Выбрать главу

Kusiło mnie, żeby zamówić następne piwo, ale ponieważ mam słabą głowę, pomyślałem, że mógłbym zwyczajnie się ululać. Nie chciałem też wracać do domu taksówką, dałem więc spokój.

– Masz rację, Sam powiedziałem. – Rzeczywiście coś tu nie gra. Przejdź do drugiego problemu, bo tamtej sprawy też nie rozumiem.

– Widziałeś ten ich dom? Wielka chałupa, ale wszystko na jednym poziomie. Oglądając te zdjęcia, doliczyłem się co najmniej tuzina drzwi prowadzących na dwór. Łącznie z drzwiami do garaży i na wewnętrzne podwórze. Kapujesz?

– Na razie tak.

Ale jakim cudem dwaj policjanci z lunetami i potężnymi karabinami przyczaili się w miejscu, z którego mogli ustrzelić gościa, gdy zaczął uciekać? Skąd ci geniusze wiedzieli, że wybiegnie właśnie tymi drzwiami? Bawiłem się leżącymi na stole serwetkami, układając je w kwadraty i romby.

– Powiedz mi, Sam – rzekłem – dlaczego mam wrażenie, że znasz odpowiedź na to pytanie?

Roześmiał się.

Bo rzeczywiście ją znam. Znalazłem jednego z nich. Jednego z tych dwóch, którzy strzelali. Dowiedziałem się, jak się nazywa, zdobyłem jego adres i zadzwoniłem do niego do domu. Jest teraz spawaczem w Lamar. Wiesz, gdzie to jest? Powiedział mi, że domyślili się tego. Zgadli, że gość zostawił swój samochód w zagajniku w pobliżu tarasu, na który wychodziły te właśnie drzwi i że będzie uciekał tą drogą. On i jeszcze jeden gliniarz zajęli pozycję. Trzymali broń gotową do strzału. Facet, z którym rozmawiałem, nazwał to polowaniem na kaczki.

– A jednak to cię nie przekonuje. Dlaczego?

– Wiesz, kto się domyślił, którędy będzie uciekał napastnik? Raymond Welle i Phil Barrett!

Teraz z kolei ja nie byłem przekonany. Wątpliwości Sama wydały mi się nieuzasadnione.

– Musieli coś założyć – powiedziałem. – Jak widać, rozumowali prawidłowo.

Sam pokręcił głową.

– Nic nie rozumiesz. Policjanci nie postawiliby wszystkiego na jedną kartę w sytuacji, gdy w domu była zakładniczka. Choćby dlatego, że porywacze zwykle nie uciekają. Strategicznie biorąc, jeżeli masz pod ręką tylko paru ludzi, nie rozstawiasz snajperów na pozycjach, żeby czekali na pojawienie się porywacza. Porywacz znajduje się w środku z konkretnego powodu. Zanim więc podejmiesz jakiekolwiek środki zaradcze, musisz poznać ten powód. Porywacze barykadują się zwykle w jakimś pomieszczeniu, stawiają warunki albo co pewien czas strzelają do policjantów. Czasami wzniecają pożar. Żądają helikoptera albo miliona dolarów. Chcą rozmawiać z dziennikarzami, a zdarza się, że nawet z własną matką. Ale są tam, gdzie są, dla jakiejś korzyści. Nigdy nie widziałem nikogo, kto by uciekał, wiedząc, że gliniarze czekają z karabinami wycelowanymi dokładnie tam, gdzie ma uciekać.

– A czy Sample wiedział, że oni tam stoją? Mógł ich zobaczyć z sypialni? Zgodnie z tym, co widziałem na taśmie, nic nie zasłaniało mu widoku.

Policyjne samochody stały z boku, na otwartej przestrzeni. Jedno z okien sypialni znajduje się we frontowej ścianie domu. Sample mógł ich zobaczyć. Muszę więc przyjąć, że ich widział.

– Może po prostu ich nie docenił.

– Może i tak – powiedział Sam tonem powątpiewania. – Popełnił fatalny błąd.

Postanowiłem sięgnąć po inny argument.

– A może było mu wszystko jedno. Znajdował się w stanie głębokiej depresji.

Sam zamówił jeszcze jedno piwo. Zanim kelnerka je przyniosła, zacząłem opowiadać o wizycie Kevina Sample. Kiedy skończyłem, kufel Sama był już pusty.

