Выбрать главу

Sam zamyślił się. Pewnie się zastanawiał, dlaczego A. J. nie chciała, aby się dowiedział o moim udziale w pracach Locarda. I dlaczego uznała, że ja mogę im w czymkolwiek pomóc.

– A więc odbyłeś rozmowę z Wellem? – mruknął po chwili. Tak. Spotkaliśmy się przed tą pukaniną.

Zaczął oglądać swoje paznokcie, a potem zapytał na poły żartobliwym tonem:

– Oczywiście, nie powiesz mi, czego się od niego dowiedziałeś?

– Przykro mi, Sam – odparłem.

– A dlaczego kręciłeś się po okolicy? Przecież wasza rozmowa odbyła się przed jego wyborczą imprezą.

– Przyczepiła się do mnie pewna dziennikarka. Myślała, że mogę coś wiedzieć na temat nielegalnych praktyk stosowanych przy zbieraniu funduszy na kampanię wyborczą.

I te praktyki miałyby dotyczyć Wellego?

– Tak.

Sam uniósł leciutko brwi.

– A ty wiesz coś na ten temat?

– Nie, nic.

Pociągnął za mały palec lewej raki, aż dał się słyszeć lekki trzask w stawach, a potem powtórzył tę sztuczkę z palcem prawej dłoni. Jego milczenie rozdrażniło mnie.

– Lauren też pomaga w sprawie. Tej prowadzonej przez Locarda. Chcą wykorzystać jej układy w miejscowych kręgach prawniczych.

Oszklone drzwi za naszymi plecami otworzyły się i na taras wbiegła ze szczekaniem Emily. Od razu rozpoznała naszego gościa. Lubiła Sama i omal nie ścięła go z nóg, okazując mu swoją sympatię. Lauren skarciła sukę i podała Samowi butelkę piwa z żarłocznym pstrągiem na nalepce.

Sam z zainteresowaniem przyjrzał się butelce.

– Nigdy bym nie pomyślał, że tak zasmakuję w tym twoim piwku – mruknął kręcąc głową. – Co się ze mną dzieje?

– Właśnie opowiadałem Samowi o Locardzie – rzekłem.

Staliśmy nadal przy balustradzie. Słońce skryło się już za horyzontem i zachodnia część doliny zaczęła się pogrążać w mroku. Lauren przysiadła za naszymi plecami na brzeżku spłowiałego od deszczu i słońca tekowego krzesła.

– Ach, tak! – powiedziała cicho.

16.

Jeszcze przed kolacją Lauren upiekła ciasto. Teraz przeprosiła nas i wróciła do kuchni, aby przybrać je poziomkami.

– Sam, czy doszły cię jakieś słuchy o pogróżkach pod adresem Raymonda Wellego? Kiedy tam byłem, miałem wrażenie, że naokoło kręci się mnóstwo ochroniarzy.

Sam pokręcił przecząco głową.

– Nikt nie wspominał o żadnych pogróżkach. Mnóstwo ochroniarzy o niczym nie świadczy. Kontrowersyjni politycy zawsze podróżują z mocną obstawą. A Welle jest kontrowersyjny. Czy ty słyszałeś coś o pogróżkach?

– Nie. Pociągnął łyk piwa.

– Zastanowiłeś się nad możliwym związkiem – spytał – między tym, co robisz dla Locarda, a strzelaniną?

Nie. W ogóle nie przyszło mi to do głowy.

– A właściwie czemu?

Bo nie widzę niczego, co by mogło łączyć te rzeczy. Sam ziewnął ukradkiem.

– Musisz przyznać, że było to żałosne usiłowanie zabójstwa. Kompletna amatorszczyzna. Strzelanie z pistoletu dziewięć milimetrów z odległości przeszło trzydziestu metrów? Do celu, który nie był nawet wyraźnie widoczny?

– To nie było całkiem tak, Sam. W drzwiach pokazał się facet, który przypominał Wellego. Poza tym nie zdziwiłbym się, gdyby strzelał jakiś amator. Sam powiedziałeś przed chwilą, że Welle jest kontrowersyjnym politykiem. Bez wątpienia wzbudza spore niezadowolenie wśród ludzi, którzy opowiadają się za swobodnym dostępem do broni i nie chcą, żeby ograniczać ich prawa w tym zakresie.

– A ja uważam – odparł Sam, stukając paznokciem w krawędź krzesła – że podjęcie na nowo śledztwa w sprawie dawnego morderstwa wzbudza niezadowolenie wśród ludzi, którzy są nie tylko zwolennikami broni w prywatnych rękach, ale mają na sumieniu dawno popełnione zabójstwa. Pamiętasz, co się mówi o śpiącym psie. Że lepiej go nie budzić.

