– Spodziewałem się, że pan o nie poprosi – stwierdził Welle bez cienia uśmiechu – i przygotowałem dla pana kopie. – Wręczył mi drugą z przyniesionych przez Barretta teczek. – Jestem pewien, że znajdzie pan tu wszystko. Ale rozumie pan, że z chwilą przekazania panu tych dokumentów nie mogę ręczyć za ich świętość.
Świętość? O czym on mówi?
Skinąłem potakująco głową, otworzyłem teczkę i spojrzałem na znajdujący się na górze formularz z danymi pacjenta. Obok rubryki z punktem „Zgłoszony przez” ktoś napisał: „Cathy Franklin”. Informacja nie była dla mnie nowa. Wiedziałem od Taro Hamamoto, że Franklinowie rekomendowali jemu i jego żonie Raymonda Wellego. Gdy jednak zobaczyłem to na piśmie, ogarnęły mnie wątpliwości.
Zastanowiło mnie jeszcze coś, zapytałem więc ni stąd, ni zowąd:
– Ray, czy leczył pan także Tami Franklin? Zastanawiałem się nad tym, jak fatalnie musi czuć się psycholog, któremu zamordowano jedną z jego pacjentek. Ale nawet nie przyszło mi na myśl, że może leczył pan obie dziewczynki, jednocześnie lub w różnych okresach.
Welle potrząsnął głową.
– Pyta pan o Tami? Chce pan wiedzieć, czyją leczyłem? znowu zaczął wiercić się na fotelu. Może slipy znów podjechały mu do góry, a może zaniepokoiło go moje pytanie. – Gdybym ją leczył, nie mógłbym udzielić panu takiej informacji. Sądzę jednak, że wolno mi powiedzieć, iż jej nie leczyłem.
Bardzo zręczna odpowiedź. Raya często zapraszano do porannych audycji informacyjnych. Zaczynałem rozumieć, dlaczego. Potrafił znaleźć ciętą odpowiedź na każde pytanie.
– A Cathy? Czy udzielał jej pan jakichś porad? Obojętne, przed czy po tamtej tragedii?
– Obawiam się, że zaczyna pan łowić w cudzym stawie, doktorze. Wchodzi pan na teren prywatnych tajemnic.
– Ma pan rację. Przepraszam. Ostatnia sprawa, Ray, i dam panu święty spokój. Wciąż nie mam pewności w kwestii, która jest dla mnie najważniejsza. Chodzi o wzajemny stosunek pana i Mariko. Jak by go pan scharakteryzował?
Zagłębił się w fotelu i rozejrzał na boki, tak jakby szukał czegoś, czym mógłby zająć ręce. Oceniłem, że nie zdał aktorskiego egzaminu, kiedy zapytał z udawaną obojętnością:
– Dlaczego pan pyta?
– Z czystej ciekawości. Tak naprawdę brakuje mi… próbuję sobie stworzyć… ogólne wyobrażenie o tym, jak Mariko odnosiła się do innych ludzi. A dokładnie do mężczyzn, rozumie pan. Przypuszczano, że została zamordowana przez mężczyznę, może jakiegoś przybysza. Chciałbym więc wiedzieć, jak się zachowywała, kiedy nawiązywała kontakt z mężczyzną.
– Mówi pan o jej zachowaniu wobec mężczyzn – zapytał ostrzejszym tonem – czy też zastanawia się pan nad tym, czy i jak poddawała się wpływom leczącego ją psychologa?
– Chodzi mi o jedno i o drugie – odparłem.
Przez chwilę wydawało się, że Welle nie może znaleźć miejsca, na którym mógłby wygodnie oprzeć spojrzenie. W końcu utkwił je we mnie.
– Ona mnie ubóstwiała. I to niemal od pierwszej chwili. Uważała mnie za uosobienie wszelkiej mądrości. Nigdy przedtem nie miałem pacjenta, który dał mi odczuć, że jestem mądrzejszy… sam już nie wiem. Traktowała mnie, jakbym znał wszystkie tajemnice wszechświata.
Miałem nadzieję, że powie coś jeszcze, ale milczał pogrążony w zadumie. Po długiej chwili przerwałem jego rozmyślania, mówiąc:
– Z moich doświadczeń wynika, że oddawanie tego rodzaju czci może stać się źródłem terapeutycznych kłopotów.
– Co pan ma na myśli? – spytał z wyraźnym zaskoczeniem.
– Idealizację mistrza. Wzmaga to siłę oddziaływania, ale zarazem wymaga ogromnej subtelności ze strony terapeuty. Musi on bardzo uważać na wszystko, co robi i mówi. Nie sądzi pan?
