Выбрать главу

Uznałem, że powinienem być ostrożniejszy. Welle objawił mi się jako prawdziwy kameleon. Mógł się okazać groźniejszym przeciwnikiem, niż przypuszczałem. Bo mimo zaoferowanej mi milcząco współpracy podejrzewałem, iż Welle i jego prawa ręka Phil Barrett są moimi przeciwnikami.

Mijałem właśnie eleganckiego mercedesa z amerykańskimi flagami na obu błotnikach, gdy usłyszałem nagle, że ktoś wykrzykuje moje nazwisko.

Odwróciłem się i zobaczyłem szczupłą kobietą pod czterdziestkę. Zbliżała się do mnie od wejścia do hali tenisowej. Przystanąłem. Kobieta podniosła rękę do oczu i odsunęła przeciwsłoneczne okulary na czubek głowy.

Pomyślałem, że to nie miejscowa. Była ubrana w czekoladowy kostium z gabardyny, o wiele za ciepły na czerwcowy dzień, i miała bladą cerę, o niemal perłowym odcieniu. Torba na jej ramieniu była tak ogromna, że pod jej ciężarem lewe ramię kobiety opuściło się o jakieś dziesięć centymetrów niżej od prawego.

Pomyślałem, że przyjechała z Seattle albo z Portland.

Wiatr powiał ku zachodowi i w nozdrza uderzyła mnie mieszanka zapachu dobrych perfum i stęchłego tytoniu. Kombinacja ta przypominała woń silnego dezodorantu.

Kobieta była wysoka. Kiedy podeszła bliżej, moją uwagę przykuły jej oczy. Były ogromne, w odcieniu głębokiej zieleni przybrzeżnych wód na Karaibach.

– Doktor Gregory? Nie pomyliłam się, prawda? – spytała, znalazłszy się jakieś trzy metry ode mnie.

Cholera. Znałem jej głos. Nie pochodziła z okolic północnych wybrzeży Pacyfiku. Przyjechała tu z Waszyngtonu.

– Dorothy Levin. Rozmawialiśmy niedawno, pamięta pan? Jestem reporterką „Washington Post”.

– Och tak, oczywiście.

– To świetnie. Możemy przejść do rzeczy. Wiem już, że jest pan lekarzem, a pan wie, że jestem dziennikarką. Mówiłam też panu o artykule, nad którym pracuję – powiedziała, rozpinając kołnierzyk bluzki. – Czy tu zawsze jest taki upał? Przygotowałam się na górski klimat.

– Częsta pomyłka. Lato wzdłuż czołowego masywu bywa zwykle dość upalne.

– I bez deszczu? Niech to gęś kopnie, całkiem zaschło mi w nosie, a oczy pieką mnie tak, jakby mi ktoś nasypał piasku pod powieki.

Miałem już zamiar wygłosić dłuższą pogadankę na temat zalet pustynno-górskiego klimatu, ale dałem sobie spokój.

– Moglibyśmy gdzieś usiąść i porozmawiać? Wolałabym lokal z klimatyzacją. Mam ze trzy kwadranse do zakończenia zebrania tych gości od zbierania funduszy. Nie wpuszczają dziennikarzy. Wyrzucili mnie i muszę sterczeć na dworze w tym upale.

– Obawiam się, że w dalszym ciągu nie mam pani nic do powiedzenia.

Dorothy Levin uśmiechnęła się w sposób, który wyraźnie mówił: „Proszę nie robić ze mnie balona”. Jej uśmiech był nawet przyjemny, ale moja uwaga wciąż skupiona była na jej wspaniałych oczach i na zapachu tytoniowego dymu.

– Rozmawiał pan z nim przed chwilą, prawda? – zagadnęła.

– Z nim? – zapytałem, czując się jak złodziej, którego przyłapano na gorącym uczynku.

Skwitowała śmiechem moją niezdarną próbę udawania głupiego, ale zaraz potem spoważniała.

– Wie pan przecież, o kim mówię. O przyszłym senatorze z Kolorado Raymondzie Welle. Sześćdziesiąt dwa lata. Przystojniak. Wydatny brzuszek. Lekka nadwaga. Dopiero co spotkał się pan z nim, chyba się nie mylę?

– Nie będę… nie mam pani nic do powiedzenia. Przeciągnęła językiem po wargach.

– Wiem o waszym spotkaniu, doktorze. Próbuję tylko uprzejmie zachęcić pana do małej pogawędki. W jutrzejszym wydaniu mojej gazety znajdzie się wzmianka o pańskim spotkaniu z Raymondem Welle. Nie napiszę, o czym rozmawialiście, ponieważ jeszcze tego nie wiem. Ale wiadomość, że miał pan małe tete-a-tete z Rayem Welle tuż przed uroczystym lunchem dla jego popleczników wspierających go finansowo niedługo obiegnie cały kraj. Podtapia to inne gazety i, zapewniam pana na święte prochy mojej mamusi, będzie pan miał kupę telefonów od dziennikarzy, którzy nawet w przybliżeniu nie są tak sympatyczni jak ja.

