Pani burmistrz Steamboat dwukrotnie wystąpiła przed kamerami, ale nie powiedziała nic istotnego. Przypuszczałem, że szybko skreślono ją z listy osób zasługujących na poświęcanie im czasu antenowego. Państwo Franklinowie trzykrotnie zwracali się do telewidzów o pomoc i apelowali do sumień porywaczy. Za każdym razem w tle widać było milczącą sylwetkę młodego Joeya. Państwo Hamamoto nie wystąpili w programach kanału dziewiątego ani razu.
Moją uwagę przykuł reportaż nakręcony w liceum. Zapisałem nazwiska dyrektora i dwóch nauczycieli, którzy znali obie dziewczyny, a także trzech przyjaciółek Tami i Miko.
Miałem coś, od czego mogłem zacząć.
Spojrzałem na zegarek. Za dwadzieścia minut powinienem przyjąć pierwszego pacjenta w moim gabinecie w śródmieściu. Nalałem Emily świeżej wody i popędziłem do drzwi.
Nasz dom stoi przy końcu wysypanej żwirem polnej drogi, z której, prócz Lauren i mnie, korzystają tylko Adrienne i jej syn Jonas. Jeśli ktoś wjedzie na tę drogę, oznacza to, że albo przyjechał do nas, albo zabłądził. Nikt też tu nie parkuje, bo nie ma na to miejsca. Na żwirowej drodze mogą wyminąć się z trudem dwa małe samochody, a pobocza są miękkie jak cukrowa wata.
Zdziwiłem się więc, widząc nissana pathfindera stojącego na poboczu po zachodniej stronie drogi. Nie było go tam, gdy mniej więcej przed godziną wracałem z rowerowej przejażdżki. Dojeżdżając do niego, maksymalnie zwolniłem.
W pierwszej chwili nie zauważyłem kierowcy. Dopiero gdy zatrzymałem się naprzeciwko auta, dostrzegłem mężczyznę na przednim siedzeniu. Wydawał się tak samo zaskoczony jak ja.
Machnąłem mu ręką i opuściłem szybę w drzwiach. On także.
– Cześć – powiedział z ustami pełnymi jedzenia. Usłyszałem radio nastawione na jakąś lokalną stację.
– Czy mogę w czymś pomóc? – spytałem. Mężczyzna przełknął i uśmiechnął się.
– Nie sądzę, żebym potrzebował pomocy.
Wyglądał na dwadzieścia parę lat, był barczysty i krótko ostrzyżony, a z jego lewego ucha zwisał mały srebrny kolczyk. W prawej ręce trzymał plastykowy kubek z jakimś napojem, w lewej połówkę długiej bułki polanej ketchupem.
– To jest teren prywatny – powiedziałem.
– Tak? Nie wiedziałem o tym – odparł mężczyzna. – Zaraz odjadę.
Zapisałem palcem na zakurzonej desce rozdzielczej jego numer rejestracyjny. Dojechawszy do południowej obwodnicy Boulder, zatrzymałem się i czekałem, aż zobaczyłem, że samochód opuszcza sąsiedztwo mojego domu.
Spóźniłem się oczywiście na seans z pierwszym pacjentem. Po przyjęciu dwóch następnych miałem półgodzinną przerwę, która ledwo wystarczała, aby zdążyć na piechotę do śródmiejskiego centrum handlowego w Boulder po zamówioną część do roweru i kupić coś do jedzenia, co pozwoliłoby mi przetrwać jakoś do kolacji.
Wybiegłszy tylnymi drzwiami z gabinetu, ruszyłem podjazdem w kierunku ulicy. Niewiele brakowało, a w pośpiechu nie zauważyłbym białego nissana pathfindera, który stał przy krawężniku naprzeciwko budynku. Ujrzawszy go, zatrzymałem się i obejrzałem przez ramię. Podszedłem do samochodu. Kierowcy nie było.
Spojrzałem na tablicę rejestracyjną. Numery zgadzały się z tymi, które zapisałem wcześniej.
Byłem pewien, że obecność tego samochodu najpierw w pobliżu mojego domu, a teraz gabinetu nie jest przypadkowa. Postanowiłem wrócić do gabinetu, zadzwonić do Sama Purdy’ego i poprosić go sprawdzenie numerów podejrzanego nissana. W tym momencie zobaczyłem młodego mężczyznę, który wcześniej siedział za jego kierownicą. Siedział na chwiejącej się poręczy ganku wiktoriańskiego budynku, w którym znajdował się mój gabinet i czytał „Boulder Planet”.