– Sam nie wiem. Praca z Mariko była prawdziwą przyjemnością. To, że uważała mnie za istotę doskonalszą od samego Buddy, zupełnie mi nie przeszkadzało – stwierdził, uśmiechając się do własnych myśli. Nie przepadam za to za pacjentami, którzy uważają, że jestem gorszy od samego szatana.
– Często się to panu zdarzało?
– To był tylko żart, Alanie.
– Więc jak Mariko zachowywała się przy panu? zapytałem.
– Co pan ma na myśli?
– Jaka była w pana towarzystwie? Powściągliwa? Apodyktyczna? Może nieśmiała? Jaka?
Oczy Wellego zwęziły się.
– Chce się pan dowiedzieć, czy ona ze mną flirtowała? Czy leciała na mnie? Chce pan wiedzieć, czy potraktowałem ją tak jak Bill swoją Monikę?
Zaskoczył mnie. Nie spodziewałem się, że aż tak się odsłoni.
– Tylko w przypadku, jeśli tak rzeczywiście było – powiedziałem. Spojrzał na mnie ostro, a potem rzucił:
– Proszę o następne pytanie.
– Staram się odkryć, w jaki sposób ona mogła pomóc mordercy.
– Rzeczywiście, flirtowała ze mną. Niemal od początku. Nie będę udawał, że było inaczej.
– I co?
– Dałem sobie z tym radę.
– Jak?
Towarzyski nastrój naszej rozmowy znikł, ustępując miejsca napięciu, które rosło z minuty na minutę. Przypominaliśmy bokserów gotowych do starcia. Ale po raz pierwszy miałem wrażenie, że Welle przeszedł do obrony. Sprawiło mi to przyjemność.
– We właściwy sposób – odpowiedział. – Dopilnowałem, żeby została, by tak rzec, po drugiej stronie bariery. Proszę nie zapominać, że nie była już dzieckiem. Zwróciłem jej uwagę, że zbytnio uległa mojemu wpływowi. Pracowaliśmy nad przezwyciężeniem zagrożeń. I mogę powiedzieć… że jej zachowanie poprawiło się.
– Czy kiedykolwiek zachowała się wobec pana niewłaściwie? Welle założył nogę na nogę.
– Próbuje pan rzucić cień na dobre imię ofiary morderstwa? – spytał ostro. – Insynuuje pan, że przekroczyła granicę przyzwoitości i sprowokowała swojego zabójcę?
– Nie. Chcę tylko poznać jej charakter. A więc, czy kiedykolwiek przekroczyła granicę przyzwoitości wobec pana?
– Na przykład? Wzruszyłem ramionami.
– Pacjenci wyczyniają czasami niestworzone rzeczy. Pewna młoda kobieta zaczęła się rozbierać w moim gabinecie.
– I co pan zrobił? – zapytał Welle opryskliwym tonem.
– Poprosiłem, żeby przestała. A ponieważ nie posłuchała, wyszedłem z pokoju i poprosiłem znajomą psycholog, żeby z nią porozmawiała.
– Nie zauważyłem u Mariko żadnych takich zachowań. Spojrzałem mu prosto w oczy i uśmiechnąłem się najprzymilniej, jak tylko umiałem.
– Wie pan, Ray – powiedziałem – prócz tej sprawy jest jeszcze coś, co w jakimś sensie nas łączy. I co panu przysporzyło prawdopodobnie więcej kłopotów niż mnie.
– Co takiego? – spytał takim tonem, jakby uważał za niedorzeczną myśl, że mogłoby nas coś łączyć.
– Kilka lat temu miałem pacjenta, który wpadł w szał pod wpływem jakichś doznań i próbował zabić moją żonę. Ale wszystko skończyło się lepiej niż w przypadku pana i Glorii. W przeciwieństwie do pana zdążyłem zapobiec nieszczęściu.
Welle założył nogę na nogę, lecz zaraz ją zdjął.
– Przyznaję, to ciekawa sprawa. Nie wiedziałem, że miał pan takie doświadczenie – powiedział i klapnął dłonią po cholewie kowbojskiego buta. Wydawało mi się, że poczuł się niezręcznie.
Jak mogłem zareagować na jego zakłopotanie? Spróbowałem podlać roślinkę kiełkującą w pęknięciu jego pewności siebie.
Jeśli o mnie chodzi, to nie od razu spostrzegłem, co się święci. A jak było w przypadku Briana Sample? Zauważył pan, że może być groźny? Ja widziałem, że mój pacjent się złości, wiedziałem, że wygłasza groźby. Ale tak naprawdę nie wierzyłem, że przejdzie od słów do czynów. A już z pewnością nie sądziłem, że zagrozi kobiecie, którą kocham. Czy pan miał podobne odczucia?