Выбрать главу

Percy Smith powiedział mi, że Phil Barrett grał z Joeyem. Dlaczego więc Barrett skłamał? Spojrzałem na zegarek, żeby nie dostrzegł zakłopotania na mojej twarzy. Zauważył, że patrzę, która godzina.

– Niech się pan nie niecierpliwi. Zaczęli o wpół do dziewiątej na polu golfowym w Sheratonie. Powinien wrócić lada chwila.

– Rozumiem – odparłem. Miałem świadomość, że Barrett skłamał w sprawie znajomości z Joeyem Franklinem. Uznałem jednak, że przyciskanie go teraz byłoby niezręczne. Zapytałem więc: – Mieszka pan tutaj, kiedy nasz reprezentant przyjeżdża do miasta? Mam na myśli ranczo.

Skinął głową.

– Mam ciągle dawne mieszkanie w mieście, ale je wynajmuję. Jest położone w dobrym miejscu, więc nieźle mi się to opłaca. Lepiej, jeśli jestem tu, na miejscu, i pilnuję spraw szefa, żeby nic nie przeciekło przez szpary w drzwiach na zewnątrz. Takie mam zadanie – ochraniać go przed ciemnymi typami. Myślę o nim jak o graczu stojącym na pozycji quarterbacka. A siebie lubię widzieć w linii ofensywnej. Bez fanfar, ale na ważnym miejscu. Taka jest moja rola. Ochraniam Raya Wellego przed wrogami.

Rzeczywiście, pomyślałem, masz, bracie, odpowiednie wymiary, żeby grać na takiej pozycji. Ale zachowałem to dla siebie.

– Czy to nie ironia losu, że zamieszkał pan w końcu tutaj? Po tym, co się stało?

Barrett wzruszył ramionami. Najwyraźniej nie widział w tym nic dziwnego.

Strzeliłem palcami, tak jakbym przypomniał sobie o czymś.

– Byłbym zapomniał o czymś ważnym, o czym chciałem z panem pogadać, Phil. Pamięta pan te dwie dziewczynki, Mariko i Tami? Słyszałem, że na kilka miesięcy przed ich zaginięciem miał pan z nimi jakieś kłopoty. Chodziło, zdaje się, o narkotyki i o pływanie na golasa w Parku Truskawkowym.

– Niech się zastanowię – odparł i zamyślił się. Byłem pewien, że dokładnie wie, o co pytam. Pewnie więc potrzebował chwili czasu, żeby przygotować i wygładzić na poczekaniu fałszywą wersję. Tak, przypominam sobie, były u mnie z takich powodów. Zdaje się, że właśnie po tym wypadku dziewczyna z Japonii zgłosiła się do Raya z problemami psychicznymi. Pamięta pan? Ależ oczywiście, musi pan pamiętać, przecież przyjechał pan tu, żeby rozmawiać z Rayem o leczeniu tej dziewczyny. Zgadza się?

Starałem się nie okazać, że coś się „nie zgadza”. Nie mogłem się jednak powstrzymać od przypomnienia imienia i nazwiska owej „dziewczyny z Japonii”.

– Chodziło o Mariko Hamamoto – powiedziałem. – Koleżankę Tami Franklin. Wie pan, zdziwiło mnie, że w materiałach śledczych nie ma żadnej wzmianki o aresztowaniu obu dziewczynek. Przejrzałem je bardzo dokładnie. Czy fakt, że ten drobny incydent nie został włączony do śledztwa, nie niepokoi pana?

Phil Barrett odchrząknął nerwowo.

– Nie, nie powiedziałbym tego.

– A czy miałby pan coś przeciwko temu, aby mi wyjaśnić, dlaczego?

– Czy miałbym coś przeciwko? A czy muszę się z tego tłumaczyć? – odparł Barrett i uderzył się dłonią w kolano. Jego reakcja wydała mi się dość zabawna.

– Więc wyjaśni mi pan tę kwestię?

– Jasne, że tak. Powodem braku wzmianki o aresztowaniu jest to, że one w ogóle nie zostały aresztowane. Nie postawiono im żadnych zarzutów. Po przywiezieniu dziewczynek na posterunek rozmawiałem osobiście z ich rodzicami. Doszliśmy do rozsądnego porozumienia. Powiedziałem, że pociągnę je obie do odpowiedzialności, jeżeli to się powtórzy. I nie miałem z nimi więcej żadnych kłopotów aż do… no, tego… rozumie pan.

– Tak, rozumiem – powiedziałem.

Jego wyjaśnienia nie przekonały mnie jednak. Taro Hamamoto był pewien, że jego córka została aresztowana i oskarżona o popełnienie przestępstwa. Albo więc na tyle słabo znał nasz system prawny, że nie zrozumiał, co się właściwie wydarzyło, albo Barrett kłamał.

