Kimber zadał jeszcze kilka pytań, ale Rat nie powiedział już niczego ciekawego. Podziękowaliśmy mu i ruszyliśmy do wyjścia. Pomyślałem, że może jest ciekaw dalszych losy dwóch kowbojów z Silky Road.
– Dowiedzieliśmy się – rzekłem – że Frank i Cip-Cip dalej pracują razem. Mieszkają na ranczu koło Austin, w Teksasie.
Rat schował ręce do kieszeni i opuścił głowę. Przez chwilę wodził czubkiem buta po podłodze.
– W Teksasie? To ci dopiero.
– Przez jakiś czas pracowali na innym ranczu, koło Dallas.
– Wiecie, panowie, ci kowboje to były prawdziwe cudaki – powiedział. Kiedy podniósł głowę, na jego twarzy malował się szeroki uśmiech.
– No i czego się dowiedzieliśmy? – spytał Kimber, kiedy wsiedliśmy do samochodu.
– Że tamtego wieczoru, gdy zaginęły dziewczęta, na ranczu przy Silky Road działo się mnóstwo rzeczy.
– Co oznacza, że jeśli zostały tam zamordowane, mamy co najmniej kilku podejrzanych i cudownie długą listę potencjalnych świadków.
– Poświęcono zadziwiająco dużo uwagi tej drewnianej chałupie. Gospodyniom zlecono dodatkowe roboty. Rat został umieszczony na noc gdzie indziej.
– Tak, rzeczywiście.
– Flynn i Russ przypuszczają, że odłamki znalezione w ranie Tami pochodzą z kamieni, użytych na obmurowania budynków na ranczu. A jeśli próbki z podłogi są rzeczywiście z drewna hebanowego, to…
Kimber westchnął ciężko.
– Nie mam pojęcia, jak długo jeszcze uda się nam utrzymać to wszystko w tajemnicy przed prasą. Ale jednego jestem pewien; powinniśmy dokończyć naszą robotę na ranczu, zanim dziennikarze dobiorą się do skóry właścicielowi.
Drogę powrotną z Oak Creek pokonaliśmy w milczeniu. Aż do przedmieść Steamboat Springs nie spotkaliśmy żadnych samochodów. Kimber ani na chwilę nie osłonił twarzy kapeluszem. Wyglądał przez boczne okno na porośnięte wysoką trawą prerie i odległe szczyty, rozmyślając Bóg wie o czym.
Kiedy stanęliśmy pod drzwiami pensjonatu, okazało się, że są zamknięte. Na szczęście klucz od mojego pokoju pasował do zamka. Na gładkim, mahoniowym blacie stołu w holu leżał list zaadresowany do pana Kimbera Listera. Zdawało mi się, że na jego widok Kimber mruknął jakieś niecenzuralne słowo, ale nie byłem tego pewien.
Wsunął palec pod skrzydełko koperty i ostrożnie je odkleił. W środku znajdowała się pojedyncza kartka. Kimber przeczytał ją, złożył, a potem przeczytał jeszcze raz.
– To od Russa i Flynn – powiedział, odwracając się do mnie. – Przypuszczają, że wiedzą gdzie jest dziennikarka. Chodzi o tę reporterkę z „Washington Post”. Chcą, żebyśmy spotkali się z nimi koło sklepu wielobranżowego w Clark. Wie pan, gdzie to jest?
Skinąłem głową.
– Oak Creek w porównaniu z Clark to istne Las Vegas. Clark to mała osada w górnej części doliny za ranczem przy Silky Road. Z jednego końca można dorzucić kamieniem do drugiego, więc znalezienie sklepu nie powinno sprawić kłopotu. Mamy spotkać się tam z nimi teraz?
– Tak. Chcą, żebyśmy wykręcili numer pagera Russa, gdy będziemy stąd wyjeżdżać. Będą czekać przed sklepem.
– Napisali, czy Dorothy żyje?
– Przykro mi, ale nie.
– Więc jak, jedziemy?
– A co możemy zrobić innego?
Przeleciało mi przez głowę, że rzeczywiście nie mamy wyboru, ale nie powiedziałem tego głośno.
Część szósta
Wiatrołom
35.
Wciągu długiego dnia na ranczu przy Silky Road Kimber zużył większą część sił, walcząc ze swą przypadłością. Resztę pochłonęło polowanie na dane o kucharkach i stajennych oraz wyprawa do Oak Creek. Pewnie dlatego podczas jazdy do Clark leżał w znanej mi już pozie na tylnym siedzeniu. Poprosił, żebym mu włączył jakąś muzykę, wszystko jedno co, byle głośno. Przejrzałem zapas nagrań, jakie miałem w samochodzie, i zaproponowałem jedną z ulubionych płyt Lauren, Tupelo Honey Van Morrisona. Stwierdził, że odpowiada mu idealnie.
