Выбрать главу

– A czy ty nie robiłbyś tego samego na jego miejscu? – spytała.

– Jasne, że tak – odparłem i obiecałem, że niedługo przefaksuję jej szczegółowy raport z mojej podróży do Vancouver. – Czy Locard wie coś o aresztowaniu Mariko i Tami z powodu narkotyków jakieś sześć, osiem miesięcy przed ich zaginięciem? – zapytałem.

– Nie, nic nam o tym nie wiadomo. Za co konkretnie je aresztowano?

– Za posiadanie. Według tego, co mówi Taro Hamamoto, zostały przyłapane na paleniu marihuany razem z paroma turystami.

– I co?

– Oskarżenie zostało wycofane. Dlaczego Locard nic o tym nie wie?

– Nie mam pojęcia. Ale przyjrzę się sprawie.

Opowiedziałem A. J. o kontaktach z Dorothy Levin. Zaczęła mnie szczegółowo wypytywać o przebieg obu rozmów – bezpośredniej i telefonicznej i aż dwukrotnie prosiła o zapewnienie, że Dorothy Levin nic nie wie o śledztwie prowadzonym przez Locarda.

Zapewniłem ją o tym i podzieliłem się podejrzeniem, że dziennikarka ma informatora w biurze Wellego w Waszyngtonie. A. J. zdawała się podzielać moje domysły.

Omówiliśmy strategię na najbliższy okres. Poleciła mi, abym opisał wszystko, co zrobiłem do tej pory, i nie podejmował żadnych dalszych kroków, dopóki nie zostaną spenetrowane inne ścieżki.

– Jakie ścieżki? – zapytałem.

– Niedługo ci powiem – odparła. – A na razie pod żadnym pozorem nie kontaktuj się z Wellem bez uzgodnienia tego ze mną.

– Czy mogę prowadzić rozmowy z innymi osobami, które znały obie dziewczyny?

– Nie ma wśród nich kogoś z otoczenia Wellego?

– Nie.

– To w porządku. Wiesz co, Alan? Wykonujesz wspaniałą robotę.

– Daj spokój, A. J. I jeszcze jedno…

– Słucham?

– Chciałbym porozmawiać z drugą córką pana Hamamoto.

– Przypuszczałam, że zgłosisz taką propozycję. Myślisz, że to coś da?

– Była wystarczająco dorosła, gdy zamordowano Mariko, może więc udzielić ważnych informacji o stylu życia siostry. W materiałach, które mi przesłałaś, nie ma żadnej wzmianki o rozmowach z nią.

– Żadnych? Jesteś pewien?

– Sprawdziłem dwa razy.

– W takim razie przygotuj plan spotkania. Ja porozmawiam z zarządem i dam ci znać, gdyby wyłonił się jakiś problem.

Ledwie odłożyłem słuchawkę, telefon znowu zadzwonił.

– To ja, Dorothy. Przeżył pan jakoś całe to zamieszanie?

– Tak. Znalazła pani hotel?

– Tak. Gdyby kiedykolwiek go pan szukał, jest to czarne szklane pudło na tyłach jakiegoś banku. Dzwonię, bo… Jestem po prostu ciekawa pańskich wrażeń. Jak pan patrzy na to teraz, kiedy wszystko się uspokoiło i żadne kulki nie świszczą nam już koło uszu. Czy ten ktoś rzeczywiście strzelał do Wellego? Jak pan myśli?

Przez chwilę zastanawiałem się, jak odpowiedzieć. Już otwierałem usta, kiedy Dorothy odezwała się znowu:

– Niech się pan nie obawia. Nadal robimy dalsze tło. – Usłyszałem, że coś gryzie. – Można tu zamawiać wszystko do pokoju. Hotel prowadzą jacyś Włosi. Uwielbiam zamawianie do pokoju. A pan?

– Mam w Boulder znajomego glinę, który uważa, że jeśli ktoś chciał zabić Wellego, to okazał się kompletnym fuszerem. Strzelał z nieodpowiedniej broni na źle dobraną odległość, do źle zidentyfikowanego celu i w niesprzyjających okolicznościach.

– Zgadza się pan z jego zdaniem?

– Wiem tylko tyle, co sam widziałem. Że ktoś strzelał w kierunku wejścia do budynku, w którym kontrowersyjny kongresman zbierał fundusze na kampanię wyborczą do Senatu. Nie potrafię rozstrzygnąć, czy on był celem zamachu. Ale nie mogę również tego wykluczyć.

– Ano właśnie. Próbuję ustalić, jakie osoby znajdowały się wtedy blisko wejścia, żeby ewentualnie wyeliminować je jako przypuszczalne cele zamachu. Mam nazwiska dwóch ludzi, których zraniły odłamki, i paru innych. Wie pan może, co to za jedni?

