potrafił tak inteligentnie mówić o naszej wspólnej profesji. Pełne banałów radiowe audycje, które dzięki powierzchownej pseudopsychologii i pozbawionym szerszych horyzontów dyskusjom przyniosły mu popularność na skalę krajową okazały się do pewnego stopnia mylące. Nie byłem przygotowany na to, że stojący za nimi człowiek to całkiem dobry lekarz psycholog.