– Był bardzo miły. Wysłuchał mnie. Ale powiedział, że nie będzie mógł udzielać mi dalszych porad bez zgody rodziców. A ja oczywiście nie mogłam poprosić ich o pozwolenie. Zapytaliby, dlaczego potrzebuję jego pomocy. Nie mogłam podać im powodu. A potem Mariko zaginęła i…
– I więcej go pani nie widziała?
– Nie. Może raz czy dwa spotkałam go na mieście, ale nie poszłam już do niego. Czy to wystarczy? Naprawdę muszę już iść.
– Jeszcze jedna sprawa. Czy Welle skierował panią na leczenie do kogoś innego? Do któregoś ze swoich kolegów psychologów?
– Nie.
– Czy dał pani skierowanie do lekarza na badanie po zgwałceniu?
– Nie.
– Czy zachęcił panią, żeby złożyła pani doniesienie na policji?
– Nie.
– A czy sugerował, by powiedziała pani o gwałcie rodzicom?
– Nie, nie kazał mi zrobić ani tego, ani żadnej z pozostałych rzeczy. Okazał mi… współczucie. To wszystko. Naprawdę muszę już iść.
Podziękowałem jej za rozmowę.
Pożegnała się ze mną krótkim: „Do widzenia”.
To, że Welle odmówił udzielenia Satoshi dalszych porad, przemawiało na jego korzyść. Leczenie dwóch rodzonych sióstr to przedsięwzięcie ryzykowne w każdych okolicznościach. Podjęcie decyzji o odmowie leczenia kogoś, kto przeżywa psychiczny kryzys, jest niełatwe, ale tak właśnie powinien był postąpić wobec trzynastoletniej pacjentki nie mającej zgody rodziców na takie leczenie. Dlaczego jednak nie poczynił odpowiednich kroków, aby Satoshi została zbadana przez lekarza? I dlaczego nie poprosił innego miejscowego psychologa o konsultację w sprawie oceny jej psychicznego zdrowia i ewentualne podjęcie leczenia? Nie mogłem tego zrozumieć.
Być może, pamięć Satoshi uległa pewnemu zatarciu z powodu doznanego wstrząsu.
Jej stwierdzenie, że Mariko nie zabrałaby młodszej siostry na wizytę u psychologa, z którym miała romans, było logicznie niepoprawne. Gdyby bowiem Mariko w takim stopniu poddała się wpływowi Wellego, że sama obdarzyła go uczuciem, nie przeszkodziłoby jej to w skontaktowaniu z nim siostry.
Zastanawiający był też sam fakt, iż Mariko wiedziała, gdzie Welle mieszka.
Dlaczego Welle nie powiedział mi, że przyjął Satoshi? Ta zagadka nie była zbyt tak trudna do rozwiązania. Szybko uświadomiłem sobie, że istniało wiele powodów.
Po pierwsze, nie pytałem go o to.
Po drugie, nikt go nie upoważnił, aby opowiadał o wizycie Satoshi mnie czy komukolwiek innemu.
Po trzecie, w gruncie rzeczy w ogóle nie miał prawa przyjmować Satoshi. Miała trzynaście lat, a osobom w tym wieku prawo stanu Kolorado nie zezwala samodzielnie decydować o poddaniu się takiemu leczeniu.
Po czwarte, przyjął ją na ranczu przy Silky Road, nie w swoim gabinecie. Z pewnością była to decyzja co najmniej kontrowersyjna.
Doszedłem do wniosku, że gdybym był na miejscu Wellego, prawdopodobnie także zatrzymałbym informację o przyjęciu Satoshi dla siebie.
Jednak fakt, że dowiedziałem się o wizycie Satoshi na ranczu przy Silky Road, pozwolił mi inaczej spojrzeć na Raymonda Wellego. Miałem teraz świadomość, iż Welle wiedział o tym, że Joey Franklin jest gwałcicielem, a przy tym nie zdawał sobie sprawy, że ja o tym wiem.
Od startu aż do podejścia do lądowania pisałem jak szalony. Miałem wrażenie, że im więcej wiem o okolicznościach śmierci dwóch dziewcząt, tym bardziej wydłuża się lista zadań, jakie pozostały mi do wykonania.
Na samej górze znalazł się punkt: porozmawiać z Joeyem Franklinem. Spotkanie z młodym mistrzem golfa nie było już możliwością. Stało się niezbędne.
25.
Po powrocie do domu przefaksowałem sprawozdanie A. J., po czym wraz z Lauren spędziłem kilka godzin na analizowaniu nowych informacji. Ustalanie ich rzeczywistego znaczenia sprawiało mojej żonie tyle samo trudności, co i mnie.
