Выбрать главу

– Jaka furgonetka?

– Ta, która stała za mną i odjechała po strzelaninie? Odnaleźli ją na parkingu przed wielkim sklepem niedaleko stąd.

Dorothy wyciągnęła ołówek.

– King i co dalej?

– King Soopers, przez dwa „o”. To nazwa sieci supermarketów.

– Facet przesiadł się na parkingu do innego samochodu. Sprytne. Muszę iść – powiedziała, chowając ołówek do torby. – Mam rezerwację w hotelu Giorgio. Wie pan, gdzie to jest?

– Nie.

Dorothy wzruszyła ramionami i roześmiała się.

– Ja też nie wiem. Mam nadzieję, że znajdzie się tu ktoś, kto wskaże mi drogę.

Wieczorem Lauren usiadła przy mnie na tarasie. Posprzątała już w kuchni po kolacji, a teraz przyniosła mi kieliszek koniaku. Byłem wyraźnie rozpieszczany. Siedzieliśmy w milczeniu, obserwując, jak słońce niknie powoli za łańcuchem Continental Divide.

– Piękny widok słońca – powiedziała Lauren.

– Rzeczywiście, wspaniały – przytaknąłem.

– Kochanie?

– Słucham.

– Powinieneś był poprosić o adwokata. Natychmiast.

– Miałabyś odmienne zdanie, gdybyś to ty mnie przesłuchiwała.

– Pewnie tak.

– A ja nie miałem nic na sumieniu.

– Życzyłabym sobie, żeby ta okoliczność liczyła się częściej niż w rzeczywistości – odparła i pogładziła mnie po szyi. – Cieszę się, że nic ci się nie stało. Bałeś się?

– Byłem przerażony. Ale bardziej bałem się o tę dziennikarkę. Znajdowała się dokładnie na linii strzałów. – Kichnąłem nagle i oboje aż podskoczyliśmy.

– Na zdrowie powiedziała Lauren.

– Wiesz, o czym pomyślałem zaraz potem, gdy tylko odjechała ta furgonetka? O naszym dziecku. Nie chcę, żeby któremuś z nas przytrafiło się coś złego. Czujesz czasami coś takiego?

Lauren dotknęła mojego ramienia.

– Tak, ja też miewam takie myśli. Bardzo często.

Drgnąłem znowu, kiedy uchyliły się oszklone drzwi między salonem i drugim tarasem. Nie oczekiwaliśmy żadnych gości. Zerwałem się i instynktownie zasłoniłem swoim ciałem brzuch Lauren.

– Jesteście tam? No, mam was wreszcie – odezwał się znajomy głos i na taras wszedł Sam Purdy. – Nie usłyszałem szczekania Emily, więc pomyślałem, że nie ma was w domu. Powinniście zamykać drzwi.

– Cześć, Sam – powiedziałem. – Dzięki za odwiedziny. Jak się miewają Simon i Sherry?

– Simon, jak to Simon. Mknie przez życie jak wiatr. Ale Sherry za dużo pracuje. Ludzie umierają i potrzebują kwiatów. Ludzie się żenią i potrzebują kwiatów. Ludziom lepiej się żyje, więc potrzebują kwiatów. W Boulder trudno znaleźć kogoś dobrego do pomocy. Gdzie jest pies?

– W odwiedzinach u Jonasa po drugiej stronie ulicy. Prawie nie mogą bez siebie żyć.

Sam zmierzył wzrokiem półtorametrową przerwę między tarasami.

– Powiedz Jonasowi, żeby nauczył się dzielić przyjemności z innymi. Nie zrezygnowałem jeszcze z moich pretensji do Emily – powiedział i wskazał ręką taras, na którym siedziałem z Lauren. – Jak mam się do was dostać?

Lauren przestraszyła się, że Sam zacznie przechodzić przez balustradę lub co gorsza, spróbuje przeskoczyć.

– Może raczej my przyjdziemy do ciebie. Tamten taras jest większy. Przynieść ci kieliszek koniaku?

– Nie masz piwa? Poprzednim razem poczęstowałaś mnie takim z pstrągiem na naklejce. Smakowało mi.

– Mam, oczywiście.

Sam Purdy pracował jako detektyw w komendzie policji w Boulder. Poznaliśmy się kilka lat temu przy okazji jakiegoś procesu. Zajęło to trochę czasu, ale w końcu zostaliśmy przyjaciółmi, choć różnimy się poglądami na większość spraw. On lubi broń, ujeżdżanie koni, wędkarstwo, befsztyki z polędwicy, hokej i kibicuje drużynie Milwaukee Brewers. Hokej specjalnie mi nie przeszkadzał, ale jestem zwolennikiem ograniczenia dostępu do broni, popieram ruch American Humane, nie rozumiem, jak można wypoczywać, dziurawiąc rybie pyszczki żelaznymi haczykami, staram się jeść jak najmniej wołowiny i nigdy nie mogłem sobie przypomnieć, w co grają dzielni chłopcy z Milwaukee Brewers.

