Выбрать главу

Co najmniej pięćdziesiąt osób stało w kolejce w terminalu, aby potwierdzić odloty na wybranych przez siebie trasach. Wreszcie przyszła moja kolej. Nawet się nie zdenerwowałem, kiedy się okazało, że moja komputerowo dokonana rezerwacja rozpłynęła się we wnętrzu jakiejś piekielnej odmiany twardego dysku. Ponadto, że na lot, na który miałem rezerwację, był już komplet pasażerów. Uprzejmy mężczyzna za ladą przez długą chwilę uderzał w stojącą przed nim klawiaturę, wreszcie uśmiechnął się i powiedział:

„Dobrze”. Wzruszyłem ramionami, podziękowałem i przyjąłem propozycją miejsca w pierwszym rzędzie przy oknie w następnym locie.

Miałem w torbie tylko książkę, jakiś magazyn, laptop Lauren i butelkę wody. Dojrzałem gniazdko elektryczne w ścianie niedaleko wyjścia oznaczonego na mojej karcie pokładowej. Ruszyłem w tamtą stronę i podłączyłem komputer.

Położyłem palce na klawiaturze, ale nie rozpoczęły zwykłej gonitwy po klawiszach. Po prostu nie wiedziałem, co napisać.

Próbowałem zrozumieć, w jaki sposób Satoshi nauczyła się żyć ze swoim psychicznym urazem. Jak sobie radziła z bolesną świadomością, że została zgwałcona i że zamordowano jej siostrę. Jaki wpływ wywarły te doświadczenia na jej osobowość i psychikę? Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, musiałbym spędzić z nią wiele czasu. Obserwować ją i czekać, aż będzie gotowa zejść do pieczary kryjącej jej lęki.

Wiedziałem jednak, że to niemożliwe.

Pozostało mi tylko to, co zaobserwowałem tego popołudnia. Jaka była Satoshi? Wydała mi się dzielną, mądrą, rozbrajająco uczciwą młodą kobietą. Dawała sobie radę na uniwersyteckich studiach, które wymagały wzorowego funkcjonowania ciała i umysłu.

Freud powiedział, że zdrowie psychiczne to zdolność do obdarzania miłością i do pracy.

Wszystko wskazywało na to, że Satoshi może pracować.

W czasie naszego krótkiego spotkania pokazała, że jest zdolna do empatii i współczucia, że ma poczucie humoru i pewność siebie. Nadal jednak nie wiedziałem, czy jest zdolna do miłości.

Dostrzegłem u niej coś jeszcze. Była kobietą przezorną i wręcz przesadnie ostrożną. Ale nie objawiło się to w jej stosunku do mnie. Nie obawiała się skutków tego, że powierzy mi swoją tajemnicę. Bała się czegoś, co odczuwała jako stałe zagrożenie wiszące jej nad głową.

Co to było?

Minuty mijały, a ja wciąż nie napisałem ani słowa. Uzmysłowiłem sobie, że nie zapytałem Satoshi o żadną z najważniejszych rzeczy. Zamknąłem komputer, włożyłem go do torby i podszedłem do najbliższego automatu. Postanowiłem wykręcić jej domowy numer.

Już po pierwszym dzwonku ktoś podniósł słuchawkę. Powiedziałem, że chciałbym rozmawiać z Satoshi.

– Niestety, ona jest… hmm… nie ma jej tu. Może zostawi pan wiadomość?

– Czy jest jeszcze na uczelni? Mam telefon do jej pracowni. Czy zastanę ją tam?

– Raczej nie. Czy mam jej coś przekazać?

– Bardzo proszę. Nazywam się Alan Gregory. Widziałem się z nią dziś na terenie kampusu i muszę jak najprędzej porozmawiać z nią ponownie.

– To pan jest tym gościem z Kolorado?

– Tak.

– Gdzie pan jest w tej chwili? Można do pana zadzwonić? Pod jaki numer?

– Dzwonię z automatu. Nie sądzę, żeby można się było do niego dodzwonić. Zaraz, zaraz, mam przy sobie telefon komórkowy.

– Proszę podać mi numer. Może uda mi się ją nakłonić, żeby oddzwoniła do pana.

– Nie może mi pani podać po prostu jej numeru?

– Byłaby niezadowolona, gdybym tak zrobiła.

Jeszcze jeden paranoiczny objaw? Podyktowałem numer mojego telefonu komórkowego.

– Proszę poczekać parę minut – powiedziała kobieta po drugiej stronie linii. – Spróbuję ją znaleźć i powiedzieć, żeby zadzwoniła do pana. A przy okazji, mieszkam w jednym pokoju z Satoshi. Mam na imię Roz.

– Roz, czy Satoshi dobrze się czuje?