Przyjmijmy, że wszystko to jest prawdziwe, zgoda? – powiedziała. – Raymond Welle miałby zatem dwa powody, żeby zabić te dziewczynki, albo przynajmniej przyczynić się do ich śmierci. Pierwszy to chęć zatajenia swoich seksualnych kontaktów z Mariko, zgadza się? – Kiwnąłem głową. – Ale mógł być zamieszany w sprawę także dlatego, że chciał utrzymać w tajemnicy to, co Joey Franklin zrobił Satoshi.
Analizowałem tę możliwość już wcześniej.
– Przepraszam cię, ale coś mi się tu nie zgadza. Czemu miałby zatajać to, co zrobił Joey? Uważasz, że zabił Tami, żeby go kryć? Dlaczego? To bez sensu.
Przez jej twarz przemknął cień zniechęcenia.
– Nie wiem, dlaczego. Mamy za mało informacji, aby na to odpowiedzieć. Ale każda ścieżka, na jaką wchodzimy, zdaje się prowadzić do Raymonda Wellego.
– I na ranczo przy Siłky Road.
– I na ranczo przy Silky Road.
– A zniknięcie Dorothy Levin? Czy ono także może mieć związek z Raymondem Welle?
– Miałeś jakieś nowe wiadomości w tej sprawie? Pokręciłem przecząco głową.
– Niestety, nie. Nie wiadomo też nic nowego o strzelaninie pod halą tenisową. Poza tym zdaje się, że policja z Waszyngtonu nadal nie może znaleźć jej męża.
– Jej zniknięcie z pewnością można łączyć z osobą Wellego – odrzekła Lauren. – Oskarżała go przecież o wyborcze szwindle. Tam, pod halą, była na linii strzałów, a zniknęła w trakcie rozmów ze świadkami w jego rodzinnym mieście. Wszystkie te okoliczności wiążą ją z Rayem Welle.
– Załóżmy, że wszystkie te wątki mają jakiś związek. Ale co je łączy? Zadałem to pytanie w chwili, gdy Lauren szła do łazienki, żeby umyć zęby. Po chwili wychyliła stamtąd głowę, trzymając jeszcze w ręku szczoteczkę.
– Musi istnieć jakiś związek między zaginięciem Dorothy a śmiercią Tami i Miko. Ktoś, z kim rozmawiała, zbierając materiały do artykułu, musi być w jakiś sposób zamieszany w zamordowanie Tami i Miko.
– Sugerujesz kogoś innego niż Welle?
– Albo kogoś innego, albo też kogoś jeszcze oprócz Wellego. Musiałby to być ktoś zamieszany we wszystkie szwindle związane z kampanią wyborczą, które Dorothy opisała w „Washington Post”. A zarazem ktoś, kto ma coś wspólnego z zamordowaniem dziewcząt.
– Takich ludzi nie powinno być wielu. W artykule Dorothy podane są nazwiska, prawda?
– Ale nie ma tam nazwisk jej informatorów. Zastanawiam się, czy redaktor naczelny „Posta” nie pomógłby nam skompletować pełnej listy.
– Naczelny nie poda nam nazwisk informatorów.
Nadeszła moja kolej do mycia zębów i przebrania się do snu. Kiedy wyszedłem z łazienki, Lauren siedziała w łóżku i czytała faks z kopią ostatniego artykułu Dorothy, wypisując wszystkie wymienione w nim nazwiska.
– Nie wspominałem ci o tym, ale w dniu, w którym Dorothy została porwana, w Steamboat był Joey Franklin. Widziałem transparenty powitalne na jego cześć.
Lauren przerwała pisanie i obrzuciła mnie krótkim spojrzeniem.
– Był tam?
– Tak, grał tego ranka w golfa z Raymondem Welle. Welle przyjechał na ranczo prosto z pola golfowego.
– To jeszcze jedna okoliczność, która mi się nie podoba – powiedziała Lauren. Do łóżka przydreptała Emily i położyła głowę na jej kolanach. Lauren podrapała psa za uchem. – Czy Joey nadal jest w Steamboat? – zapytała.
– Nie wiem. A czemu pytasz?
– Moglibyśmy tam pojechać i porozmawiać z nim.
– Tak po prostu? Nie uzgadniałem tego z A. J.
– Myślisz, że miałaby coś przeciwko temu?
– Chyba nie. Prawdę mówiąc, przypuszczam, że chętnie by to zaakceptowała. Ale o co mielibyśmy go pytać? Czy pamięta, jak gwałcił Satoshi Hamamoto? Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że by zaprzeczył.
– Zapytamy go o sprawy, którym nie będzie miał powodu zaprzeczać, i zobaczymy, jak zareaguje. Na przykład, czy znał kolegów i koleżanki Tami i Mariko. Ile wpłaca na fundusz wyborczy Wellego? A przy okazji także o to, czy znał Satoshi.