Jechałem do Clark bez entuzjazmu. Rozstałem się już ze złudzeniami, że Dorothy Levin żyje, i wcale nie miałem ochoty kręcić się w pobliżu podczas prac ekipy dochodzeniowej. Byłem niemal pewien, że jej ciało odnaleziono gdzieś na odludziu, bo – jeśli nie liczyć kilku farm, w tym farmy Franklinów, i paru gospodarstw nastawionych na przyjmowanie turystów – większość terenów otaczających Clark to bezludne pustkowia. Wolałem zachować w pamięci obraz Dorothy pełnej beztroski i humoru. Miałem nadzieję, że Flynn i Russ nie poproszą mnie o zidentyfikowanie zwłok.
Postanowiłem, że zawiozę Kimbera na miejsce spotkania i powiem Russowi i Flynn, że moja rola na dziś już się skończyła. Wrócę do wygodnego łóżka w Steamboat, wyśpię się i zafunduję sobie rano obfite śniadanie. Nie widziałem żadnego powodu, żeby zrezygnować z planów powrotu do Boulder.-
Przy wjeździe do Clark turystów wita tablica ustawiona po prawej stronie lokalnej drogi. Głosi ona, że miasto zostało założone 16 września 1889 roku i znajduje się na wysokości 2802 metrów nad poziomem morza. Nie podano na niej liczby mieszkańców, ale pobieżny rzut oka na maleńką osadę przekonał mnie, że jeśli Flynn, Russ, Kimber i ja spotkamy się pod tutejszym sklepem, podniesiemy miejscową populację z jedno – do dwucyfrowej. Parking przed sklepem był prawie pusty. Zauważyłem tylko białego forda econoline, który wyglądał, jakby stał tu już od miesięcy. Zatrzymałem się i wyłączyłem silnik. Chwilę potem Kimber podniósł się na tylnym siedzeniu. Miał pobladłą, mokrą od potu twarz i ciężko oddychał.
– Czuję się niespecjalnie – oświadczył. Oceniłem, że jego stan jest poważny.
– Jakie ma pan tętno? - zapytałem.
– Przyspieszone.
– Jakieś bóle w klatce piersiowej?
– Jeszcze nie.
– Bierze pan jakieś leki?
Chciałem zadać to pytanie już od chwili, gdy dowiedziałem się o trapiących go lękach, wolałem jednak nie zwracać się do niego jak lekarz do potencjalnego pacjenta. Wiele osób cierpiących na agorafobię zażywa środki łagodzące jej objawy.
– Wypróbowałem już wszystkie. Niestety, jednych mój organizm nie toleruje, a inne nie pomagają.
Niedobrze, pomyślałem.
– Niech się pan nie martwi, zaraz mi przejdzie – rzekł Kimber. – Czy oni już są? – spytał, nie przejmując się swoim stanem.
Napady lęku są dolegliwością bardziej fizyczną niż psychiczną. Nawet gdy nie ma żadnych widocznych zagrożeń, organizm zaczyna przygotowywać się do obrony przed urojonym atakiem. Szykuje się do walki, wydzielając adrenalinę, przyspieszając oddech i obieg krwi, wyostrzając zmysły. Wiedziałem, że niezależnie od tego, co powiem czy zrobię, nie zdołam pomóc Kimberowi. Moje wysiłki mogłyby nawet pogorszyć jego stan.
– Nie, jeszcze nie przyjechali – odpowiedziałem. – Pewnie nie spodziewali się, że będziemy tak szybko. Co mogłoby panu teraz pomóc, panie Kimber?
– Myślę, że położę się i zamknę oczy. Mrok zwykle mi pomaga. Muzyka także, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, żeby grała dalej.
Nie przeszkadzało mi to. Przekręciłem kluczyk w stacyjce, żeby włączyć dopływ prądu do magnetofonu, i wysiadłem z auta. Niebo było bezchmurne, a powietrze bardzo chłodne. Zaczynałem żałować, że nie wziąłem swetra.
Pomyślałem, że chciałbym siedzieć teraz przy ciepłym kominku i obejmować moją żonę. A co robiłem w rzeczywistości? Stałem pod sklepieniem z gwiazd, czuwając nad dotkniętym lękiem przestrzeni kryminalistycznym geniuszem i czekałem na ludzi, którzy mieli mnie zaprowadzić do miejsca, gdzie leżało ciało kobiety, która nie powinna była zginąć.