Sam często posługiwał się niedomówieniami, każąc mi zgadywać różne rzeczy.

– Myślisz, że ktoś próbował nie dopuścić, żeby Welle rozmawiał ze mną o dawno popełnionym morderstwie? – zapytałem.

Wzruszył ramionami. Wpatrywał się właśnie w trawy rosnące poniżej tarasu.

– Jesteś pewien, że dziennikarka, z którą rozmawiałeś, nic nie wie o śledztwie prowadzonym przez Locarda?

– A po co miałaby wprowadzać mnie w błąd? Sam roześmiał się.

– Mój Boże, nie byłaby pierwszą dziennikarką, która wprowadza w błąd człowieka udzielającego jej informacji. Dobre sobie.

– Nie sądzę, żeby coś wiedziała – stwierdziłem z uśmiechem.

– A Welle nie rozmawiał z tobą wykrętnie?

– Owszem, robił pewne uniki. W końcu jest politykiem. Ma to we krwi. Sam uśmiechnął się chytrze.

– To zbyt łatwe wytłumaczenie. Możliwe, że wie o czymś, co wolałby przed tobą ukryć. Jakikolwiek związek z dawno popełnionym morderstwem, choćby przypadkowy, nie jest rzeczą, o jakiej marzy polityk startujący w wyborach do senatu.

Przez moment zastanawiałem się nad odpowiedzią.

– Jak pewnie pamiętasz – rzekłem w końcu – Raymond Welle całkiem zręcznie wykorzystał zamordowanie żony. Jadąc na tej fali, zdobył ogólnokrajową popularność, a potem miejsce w Kongresie. Nie sądzę, żeby to śledztwo mogło mu zaszkodzić, nawet jeśli dowie się o nim opinia publiczna. Prawdopodobnie wykorzystałby tę okoliczność na poparcie swoich wywodów o naszym zdegenerowanym społeczeństwie.

– Zamierzasz spotkać się z nim ponownie? Pomyślałem o dokumentach, o które go prosiłem.

– Chyba tak. Prawdopodobnie będę z nim jeszcze rozmawiał.

– Chcesz dobrej rady? Miej oczy otwarte, gdy się z nim spotkasz. Może się okazać, że sprawy nie wyglądają tak, jakby się zdawało.

– Ale zdarza się – odparłem – że to, co wydaje się czarne, rzeczywiście jest czarne.

Sam potrząsnął głową, dając mi do zrozumienia, że go nie zrozumiałem.

– Te dawne, umorzone śledztwa… nigdy nie są zamknięte na dobre, zwłaszcza dla ludzi, którym ich wznowienie mogłoby zaszkodzić. Im głębiej poruszysz taką sprawę, tym groźniejsza może się okazać. Jak z tym śpiącym psem – dodał na zakończenie.

– Chcesz powiedzieć, że nie podoba ci się to, co robi Locard?

– Nie, nie to miałem na myśli. Chcę dać ci do zrozumienia… nie, chcę cię zapewnić, że to, co robi Locard, nie spodoba się temu, kto zamordował tamte dziewczyny. Pamiętaj o tym.

Na taras weszła Lauren z radosną wieścią że deser jest gotowy. Sam dopił piwo jednym długim łykiem i podniósł się, żeby wejść do środka.

Po wyjściu Sama zadzwoniłem do A. J. Na wschodnim wybrzeżu była już prawie jedenasta. Odniosłem wrażenie, że A. J. jest bardzo zmęczona. Zapytałem ją, jak się czuje.

– Nie najgorzej – odparła.

Słyszała o strzelaninie pod halą tenisową, gdyż była to jedna z czołowych wiadomości w programach ogólnokrajowych, ale nie wiedziała, że byłem świadkiem tego wydarzenia. Okazała jednak niewielkie zainteresowanie. Dała do zrozumienia, że informacje, jakie wkrótce otrzyma od członków Locarda pracujących dla FBI, będą bardziej wiarygodne od moich impresji. Pytała głównie o rozmowy z Taro Hamamoto i z Raymondem Welle, była też ciekawa moich spostrzeżeń na temat kuracji zastosowanej przez tego ostatniego.

Podzieliłem się z nią konkluzją, że Welle wykonał naprawdę przyzwoitą psychoterapeutyczną robotę i że, jeśli idzie o problemy, z którymi borykała się Mariko, oraz rezultaty leczenia, jego wersja pokrywa się z tym, co powiedział mi Taro Hamamoto.

– Hamamoto nie podał żadnych informacji o swojej córce, których byśmy nie znali – zakończyłem. – Wciąż stara się jakoś pogodzić z tym, że zamordowano mu dziecko.