Uścisnęliśmy sobie ręce. Joey zrobił to bez entuzjazmu. Poskrobał się za uchem i powiedział:
– Niedługo zaczynam grę.
– To nie powinno zająć wiele czasu – odparłem. – Gdzie moglibyśmy porozmawiać?
Joey rozejrzał się, tak jakby widział to miejsce po raz pierwszy.
– Proszę za mną – rzekł wreszcie.
Zaprowadził nas do pokoju ze wspaniałym widokiem na dolinę i wskazał krzesła stojące koło okna. Usiedliśmy.
– Czym państwo się zajmujecie? – spytał Joey. – Jesteście z organizacji, którą wynajął mój ojciec, żeby znalazła mordercę Tami?
– Niezupełnie „wynajął”, raczej zwrócił się do niej o pomoc. Tak, reprezentujemy Locarda i zajmujemy się zabójstwem pana siostry i Mariko Hamamoto.
– Rozmawiałem już o tym z pewnym facetem. Z jakimś detektywem ze wschodniego wybrzeża. Skontaktował się ze mną, kiedy byłem na Florydzie.
– My prowadzimy oddzielne śledztwo. Joey przewrócił oczami.
– Więc wiecie już, kto to zrobił? – zapytał, wiercąc się niespokojnie.
– Niestety, nie – odparła Lauren i zwróciła się do mnie: – Doktorze, proszę objaśnić naszą rolę w śledztwie.
Wygłosiłem wyuczoną już na pamięć mowę o tym, że aby zidentyfikować mordercę, musimy jak najlepiej poznać samą Tami. Joey słuchał mnie w skupieniu.
– Rozumiem – powiedział, gdy skończyłem. – Czego oczekujecie ode mnie?
– Jaką osobą była pańska siostra?
– Zwyczajną – odparł. – Nie pamiętam jej zbyt dobrze. Minęło dużo czasu.
Nie pamięta jej zbyt dobrze? W chwili jej śmierci miał czternaście lat. Dałbym sobie uciąć rękę, że pamięta każde zadrapanie na swoim pierwszym skuterze śnieżnym.
– Czy była osobą łatwo nawiązującą kontakty z ludźmi, osobą, która…
– Tami? Była gotowa rozmawiać z każdym. Nie zabrzmiało to jak komplement.
– A jak układały się jej stosunki z rodzicami?
– A co to ma do rzeczy?
– Próbuję dowiedzieć się jak najwięcej o stanie jej myśli i uczuć w okresie poprzedzającym jej śmierć. Interesuje mnie wszystko.
– Sprzeczała się czasami z ojcem. Ale przeważnie było między nimi dobrze. Bardziej denerwowała ją mama. Rozumie pan, mama bez przerwy wtrącała się do jej życia – powiedział, wzruszając ramionami.
– Nie, nie rozumiem – odparłem.
Znowu wzruszył ramionami. Jego mina mówiła: „Czego wy właściwie chcecie ode mnie?”
– Czy miał pan jakieś przypuszczenia na temat tego, co się mogło stać? – zapytała Lauren.
– Jasne. Tami i Miko musiały nadziać się na jakiegoś świra. Co innego mogło się stać? – odparł. Okazywał zdumiewający brak zainteresowania dla okoliczności, w jakich zginęła jego siostra.
Lauren zaczęła go wypytywać o koleżanki i kolegów Tami. Nie powiedział nam nic nowego. W pewnej chwili postukał palcem w zegarek. Lauren udała, że nie zauważyła tego gestu.
– Proszę powiedzieć nam coś o Satoshi – odezwała się. – O siostrze Miko.
– O kim? – zapytał z kamienną twarzą.
– O Satoshi Hamamoto – powiedziała Lauren. Joey zmarszczył brwi.
– Mówi pani, że była siostrą Miko? Nawet nie wiedziałem, że Miko miała siostrę.
Jeśli kłamał, robił to znakomicie. Na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień.
– Nie znał pan dziewczyny o imieniu Satoshi? Młodej Japonki?
– A powinienem ją znać?
– I nigdy się pan z nią nie spotkał?
– Spotykałem się z wieloma dziewczynami – odparł Joey i uśmiechnął się.
Miałem ochotę dać mu po twarzy.
Joey wybił pierwszą piłkę o wyznaczonym czasie. – Straciliśmy tylko czas – podsumowała naszą wyprawę Lauren. Do Boulder wróciliśmy w porze kolacji.
Zgłosiłem się na ochotnika do gotowania, stałem więc tuż obok kuchennego telefonu, kiedy zadzwoniła Satoshi.