Ruszyłem po chodniku w jego stronę. Mężczyzna nie zauważył mnie. Nucił coś pod nosem, pogrążony w lekturze.
– Co za spotkanie – powiedziałem, stając na stopniach ganku. – Czy czeka pan na mnie?
– Słucham? O, kurczę, to znowu pan! – zwinął gazetę i wstał. Górował nade mną o co najmniej dwadzieścia centymetrów. Musiał mieć ze dwa metry wzrostu.
Odruchowo zrobiłem krok do tyłu.
– Tak, to ja – powiedziałem.
– Nie zauważyłem, że pan idzie. Zobaczyłem pański samochód i pomyślałem, że będzie pan wychodził tymi drzwiami – wskazał wejście od frontu, a potem zaczął wycierać dłonie o drelichowe spodnie koloru khaki. – Pozwoli pan, że się przedstawię. Nazywam się… Kevin – dokończył po krótkiej pauzie i wyciągnął rękę.
Wszedłem na ganek i przywitałem się z nim. Miał potężną dłoń, ale prawie nie odwzajemnił uścisku, tak jakby się bał, że zrobi mi krzywdę.
– Alan Gregory, miło mi. Podejrzewam, że znał pan wcześniej moje nazwisko – powiedziałem spokojniejszym tonem.
– W każdym razie teraz już wiem, do kogo należy. Gdybym wiedział, że to pan, przywitałbym się z panem na tamtej dróżce koło pańskiego domu. Poczułem się tam trochę tak, jakbym został przyłapany na gorącym uczynku. To było krępujące. Nazywam się Kevin. Kevin Sample – uśmiechnął się ujmująco. – Jak słyszę, rozpytuje pan ludzi o sprawy, które miały związek z moim ojcem.
Stwierdziłem, że będę musiał odłożyć odebranie nowej korby do roweru.
– Tak, rzeczywiście, szukam takich informacji - rzekłem i zaprosiłem Kevina do gabinetu.
Okazało się, że Sample studiuje weterynarię w Fort Collins, filii Uniwersytetu Stanu Kolorado. Nie pytałem go o szczegóły, ale domyśliłem się, że chce zostać specjalistą od dużych zwierząt.
Wśród ludzi, których ostatnio poznałem, większość stanowili moi nowi pacjenci, z właściwą im skłonnością do zamykania się w sobie, oraz osoby powiązane jakoś z życiem i śmiercią Tami i Miko, postępujące według sobie tylko wiadomych, nieznanych mi motywów i planów. Kevin okazał się tak różny od obu tych kategorii, że zdumiał mnie całkowicie. Odniosłem wrażenie, że jest pozbawiony choćby odrobiny przebiegłości.
– Mieszkał pan niedawno w pewnym hotelu w Steamboat – powiedział. – Właścicielka, pani Libby, od dawna przyjaźni się z moją rodziną. Zadzwoniła do mojej matki i powiedziała, że pytał pan o okoliczności śmierci Glorii Welle. O dawna czekam na zjawienie się kogoś, komu będzie naprawdę zależało na wyjaśnieniu, co naprawdę tamtego dnia zrobił mój ojciec. Postanowiłem przyjechać do pana i porozmawiać o nim. Kto wie, może taka rozmowa pomoże nam obu.
Uznałem, że nie powinienem mówić, iż chodziło mi o zdobycie nowych informacji nie o jego ojcu, lecz o Raymondzie Welle.
– W jaki sposób mogłoby to pomóc panu? – spytałem.
– Denis był moim bliźniaczym bratem. Wiedział pan o tym?
– Nie, nie wiedziałem – odparłem.
– Nie byliśmy podobni z wyglądu, ale byliśmy do siebie bardzo przywiązani. – Uśmiechnął się znowu, ale zaraz spoważniał. – W niecały rok straciłem dwie osoby, które były dla mnie najważniejsze. Najpierw brata, potem ojca. A z powodu tego, co ojciec zrobił w ostatnim dniu swego życia, straciłem wszystkich przyjaciół. Przestałem chodzić do szkoły, a po kilku latach wyjechałem razem z mamą ze Steamboat. Moja mama nigdy nie pogodziła się ze śmiercią Dennisa. I nie była w stanie pojąć tego, co zdarzyło się przy Silky Road.
Czekałem wciąż na wyjaśnienie, w jaki sposób rozmowa o ojcu mogłaby mu pomóc. Ton jego głosu sprawił, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie myśli o tym, by zwrócić się do mnie o lekarską poradę.