– Niestety nie wiem. Trzymam się z dala od kręgów bogatych białych facetów po pięćdziesiątce. Ale myślę, że większość tych nazwisk znajdzie pani w lokalnych gazetach i stacjach telewizyjnych.

– Przypuszczałam, że ich pan nie zna. Właśnie lecą wiadomości na kanale drugim, ale nie podają żadnych nazwisk. A ja nie mogę czekać, aż ukażą się miejscowe gazety. Mam tylko pół godziny na napisanie tekstu. – Usłyszałem, że zapala papierosa. – Na szczęście można jeszcze palić w hotelowych pokojach w tym stanie. Dobre i to, prawda? Bałam się, że będę musiała wyłazić na dach, żeby zapalić. – Zaciągnęła się głęboko i wypuściła dym. – Ucieczka tego rewolwerowca była dobrze zaplanowana, nie sądzi pan? Nie było w tym żadnej amatorszczyzny. Miał pan rację, mówiąc, że biała furgonetka została znaleziona pod pobliskim supermarketem. Jak to się nazywa? King Soopers? Skąd oni wytrzasnęli tę nazwę? Już Winn Dixie była wystarczająco idiotyczna. Ale King Soopers? Gdyby to pana interesowało, furgonetka została skradziona wczoraj w nocy w… Aurorze. Zdaje się, że to coś w rodzaju przedmieścia. Na razie nie mają żadnego świadka, który by widział, jak facet przesiadał się do innego samochodu. Założę się, że po prostu wysiadł z furgonetki, wszedł do supermarketu jednymi drzwiami, wyszedł drugimi i wsiadł do innego auta.

Jej przypuszczenie wydało mi się sensowne.

– Czy wraca pani jutro do Waszyngtonu? – spytałem.

– Mogłabym, ale na poniedziałek zaplanowałam kilka spotkań w Steamboat Springs w sprawie tego finansowania kampanii wyborczej. Czy to daleko od Denver? Może zostanę tam na weekend.

– Jeśli pojedzie pani samochodem, podróż zajmie ponad trzy godziny, pod warunkiem, że nie zgubi pani drogi w górach.

A mogłabym polecieć samolotem? Jest tam lotnisko?

– Tak. W Yampa Valley.

Nikotyna wyraźnie dodawała jej animuszu.

– Świetnie. Może tak zrobię. Jak się pisze to „Yampa”? Y-a-m-p-a? Tak, jak się mówi? Boję się, że będę lecieć którymś z tych małych samolotów. Nie cierpię ich. Są za bardzo podobne do… wanien. Wolę odrzutowce. Nie wiem, dlaczego nadal ich używają…

Ja też nie wiedziałem, ale podejrzewałem, że Dorothy nie interesuje moje zdanie w tej kwestii, bo natychmiast wróciła do swojej paplaniny.

– Wie pan, że Welle, odkąd został wybrany do Kongresu, nie udzielił ani jednego wywiadu na temat zamordowania jego żony – ani dla prasy, ani dla radia czy telewizji. To trochę dziwne, prawda? Nie przestawał o tym mówić, kiedy prowadził ten swój program radiowy. A wie pan, że jej rodzice… Mam na myśli rodziców żony Wellego. Pamięta pan, została wzięta jako zakładniczka i zastrzelona. Więc jej rodzice mieszkają o parę przecznic od miejsca, gdzie byliśmy dziś rano. Właściwie nie mieszkają, bo tak bogaci ludzie nie mieszkają tylko w jednym miejscu, ale w każdym razie mają tam dom. Ona tam spędziła dzieciństwo. To znaczy Gloria, żona Wellego. Tuż za skrzyżowaniem, na którym zostały porwane dzieciaki Coorów. Zła okolica, jeżeli porywano tam dzieci takich bogaczy. O Jezu! Jeszcze jedna! Niech pan zaczeka.

Kogo ona zobaczyła?

– Na mój pokój przypuściły szturm nocne ćmy – wyjaśniła po chwili. – Latają jak pijane. Nie patrzą, tylko pikują prosto na człowieka. Do tego jakieś takie brudne…

Roześmiałem się głośno.

– Są nieszkodliwe – powiedziałem. – To wędrowny gatunek. Za parę tygodni już ich nie będzie.

– Cholera. O mało nie wylądowała mi w ustach. Paskudztwo. Zapewniam pana, ta jedna zniknie stąd znacznie prędzej. – Usłyszałem głośne pacnięcie. – Dostała!

Nie wiedziałem, że rodzice Glorii, byłej szwagierki Lauren, mieszkali tak blisko pałacu Phippsów. Ale i nie dostrzegłem w tym fakcie nic, co mogłoby mieć jakieś znaczenie.

– Z kim chce się pani spotkać w Steamboat? – spytałem.