Выбрать главу

Na miłej twarzy Dana pojawiła się troska. Pomógł mi usiąść i poklepał mnie po ramieniu.

– Nie przejmuj się, proszę – westchnął. – Straszny tu chaos. Sprawdzę, co się dzieje.

Zniknął na korytarzu. Siedziałam nieruchomo jak posąg, wpatrując się w chińskie antyki i książki częściowo spakowane do pudeł.

Dan wrócił godzinę później. Twarz miał pełną napięcia. Wstałam z krzesła, przerażona, że Dymitr nie żyje. Dan trzymał w ręce jakiś papier, pokazał mi go. Ujrzałam zdjęcie Dymitra. Oczy, które tak kochałam.

– Aniu, czy to twój mąż? Dymitr Łubieński?

Skinęłam głową. Narastał we mnie strach.

– Boże drogi, Aniu! – wykrzyknął Dan, opadając na fotel i przygładzając dłonią potargane włosy. – Dymitr Łubieński poślubił wczoraj wieczorem Amelię Millman i rankiem odpłynął do Ameryki.

Stałam przed Moskwą – Szanghajem, wpatrując się w zabite deskami drzwi i okna. Deszcz przestał padać. Nieopodal słychać było strzały. Zapatrzyłam się na portyk, kamienne schody, białe lwy strzegące wejścia. Czy próbowałam to wszystko zapamiętać, czy o tym zapomnieć? Siergieja, Dymitra, taniec do kubańskiej muzyki, ślub, pogrzeb, ostatnie dni. Ulicą przemknęła jakaś rodzina, matka uciszała płaczące dzieci. Na wpół zgięty ojciec pchał wózek pełen kufrów i walizek, które, jak wiedziałam, zostaną mu odebrane jeszcze przed wejściem do portu.

Dan dał mi godzinę na powrót do konsulatu. Znalazł dla mnie miejsce na statku ONZ, płynącym na Filipiny. Miałam być uchodźcą, zostałam całkiem sama. Uwierały mnie perły i kamienie w pończochach. Wiedziałam, że resztę biżuterii rozdrapią ci, którzy włamią się do rezydencji. Wszystko poza obrączką. Uniosłam dłoń pod słońce, a potem wspięłam się po schodach ku marmurowemu lwu bliżej wejścia i położyłam obrączkę na jego języku. Mój dar dla Mao Zedonga.

CZĘŚĆ DRUGA

WYSPA

Statek, który zabrał nas z Szanghaju, przechylił się i jęknął. Wyrwał do przodu z całą mocą, dym buchał z jego kominów.

Patrzyłam, jak miasto coraz bardziej się oddala, a fale zalewają mi stopy. Budynki Bundu były opuszczone, wyglądały jak żałobnicy na pogrzebie. Ciche ulice czekały na to, co miało się wydarzyć. Kiedy dotarliśmy do ujścia rzeki, uchodźcy na pokładzie wybuchali na przemian śmiechem i płaczem. Jeden wyciągnął biało – niebiesko – czerwoną królewską flagę. Ocaleliśmy. Inne statki z uchodźcami czasem zatapiano, zanim dotarły w to miejsce. Pasażerowie biegali od relingu do relingu, ściskając się, oszołomieni z ulgi. Tylko ja wyglądałam jak tonąca. Przygnębiała mnie strata, ciągnęła w dół niczym kotwica. Czułam, jak mętne wody rzeki przelewają się nad moją głową.

Po drugiej zdradzie Dymitra wróciła tęsknota za matką, silniejsza niż przez wszystkie lata rozłąki. Przywoływałam ją z przeszłości. Widziałam jej twarz na ołowianym niebie i w białym kilwaterze, rozciągającym się niczym białe prześcieradło pomiędzy mną i kra – jem moich narodzin. Tylko widok matki przynosił ukojenie. Tylko dzięki niej mogłam nazwać nieszczęście, które mnie prześladowało.

Po raz drugi byłam na wygnaniu i pozbawiona miłości.