Mimo to wierzę, że Sam Purdy pomoże mojemu dziecku bezpiecznie przyjść na świat.

Lauren poszła do kuchni po butelkę odella, a ja dołączyłem do Sama. Gdy znalazłem się na tarasie koło salonu, stał jeszcze przy balustradzie.

– Słyszałem od chłopaków, że robiłeś dziś uniki, żeby cię nie trafili – powiedział.

Wzdrygnąłem się.

– Dobrze usłyszałeś. Takie uchylanie się od pocisków jest dużo zdrowsze od pociągania za cyngiel na strzelnicy. Przypomina mi się, co powiedział kiedyś Winston Churchilclass="underline" „Nic tak nie cieszy, jak chybione strzały naszych wrogów”.

– Niezłe… Jest w tym sporo prawdy. Wpadłem do ciebie na wypadek, gdybyś się zastanawiał nad skutkami tej strzelaniny. Obaj ranni czują się nieźle. Zostali trafieni rykoszetami. Jednego zwolnili już ze szpitala do domu. Drugiemu mały odłamek utkwił w oku. Ale to nic poważnego.

– Mam nadzieję, że jednym z nich nie był Welle? Nikt nie chciał mi powiedzieć.

– Nie, Wellego nie było nawet w pobliżu. Znajdował się przez cały czas w budynku. A co ty tam robiłeś? Na spotkaniu Wellego ze sponsorami? Zmieniłeś poglądy polityczne? Może na takie, które i ja mógłbym zaaprobować?

Także poglądy polityczne były polem, na którym nie całkiem zgadzałem się z Samem.

– Pojechałem tam, żeby porozmawiać z Raymondem Welle o pewnej pacjentce, którą kiedyś leczył. Byłem z nim umówiony przed rozpoczęciem imprezy, a te kulki zaczęły latać, kiedy stamtąd wyszedłem.

– Co takiego? Rozmawiałeś z nim o psychoterapii?

– Tak – potwierdziłem po chwili wahania. Zdawałem sobie sprawę, że moje krótkie wahanie nie uszło uwadze Sama.

– Ale chyba nie o jakimś konkretnym przypadku? – zapytał.

– Pamiętasz A. J. Simes? – Byłem pewien, że ją pamięta. W ubiegłym roku pomógł Lauren i mnie wydostać się z kłopotów, w których rozwiązaniu brali udział A. J. i jej partner.

– Oczywiście.

– Zadzwoniła do mnie niedawno i poprosiła o pomoc w pewnym śledztwie, w którym uczestniczy. Moje zadanie obejmowało rozmowę z Raymodem Welle.

Sam oparł się łokciami o balustradę, pochylił głowę i objął brodę obiema dłońmi.

– Czy ma to związek z Locardem?

Potrząsnąłem z niedowierzaniem głową i odwróciłem się w jego stroną.

Skąd, u diabła, wiesz o Locardzie? Sam roześmiał się.

– Nie pamiętasz, że prosiłeś mnie na jesieni, żebym ją sprawdził? Chciałeś dowiedzieć się czegoś o jej przeszłości.

– Rzeczywiście.

Wystarczy, że odwrócę parę kamieni, i mam wszystko jak na dłoni. Więc pomagasz jej w dochodzeniu wszczętym przez Locarda? Kiwnąłem głową.

– Co to za sprawa? – zapytał.

– W osiemdziesiątym ósmym w Steamboat Springs zostały zamordowane dwie nastolatki. Ciała przez całą zimę leżały pod śniegiem. Odnaleziono je w czasie wiosennych roztopów.

– Zdaje się, że pamiętam tę historię. Był tam też śnieżny skuter. To ta sprawa?

– Tak.

– Przypominam ją sobie. Miały, zdaje się, poobcinane kończyny, czy coś w tym rodzaju? Jaki związek ma z tym Raymond Welle?

Sam znowu zauważył moje wahanie.

– Czyżby A. J. prosiła cię, żebyś mi nic nie mówił? – zapytał, nie czekając na odpowiedź.

Niezupełnie – odparłem. Postanowiłem być z nim szczery. – Welle praktykował wtedy w Steamboat jako psycholog. Wiedziałeś o tym? I w ramach swojej praktyki przeprowadził psychoterapię jednej z ofiar morderstwa. Wtedy był tylko lekarzem, nie prowadził jeszcze radiowej audycji ani nie zajmował się polityką.