26.
Przyznałbym się do tego raczej niechętnie, ale faktem jest, że rola detektywa bardzo mi się spodobała.
Życie większości ludzi pracy sprowadza się do rutynowego powtarzania pewnych czynności. Dotyczy to w takim samym stopniu psychoterapeuty, jak i kierowcy autobusu. Możliwość zagłębienia się w koleje życia Tami i Miko wniosła do moich jednostajnych zajęć ogromne urozmaicenie. Mimo że nadal odwoływałem się do tych samych technik, jakie stosowałem każdego dnia w moim gabinecie – mam na myśli zarówno diagnozowanie, jak prowadzenie rozmów czy wyciąganie wniosków z obserwacji – korzystałem z nich w sposób, który wzbogacił moje doświadczenia.
Już wcześniej zdarzało się, że nie mogłem się pozbyć natrętnych myśli o którymś z moich pacjentów. Tym razem jednak z radością witałem nawiedzające mnie duchy Tami i Miko. Często pogrążałem się w rozmyślaniach o obu dziewczynach i ich życiu. Siedząc na tarasie koło sypialni o zachodzie słońca czy przemierzając z Emily okoliczne bezdroża, przywoływałem wydarzenia, ludzi, rozmowy i fakty z przeszłości i starałem się ułożyć to wszystko w jeden wyraźny obraz.
Od morderstwa upłynęło wiele lat i właśnie ten dystans czasowy sprawiał, że wydawało się odległe, chwilami wręcz nierealne. Chciałem poznać Tami i Mariko, lecz były dla mnie bardziej postaciami z dramatu niż prawdziwymi osobami.
Jednocześnie miałem świadomość, że wszystko wydarzyło się naprawdę. Mogłem poznać bohaterów tej historii. Kevina Sample’a, który zajadał hamburgera parę kroków od mojego domu. Satoshi Hamamoto, która oglądała się trwożliwie przez ramię, przemierzając cieniste alejki Stanfordu. Młodego mistrza golfa, który, jak się okazało, był też gwałcicielem.
Każdego ranka po przebudzeniu nie mogłem doczekać się chwili, gdy odwrócę następną kartę.
Wszystko się zmieniło po rozmowie z Satoshi.
– Miałam dziś telefon – powiedziała bez żadnych wstępów.
– Od kogo? – zapytałem.
– Ten ktoś chciał mówić ze mną. Przedstawiłam się, a wtedy… ta osoba powiedziała, że o pewnych rzeczach lepiej jest zapomnieć.
– Tylko tyle?
– Tak. Ten ktoś mówił cicho, ale przypuszczam, że był to mężczyzna. Powiedział to i odłożył słuchawkę.
– Rozpoznała pani głos?
– Nie.
– Czy przestraszyła się pani?
– Tak, i to bardzo.
– Nie dziwię się. Jak mogę pani pomóc, Satoshi?
– Wydaje mi się – odparła bez wahania – że nie mogę tu zostać. Jest wiele miejsc, do których mogłabym pojechać. Mam mnóstwo znajomych. I rodzinę. Mogłabym pojechać nawet do Japonii, do mojej mamy. Tylko, że… – zawiesiła głos.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bąknęłam więc tylko:
– Tak?
– Uświadomiłam sobie, że chciałabym panu pomóc w tym śledztwie. Jestem pewna, że Mariko postąpiłaby tak samo. Zastanawiam się, czy nie przyjechać do Kolorado, żeby porozmawiać jeszcze z panem… A może powinnam wrócić do Steamboat, żeby zobaczyć, czy nie przypomni mi się więcej szczegółów o tym, co się wtedy działo.
– Myślę, że wszyscy w Locardzie przyjęliby pani pomoc z radością.
– Ale uważa pan, że nie powinnam przyjeżdżać do Kolorado? – Satoshi bezbłędnie odczytywała podteksty kryjące się w moich wypowiedziach.
– Tutaj znajduje się epicentrum tego trzęsienia ziemi – odparłem po chwili, starając się jak najostrożniej dobierać słowa. – Jeśli wziąć pod uwagę telefon, o którym mi pani powiedziała, to nie sądzę, aby mogła pani czuć się tu bezpiecznie.
– Ale jeśli chcę badać fale, które to trzęsienie wywołało, to nie ma dla mnie lepszego miejsca. Zgadza się pan?
Nie wiedziałem, jak jej odpowiedzieć. Nie powinienem był sięgać po metaforę z trzęsieniem ziemi w rozmowie z kobietą mieszkającą od jakiegoś czasu w Kalifornii.