Nie rozpoznawałam ludzi na pokładzie, choć wielu z nich najwyraźniej dobrze się znało. Wszyscy znajomi Rosjanie uciekli z Chin wcześniej. Całkiem sporo bogaczy bratało się z rodzinami z klasy średniej oraz ludźmi, wśród których byli sklepikarze, śpiewacy operowi, kieszonkowcy, poeci i prostytutki. My, uprzywilejowani, wypadaliśmy najbardziej idiotycznie. Pierwszego wieczoru przyszliśmy do mesy w futrach i wieczorowych strojach. Zanurzaliśmy pogięte łyżki w wyszczerbionych miskach z zupą fasolową, udając, że nie wadzą nam metalowe kubki i wystrzępione serwety.

Zatraceni w iluzjach na temat naszej wielkości, czuliśmy się tu jak w Imperialu. Po posiłku wręczono nam harmonogram sprzątania na następnych dwadzieścia dni. Kobieta obok mnie ujęła go w swoje upierścienione palce niczym spis deserów, a po chwili zmrużyła oczy ze zdumienia.

– Nie rozumiem – powiedziała, rozglądając się w poszukiwaniu odpowiedzialnej osoby. – Chyba nie chodzi im o mnie?

Następnego dnia jeden z ordynansów dał mi prostą niebieską sukienkę ze sterty ubrań, które rozwoził na wózku. Była o rozmiar za duża i przetarta w pasie i na rękawach, i śmierdziała stęchlizną.

Włożyłam ją i w jaskrawym świetle łazienki przejrzałam się w lustrze. „Czy tego właśnie się obawiałeś, Dymitrze? Że będziemy nosić cudze ubrania?”.

Chwyciłam się umywalki, pokój wirował. Czyżby Dymitr tak bardzo pragnął Moskwy – LA, że postanowił mnie poświęcić? Nie widziałam w jego oczach zdrady tego ranka, gdy wybierał się do konsulatu. Pomagając mu zapiąć płaszcz, nie miałam powodu sądzić, że do mnie nie wróci. Co zatem się zdarzyło? Jak Amelia zdołała mi go odebrać? Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie jej czerwone wargi, szepczące z przekonaniem: „Tak łatwo będzie ci zacząć od początku… Przed ucieczką nacjonalistyczny rząd zniszczył mnóstwo dokumentów. Pewnie nie ma żadnego dowodu na to, że jesteś żonaty. I tak nikt w Stanach się o tym nie dowie”. Słyszałam w duchu, jak Dymitr mówi „tak” na ich pośpiesznym ślubie. Czy choćby drgnął w chwili, w której mnie mordował?

Myśl o tym, jak bardzo go kochałam i jak mało on kochał mnie, doprowadzała mnie do szaleństwa. Miłość Dymitra była jak Szanghaj, niezwykle powierzchowna. Pod spodem kryło się zepsucie i zgnilizna. W niczym nie przypominała uczucia mojej matki, choć oba te rodzaje miłości odcisnęły na mnie swoje piętno.

Większość uchodźców na statku była radosna. Kobiety stawały przy relingach, aby porozmawiać i popatrzeć na morze, mężczyźni śpiewali podczas szorowania pokładów, dzieci grały w gumę i dzieliły się zabawkami. Jednak każdej nocy wszyscy wyglądali przez bulaje w poszukiwaniu księżyca i gwiazd, aby sprawdzić położenie statku. Nauczyli się nikomu nie ufać. Dopiero po spojrzeniu w niebo mogli udać się na spoczynek, spokojni, że płyną na Filipiny, a nie do Związku Radzieckiego.

Nawet gdyby wysłano mnie do obozu pracy, wcale bym się nie przejęła. I tak byłam już martwa.

Inni z kolei chyba czuli wdzięczność. Niemal bez szemrania czyścili pokłady, obierali ziemniaki, gawędząc o krajach, które mogłyby ich przyjąć po Filipinach, krajach takich jak Francja, Australia, Stany Zjednoczone, Argentyna, Chile, Paragwaj. Te nazwy brzmiały w ich ustach jak poezja. Ja nie miałam planów, żadnego pojęcia, co przyniesie przyszłość. Ból w moim sercu był tak głęboki, że spodziewałam się śmierci jeszcze przed zejściem na ląd. Szorowałam pokład wraz z innymi uchodźcami, ale podczas gdy oni odpoczywali, ja czyściłam armaturę i relingi, aż ręce krwawiły mi z zimna i od odcisków. Przerywałam dopiero, kiedy nadzorca stukał mnie w ramię.

