– Czy przypadkiem nie ma dziś dyżuru telefonicznego jako prokurator rejonowy? – zapytał po chwili.
– Wiesz, nawet o tym nie pomyślałem. Nie mam przy sobie planu jej telefonicznych dyżurów.
– Ale to jest możliwe?
– Oczywiście.
– Znasz numer jej pagera?
– Mam go w terminarzu.
– Którego nie masz przy sobie?
– Tak.
Sam z trudem powstrzymał się od udzielenia mi ostrej reprymendy.
– Mogę dostać ten numer od dyżurnego na komendzie. Masz drobne? Wręczyłem mu kilka monet i odprowadziłem go wzrokiem. Odczekałem dzielnie trzy minuty, a potem wstałem i ruszyłem do kabiny telefonicznej. Wpadłem na Sama koło wejścia do męskiej toalety. Podniósł rękę niczym policjant kierujący ruchem na skrzyżowaniu.
– Wszystko w porządku – uspokoił mnie. – Została wezwana w sprawie jakiegoś zgwałcenia. Jest w tej chwili na miejscu zdarzenia. Powiedziała, że zostawiła ci wiadomość na automatycznej sekretarce. Czuje się dobrze. Prosiła, żebym ci przekazał, że cię kocha, ale jej nieobecność może się trochę przeciągnąć. – Bez najmniejszego zakłopotania przebrnął przez osobiste zwierzenia mojej żony.
– Chwała Bogu – odetchnąłem z ulgą. – Dzięki, Sam.
– Chodźmy – rzekł, kładąc mi rękę na ramieniu. – Masz za sobą nie najlepszy dzień.
Lepszy niż Dorothy Levin, przemknęło mi przez głowę.
W domu byłem parę minut po dziesiątej. Nie chciało mi się spać, usiadłem więc przed komputerem i zabrałem się do pisania dalszego ciągu sprawozdania dla A. J. Simes. Opisałem wizytę w Steamboat, rozmowę z Raymondem Welle, wreszcie sprawę zniknięcia Dorothy Levin.
Gdy wydrukowałem i przefaksowałem wszystko do Waszyngtonu, dochodziła jedenasta trzydzieści. Lauren wróciła dopiero po północy. Oboje mieliśmy tego dnia mnóstwo wrażeń, więc rozmawialiśmy jeszcze dobrą godzinę, zanim udało się nam zasnąć.
O szóstej czterdzieści pięć następnego ranka obudził mnie dzwonek telefonu. Pierwszą moją myślą było, że znaleziono ciało Dorothy Levin.
– Halo? – wymamrotałem do słuchawki sennym głosem.
Okazało się, że ktoś wykręcił zły numer. Chciał rozmawiać z Patrycją.
Część czwarta
Satoshi
23.
Taro Hamamoto był zupełnie inny, niż się spodziewałem. Uznałem więc, że lepiej zrezygnować z domysłów, jak też może wyglądać jego córka Satoshi.
Mimo tego postanowienia, jadąc zatłoczoną drogą z lotniska w San Francisco, nie mogłem pozbyć się natrętnych obrazów jej twarzy. Portrety, które komponowała moja wyobraźnia, były mozaiką różnych zdjęć jej nieżyjącej siostry. Coś w mojej świadomości upierało się, aby nadać Satoshi taki wygląd, jaki Mariko miała w szesnastym roku życia, ze śniadą cerą i ujmującym uśmiechem. Nie dopuszczałem myśli, że Satoshi może być osobą zupełnie odmienną. Chciałem, aby stała się swego rodzaju oknem, przez które mógłbym wejrzeć do życia jej siostry zobaczyć, co skłoniło Mariko do nawiązania kontaktu z zabójcą.
Zamordowane dziewczyny miały po szesnaście lat. Satoshi była wtedy trzynastoletnią dziewczynką. Dziś dochodziła do dwudziestego piątego roku życia. Była już dojrzałą kobietą.
Zaproponowała mi spotkanie na terenie uniwersyteckiego kampusu.
Właściwy budynek odnalazłem bez większego trudu, ale znalezienie jej pokoju nie było już takie proste. Numeracja pokojów nie układała się w jakiś sensowny schemat, a budynek pełen był różnych zakamarków i ślepych korytarzy. Trzy razy musiałem pytać o drogę. Studenci, do których się zwracałem, byli tak samo zdezorientowani w tym względzie jak ja.
Znalazłem wskazany pokój na kilka minut przed umówioną porą. Drzwi były otwarte, zapukałem więc i wszedłem do środka. W pokoju nikogo nie było.