– Po jakie licho zamierza pani to zrobić? Moje spotkanie z Wellem nie jest żadnym wydarzeniem!

Dorothy Levin przerzuciła ciężką torbę z lewego ramienia na prawe.

– Oczywiście, nie jest wydarzeniem, ale tylko na razie. Umieszczę tę wiadomość w moim artykule, żeby wykurzyć pana jak lisa z nory. A potem powie mi pan wszystko.

Nie wierzyłem własnym uszom.

– Chce mnie pani nastraszyć?

– Żartuje pan? – uśmiechnęła się drwiąco. – Ja pana zachęcam – powiedziała, machając wymownie ręką. – To… tylko zachęta. Ja proszę, pan mówi: nie. Mówię: bardzo proszę, a pan upiera się dalej. Powiadam więc: bardzo, bardzo pięknie proszę. To nic innego, jak wstępna zachęta z mojej strony. Możemy gdzieś usiąść? Laptop, który mam w torbie, waży tonę. Próbuję ich namówić, żeby mi zafundowali któryś z tych miniaturowych. Widział je pan? Ważą najwyżej parę funtów. Bardzo potrzebuję czegoś takiego. Kolorowy ekran, program do obróbki tekstów i modem. Niepotrzebna mi reszta. Po jakie licho dźwigam cały ten chłam?

Nie miałem pojęcia o dziennikarskich zwyczajach, nie umiałem więc osądzić, czy powiedziała prawdę. Czy rzeczywiście zamierzała wydrukować moje nazwisko w najbliższym wydaniu „Washington Post”? Gdyby to zrobiła, ludzie z Locarda nie byliby zachwyceni.

– Tak, możemy gdzieś pójść – powiedziałem, żeby zyskać czas na zastanowienie się. – Mój samochód stoi, za rogiem. Niedaleko jest restauracja.

– Muszę wrócić przed końcem spotkania – powiedziała, wskazując ręką halę tenisową.

– Nie mam zamiaru pani porywać, pani Levin.

– Będę mogła zapalić w samochodzie?

– W żadnym razie.

– Cholera. Koledzy ostrzegali mnie, żebym nie jechała do tego stanu. Może mi pan mówić po imieniu.

Zawsze miałem słabość do dowcipnych kobiet z charakterem. Zdążyłem polubić Dorothy Levin, nim dojechaliśmy do restauracji.

– Ciekawe, czy tu też nie będę mogła zapalić? – zapytała, zdejmując żakiet i sadowiąc się na krześle.

– Myślę, że nie.

Podszedł kelner. Dorothy poprosiła o kawę i dwa czekoladowe batoniki. Ja też zamówiłem kawę.

– Nigdy nie mam dość kalorii, kiedy jestem w drodze – powiedziała. – Pan też ma takie problemy?

– Czy moja odpowiedź znajdzie się w pani artykule? Roześmiała się.

– Pozwoli pani, że o coś zapytam. Chodzi o terminologię dziennikarską. Jak określacie sytuację, w której ja coś będę mówił, ale pani wcześniej obieca mi, że tego nie wykorzysta?

Dorothy pochyliła głowę i zamrugała powiekami.

– Zdaje się, że nazywają to głaskaniem kota pod włos. Tym razem ja się roześmiałem.

– Ale co pan ma na myśli? Żeby nie przypisywać słów konkretnej osobie? Cytować bez podania źródła? Nazywają to robieniem tła.

– Nie. Chodzi mi o to, żeby w ogóle ich nie wykorzystywać. Pani będzie je znać, ale ich pani nie wydrukuje.

– Och, chodzi chyba o dalekie tło. To zbyt wyrafinowane jak na mnie. Przykro mi, ale nie bawię się w takie rzeczy.

Kelner przyniósł kawę. Dorothy natychmiast dobrała się do swoich batoników. Jadła je, odłamując małe kawałeczki i kładąc je na czubek języka, tak jakby przystępowała do komunii.

– W takim razie – oświadczyłem – skończy się po prostu na wspólnej kawie. – Oparłem się wygodnie na krześle i podniosłem filiżankę do ust. – Proszę pisać artykuł i nie cackać się z tym wykurzaniem. Przeżyję to jakoś. – Starałem się włożyć w te słowa tyle pewności siebie, na ile było mnie stać.

Westchnęła i pogładziła się dłonią po szyi.

– Nie ma powodu, Dorothy, żeby czuła się pani zawiedziona. Ja nie skłamałem. Naprawdę nie mam żadnych informacji, które mogłaby pani wykorzystać.