– Aniu, masz zdumiewającą energię, ale powinnaś coś zjeść – powtarzał.

Byłam w czyśćcu i usiłowałam się z niego wydostać. Wiedziałam, że dopóki czuję ból, żyję. Jak długo istniała kara, istniała też nadzieja na odkupienie.

Sześć dni po opuszczeniu Szanghaju obudził mnie straszny ból w lewym policzku. Skóra poczerwieniała, łuszczyła się i była pokryta twardymi pęcherzami, które wyglądały jak ukąszenia owadów. Lekarz na statku obejrzał mnie i pokręcił głową.

– To na skutek niepokoju. Minie, kiedy trochę odpoczniesz.

Jednak nie minęło. Nie ustępowało, naznaczając mnie jak trędowatą.

Piętnastego dnia podróży parny upał tropików otoczył nas niczym chmura. Stalowobłękitne wody zmieniły się w lazurowy ocean, powietrze wypełnił zapach tropikalnych sosen. Mijaliśmy wyspy pełne urwistych klifów i koralowe plaże. Każdy zachód słońca przypominał jaskrawą tęczę na horyzoncie. Na pokład zlatywały tropikalne ptaki, niektóre tak oswojone, że bez obaw siadały nam na rękach. Jednak to naturalne piękno budziło niepokój niektórych Rosjan z Szanghaju. Po statku krążyły plotki o wudu i ofiarach.

Ktoś spytał kapitana, czy to prawda, że wyspa Tubabao jest kolonią trędowatych, kapitan jednak zapewnił nas, że wyspę spryskano DDT, a trędowaci zniknęli stąd dawno temu.

– Nie zapominajcie, że płyniemy ostatnim statkiem – zauważył. – Wasi rodacy są już na miejscu, czekają, by was powitać.

Dwudziestego drugiego dnia podróży rozległ się okrzyk jednego z członków załogi i wybiegliśmy na pokład, by po raz pierwszy popatrzeć na wyspę. Przysłoniłam oczy przed słońcem i zmrużyłam powieki. Tubabao wystawała z morza, niema, tajemnicza i spowita mgiełką. Dwie olbrzymie góry, zarośnięte dżunglą, wyglądały jak zarys spoczywającej na boku kobiety. W łuku między jej brzuchem i udem znajdowała się zatoczka alabastrowego piachu i palm kokosowych. Jedynym znakiem cywilizacji był pirs na plaży.

Zarzuciliśmy kotwicę, wyładowano nasze bagaże. Później, po południu, podzielono nas na grupki i przepłynęliśmy na plażę skrzypiącą barką, która śmierdziała olejem i wodorostami. Posuwała się powoli, a filipiński kapitan wskazał na czyste morze pod nami.

Ławice tęczowych rybek przepływały pod łodzią, coś, co wyglądało jak płaszczka, dźwignęło się z piaszczystego dna. Siedziałam obok niezbyt młodej kobiety w szpilkach i kapeluszu z jedwabnym kwiatem na rondzie. Ręce grzecznie złożyła na kolanach i usadowiła się na rozłupanej drewnianej ławeczce, jakby w drodze do uzdrowiska, chociaż tak naprawdę żadne z nas nie wiedziało, co przyniesie następna godzina. Uderzył mnie absurd sytuacji. Ci z nas, którzy znali zamęt i smród, hałas i gorączkę jednego z najbardziej kosmopolitycznych miast świata, mieli zamieszkać na odległej wyspie na Pacyfiku.

Na końcu pirsu czekały cztery autobusy. Były zniszczone, brakowało szyb w oknach, a blachę przeżarła rdza. Amerykański marynarz z włosami przypominającymi stalową wełnę i spalonym słońcem czołem wychylił się z jednego z pojazdów i kazał nam wejść. Zabrakło miejsc, większość z nas musiała stać. Jakiś chłopiec podniósł się na mój widok, opadłam z wdzięcznością na fotel. Uda przywarły mi do rozgrzanej skóry. Kiedy byłam pewna, że nikt nie patrzy, zsunęłam pończochy i ukryłam je w kieszeni. Podmuch powietrza na obolałych nogach i stopach przyniósł mi ulgę.