– No widzisz? – rzekł Sam ze złośliwym uśmieszkiem. Chłopak przedstawia trochę inny wariant mojej argumentacji. Ta historia nie ma sensu. To, co jego ojciec rzekomo zrobił w tamtym domu… nie, to zbyt głupie, żeby o tym mówić.

– Masz jakieś inne wytłumaczenie?

– Nie mam. To nie moja sprawa. To było zadanie ówczesnego szeryfa. Jak on się nazywał? Barrett? Tak, Barrett. Poszedł po linii najmniejszego oporu. Zamknął śledztwo, chociaż przedstawione przez niego wyjaśnienie nie było wystarczająco sensowne.

– Bo tak naprawdę nie mógł wyjaśnić, co wydarzyło się w tym domu i dlaczego. To chcesz powiedzieć?

– Tak, takie jest moje zdanie.

– Ciekawe – mruknąłem, wciąż nieprzekonany argumentacją Sama. Wyszedłem na chwilę do toalety. Po drodze zatrzymałem się koło automatu, żeby zadzwonić do domu. Chciałem się upewnić, czy Lauren już wróciła. Zgłosiła się automatyczna sekretarka. Na moim zegarku była dopiero ósma trzydzieści. Postanowiłem nie wpadać w panikę przynajmniej do wpół do dziesiątej.

Wróciłem do stołu i bez żadnych wstępów powiedziałem:

– Pamiętasz dziennikarkę z „Washington Post”, o której ci mówiłem? Chciała ze mną rozmawiać o finansowaniu kampanii wyborczych Wellego.

– Pamiętam. No i co? – Przyjął zmianę tematu bez entuzjazmu. Byłem jednak pewien, że zmieni zdanie, kiedy przedstawię mu fakty.

– Byłem dziś rano w Steamboat. Z ludźmi od Locarda, specjalistką od wizji lokalnych i biegłym patologiem. Dorothy Levin, ta dziennikarka, zniknęła. Jej hotelowy pokój był zdemolowany, jakby doszło tam do ostrej walki. Było mnóstwo krwi.

– Została zamordowana?

– Nie znaleziono ciała.

– Są jacyś świadkowie?

– Nie.

– Podejrzewają kogoś?

– Mają na oku jej męża. Byli w separacji. To ostry facet, w przeszłości dopuszczał się przemocy.

– Ale miejscowi gliniarze nie mają pewności?

– Nie – odparłem. – Nie mają.

– To ona była razem z tobą podczas tej strzelaniny pod halą tenisową?

– Tak.

– Wiadomo coś w związku z tą strzelaniną?

– Chyba nie.

– Dziwna sprawa. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin najpierw strzelano do tej twojej znajomej, a potem została porwana?

– Na to wygląda.

Sam oderwał wzrok od dwóch młodych kobiet, które usiadły przy sąsiednim stoliku, i wbił we mnie lodowate spojrzenie.

– Alan, w co ty się wpakowałeś, u wszystkich diabłów?

Minęła dziewiąta, gdy kończyłem opowieść o mojej wizycie na ranczo przy Silky Road. Do wpół do dziesiątej uzupełniałem jeszcze historię zniknięcia Dorothy Levin. Wreszcie podreptałem do automatu. Musiałem czekać, bo jakiś pijany facet imieniem Lou („Daj spokój, dziecinko, to ja, Lou”) starał się nakłonić upartą kobietę o imieniu Jessica, żeby umówiła się z nim na kufelek piwa i partyjkę bilarda. Jessica rozsądnie odmawiała i jednego, i drugiego. Lou odwiesił w końcu słuchawkę, uznając swoją porażkę. A raczej usiłował odwiesić, bo słuchawka uparcie nie chciała zawisnąć na swoim miejscu.

Wykręciłem domowy numer i znowu odezwała się automatyczna sekretarka. Spróbowałem połączyć się z Lauren na jej telefon komórkowy, ale usłyszałem sygnał, że aparat jest wyłączony. Wróciłem do stołu, zachowując maksimum spokoju, na jaki było mnie stać.

– Nie mogę dodzwonić się do Lauren – powiedziałem. Sam dostrzegł niepokój w moich oczach.

– Powinna być w domu? – spytał z troską.

– Powinna była wrócić godzinę temu. Była na zebraniu pewnego komitetu.

– Może zebranie się przeciągnęło?

– Nie sądzę. Gdyby się przeciągnęło, zadzwoniłaby do mnie. Sam zamyślił się, najwyraźniej rozważając różne możliwości.