– Jako szeryf starałem się być wyrozumiały – wyjaśnił Barrett. – A one były dobrymi dziewczynami, które popełniły błąd. Uznałem, że nie powinny płacić za ten błąd do końca życia. To wszystko.

20.

W oddali na drodze podniósł się obłok kurzu. Ktoś nadjeżdżał. – Założę się, że to nasz reprezentant – powiedział Phil Barrett, patrząc w tamtą stronę.

Rozglądając się po ranczu, można się było pomylić w ocenie odległości. Brama przy Silky Road była widoczna z ganku, ale wiodąca do niej polna dróżka schodziła w dół i wiła się wzdłuż wyschniętego potoku, gdzie niewielkie jej odcinki ginęły z oczu patrzącemu od strony domu. Dopiero kawałek dalej wznosiła się znowu w kierunku domu.

Razem z Philem obserwowałem w milczeniu pióropusz kurzu ciągnący się za samochodem Raymonda Wellego, który jechał przez wysuszoną nieckę w pobliżu potoku, a potem wśród wysokich traw na ostatnim odcinku drogi.

– Ray uwielbia to ranczo – odezwał się Phil. – Wprawdzie urodził się i wychował w Manitou Springs, ale nazywa tę posiadłość rodzinnym domem.

Nie wiedziałem, że Ray pochodził z Manitou, ale nie wydawało mi się, aby miało to jakieś znaczenie.

– Myślę, że nietrudno polubić to ranczo – powiedziałem.

Phil spojrzał na mnie ostro, jakby podejrzewał mnie o złośliwość. Postanowiłem uspokoić jego obawy.

– Większość z nas może tylko marzyć, żeby mieć coś takiego, no nie, Phil?

– Pewnie – kiwnął głową Barrett, wyraźnie udobruchany.

Auto Raymonda Wellego zatrzymało się w końcu przed domem. Był to śnieżnobiały hunwee. Zaskoczyło mnie trochę, że Welle sam prowadził potężny pojazd. Z domu wybiegła mu na spotkanie młoda kobieta w dżinsach, która wcześniej przyniosła mi kawę. Zastanawiałem się, czy należało to do jej obowiązków. Ray wysiadł, nie wyłączywszy silnika. Lekki wiaterek, który wiał mu w plecy, poniósł na ganek jego dźwięczny głos:

– Kije są w bagażniku, Sylwio. Tym razem muszę je zabrać do Waszyngtonu. Zapakuj je ostrożnie, dobrze? Wolałbym nie zobaczyć jakichś zadrapań na tym nowym, do wybijania.

Nie usłyszałem czegokolwiek w rodzaju: „proszę” czy „dzięki”. Barrett podniósł się z fotela. Ja też wstałem.

– Wiesz co, Phil? – zawołał Welle z odległości dobrych dwudziestu metrów od ganku. – Joey dał się pobić o trzy uderzenia. Na czwartym dołku, pamiętasz go? To ten z łączką nad potokiem. Po moim wybiciu, które było tak fantastyczne, że zostało mi jedno uderzenie na niecały metr od dziury, pewnie celowo umieścił swoją piłkę w piachu. Mogę więc powiedzieć, że wygrałem z nim na jednym dołku. Przy świadkach. Porządny chłopak. Jezus, Maria, naprawdę porządny. To ładnie z jego strony. Piękny gest. Życzyłbym sobie tylko mieć czas na zagranie z nim do osiemnastu dołków. Kto wie, może znowu by mi się poszczęściło? – Wyjął z kieszeni piłkę golfową i uniósł ją nad głowę. – Zachowałem piłkę z tej partii. Podpisał mi ją nawet. Kiedy Joey wygra w końcu któryś z największych turniejów, będzie to sympatyczna pamiątka – dodał i schował piłkę do kieszeni. – Hej, Alan, Alan! Witam w Silky Road. Nie ma pan pojęcia, jak jestem wdzięczny, że dostosował się pan do moich planów wyjazdowych. To miło z pana strony. Bardzo uprzejmie. Proszę przekazać wszystkim swoim pacjentom moje przeprosiny za utrudnienia, jakich im przysporzyłem. – Pokonał lekko dwa stopnie ganku i wyciągnął do mnie rękę.

– Z pewnością nie zapomnę tego zrobić, Ray – powiedziałem. Ale dopiero po rozesłaniu im wszystkim kopii zaświadczenia o zwrocie nadpłaconego podatku dochodowego i potwierdzenia, że odbyłem dziś tę podróż, dodałem w duchu.

– Pocieszające jest tylko to, że prawdopodobnie nie mieszkają w moim okręgu. Nie muszę się martwić, że na mnie nie zagłosują – roześmiał się Welle i ruszył do drzwi. – Proszę do środka. Robi się tak gorąco, że można by smażyć na tych kamieniach owsiane placki.