Rozejrzałem się. Pod trzema ścianami stały biurka i stoły, czwartą wypełniały regały i szafki. Naokoło rozstawione były komputery, niektóre nowe, inne wystarczająco wiekowe, aby zwróciły moją uwagę dziwnymi kształtami.
– Doktor Gregory? – usłyszałem za plecami miły głos, niemal pozbawiony obcego akcentu.
Odwróciłem się i zobaczyłem młodą kobietę stojącą w drzwiach. W jednej ręce trzymała puszkę coca-coli, drugą przyciskała do piersi laptop. Miała orientalne rysy twarzy.
– Satoshi Hamamoto? – zapytałem.
– Dzień jest zbyt ładny, żeby siedzieć w budynku. Nie miałby pan nic przeciwko temu, gdybyśmy wyszli na dziedziniec?
– Bardzo chętnie - odparłem.
Kiedy ruszyłem w jej stronę, odsunęła się o kilka kroków.
– Czuję się trochę skrępowana, ale… czy mogłabym zobaczyć jakiś dokument, na przykład prawo jazdy? – zapytała, kołysząc lekko głową. Na czarnych włosach związanych w kucyk miała miękki beret w kolorze więdnącej trawy.
Sięgnąłem do kieszeni po portfel i wyjąłem z niego moje prawo jazdy. Satoshi przełożyła puszkę do drugiej ręki i przez pół minuty oglądała wręczony jej dokument.
– Przepraszam pana – powiedziała – ale musiałam to zrobić.
Tym razem nie odsunęła się wstydliwie, kiedy zbliżyłem się trochę. Była wysoka i szczupła, jak jej ojciec. Twarz miała trochę węższą niż Mariko, a kryjące się pod pełnymi policzkami kości policzkowe uwydatniały się dopiero przy uśmiechu. W jej zachowaniu było więcej pewności siebie, niż, jak przypuszczałem, mogła jej nabrać Mariko w swym krótkim ziemskim bytowaniu.
Zapytała, jak przeszła mi podróż i jazda z lotniska, a także czy miałem kłopoty ze znalezieniem jej pokoju. Kiedy przyznałem się, że zabłądziłem w budynku, roześmiała się wraz ze mną.
Usiedliśmy na kamiennej ławce pod, jak wyjaśniła, drzewem laurowym. To moja ławka. Przychodzę tu codziennie. No, prawie codziennie – powiedziała i spojrzała mi w oczy. – Dziękuję, że zechciał pan tu przyjechać. I że zainteresował się pan tragedią Mariko.
– To ja dziękuję, że zgodziła się pani na to spotkanie – odparłem. – Nie jest łatwo odgrzebywać tak bolesne sprawy.
Odchyliła się do tyłu i oparła na wyprostowanych rękach. Miała na sobie luźną, sięgającą bioder bluzkę, która przesunęła się nieco w górę, odsłaniając pas opalonej skóry. Starałem się patrzeć w bok, ale mi się nie udało. Satoshi nie zauważyła mojego zakłopotania.
– Nie spodziewałam się tego od pana usłyszeć. Ojciec przygotował mnie na coś innego. Powiedział, że jest pan człowiekiem rzeczowym i otwartym.
Zabrzmiało to jak wyzwanie. Ale odniosłem wrażenie, że Satoshi nie pragnie konfrontacji ze mną. Opanowałem więc zaskoczenie i powiedziałem:
– Mimo przykrych okoliczności spotkanie z pani ojcem sprawiło mi przyjemność. Mam nadzieję, że nie spotka pani rozczarowanie i nie osądzi mnie pani inaczej niż on. Zapewniam panią, że nie zamierzałem prawić pani banałów. Powiedziałem szczerze, co myślę i czuję. Sprawa, o której będziemy rozmawiać, jest bolesna. Bolesna także dla mnie, a nie znałem przecież ani pani siostry, ani Tami Franklin.
Satoshi przymknęła powieki.
– Stara się pan być miły. To niepotrzebne. Pan nie zna, doktorze… nie może pan znać bólu, jaki stał się naszym udziałem. Bez względu na to, jak głęboko będzie się pan starał wniknąć w sprawę i z iloma ludźmi będzie pan o niej rozmawiał, nie pozna jej pan.
Kiedy znowu otworzyła oczy, jej spojrzenie kierowało się gdzieś w bok, a usta rozchyliły. Westchnęła. Mój wzrok powędrował za jej spojrzeniem. Zobaczyłem zamglone niebo nad zachodnim widnokręgiem. Faliste szczyty przybrzeżnego łańcucha wzgórz wyglądały jak duchy. Poczułem się, jakbym spoglądał w nicość rozpościerającą się za ostatnią granicą ziemskiego świata.