– Co pan ma na myśli?

– Wydawało mi się… że jest czymś zaniepokojona.

– Ona bywa trochę dziwna. Musi to panu wystarczyć. No i z konieczności wystarczyło.

– Dziękuję pani, Roz – powiedziałem i przerwałem połączenie.

Po kilku minutach usłyszałem sygnał telefonu. Odpowiedziałem natychmiast.

– Satoshi?

– Tak.

– Mówi Alan Gregory. Jestem jeszcze na lotnisku. Zapomniałem panią o coś zapytać. Mogą to zrobić teraz?

– Tak. Niech pan pyta. Ale mam tylko parę minut, bo zaraz zaczynają się zajęcia.

– Zapytam więc… wprost. Czy pani siostra w okresie poprzedzającym zaginięcie była z kimś w bliskich stosunkach?

– Pyta pan, czy miała chłopaka?

– Tak.

– Nie, nie sądzę. Spędzała czas z grupą rówieśników, przeważnie koleżanek i kolegów Tami. Ale nie umawiała się z nikim na randki. Wiedziałabym o tym. Byłyśmy ze sobą bardzo blisko.

Mimo obietnicy, że będę walił prosto z mostu, zadałem to pytanie z nadzieją, że Satoshi potwierdzi moje domysły. Próba się nie powiodła. Postanowiłem więc przypuścić bezpośredni atak.

– Słyszałem, ale nie miałem możliwości potwierdzenia tego, że Mariko była związana z pewnym… starszym mężczyzną. Z kimś mieszkającym w mieście. Wie pani coś o tym?

– Żartuje pan.

– Nie, nie żartuję.

– A z kim?

– Nie wiem.

– Ale podejrzewa pan konkretną osobę, prawda? Wyczuwam w pana głosie, że… jak by to powiedzieć… że wie pan, kogo chce pan złowić.

– Nie podejrzewam nikogo konkretnego. Ale podobno niektóre osoby przypuszczały, że znajomość pani siostry z Raymondem Welle mogła mieć charakter… nie całkiem oficjalny. A nawet… niewłaściwy.

– Co takiego? Z Raymodem Welle? Z doktorem Welle? Podejrzewa pan, że moją siostrę łączyły intymne stosunki z doktorem Welle?

– Być może.

– W żadnym razie. – Głos Satoshi zabrzmiał twardo i ostro. Znikły z niego resztki melodyjności. – Ona go ubóstwiała.

Ten argument nie trafił mi do przekonania.

– Skoro miała o nim aż tak dobre wyobrażenie, czemu odrzuca pani możliwość jakiegoś bardziej…

– To wykluczone. I nie mam nic więcej do powiedzenia na temat.

– Satoshi, proszę mi pomóc. Dlaczego uważa pani, że to wykluczone?

– Bo gdyby Welle zachowywał się wobec niej niewłaściwie, Mariko nie zabrałaby mnie na wizytę u niego.

– Chodziła pani do doktora Wellego?

– Nie wiedział pan o tym? Byłam pewna, że rozmawiał pan już z doktorem Welle. Ojciec mówił mi, że podpisał panu upoważnienie. Przypuszczałam, że doktor powiedział panu, że byłam u niego.

– Ale nie przypuszczała pani, że mógł mi powiedzieć o tym gwałcie?

– Nie. Nie miałby prawa tego zrobić. Przecież to byłoby zdradzenie tajemnicy zawodowej.

– Tak, nie zrobiłby tego. Ale faktem jest, że nie wiedziałem, iż korzystała pani z jego porad. Pani ojciec nie wspomniał mi o tym. Doktor Welle także.

– Mój ojciec o tym nie wiedział. Byłam u doktora Wellego tylko raz. To był pomysł Mariko. Gdy opowiedziałam jej o… tej przygodzie z Joeyem, pomyślała, że Welle będzie mógł mi pomóc, tak jak pomógł jej.

– O ile pamiętam, powiedziała pani, że nikt oprócz Mariko nie dowiedział się o tym, co zrobił Joey – przypomniałem.

Przepraszam. Byłam pewna, że pan wiedział o mojej wizycie u doktora Wellego.

– Była pani u Wellego na dzień czy dwa przed zniknięciem pani siostry i Tami?

– Byłam u niego tego dnia, kiedy zginęły. Poszłam tam po lekcjach z Mariko. To ona mnie do niego zaprowadziła.

– Do jego gabinetu?

– Nie. Byłyśmy na jego ranczu.

– Dlaczego spotkałyście się z nim na ranczu?

– Ponieważ zaprowadziła mnie tam Mariko. Nie pytałam jej, dlaczego właśnie tam.

– Czy ta wizyta okazała się pomocna? Satoshi zawahała się.