Выбрать главу

Podszedł do okna i oparł się o ramę. Gdyby to był ktoś inny, taka postawa – rozstawione szeroko nogi i broda uniesiona w górę – wyglądałaby teatralnie, do niego jednak pasowała. Odechciało mi się śmiać, uświadomiłam sobie, że słucham go z uwagą.

– W ramach przeprosin mogę powiedzieć tylko, że wielu rdzennych mieszkańców Australii mieszka w kontenerach – powiedział. Pułkownik wrócił do biurka, – miał zarumienioną twarz, ręce oparł na stosie dokumentów. – Pani. Ja. Wszyscy tutaj jesteśmy częścią wielkiego społecznego eksperymentu – powiedział. – Mamy stać się nowym narodem: albo przetrwamy, albo wyginiemy. Robię wszystko, żebyśmy przetrwali. Myślę, że i pani by tego chciała.

Słowa pułkownika Brightona podziałały niczym lekarstwo; czułam, jak krew zaczyna szybciej krążyć mi w żyłach i musiałam nakazać sobie spokój, inaczej dałabym się porwać jego słowom.

Dzięki pułkownikowi życie w marnym, przygnębiającym obozie wydawało się niemal podniecające. Może Brighton nie był najlepszym słuchaczem, ale nie brakowało mu pasji i entuzjazmu. Chciałam podjąć tę pracę choćby po to, by obserwować go dzień po dniu.

– Kiedy miałabym zacząć? – zapytałam. Podszedł do mnie i uścisnął mi dłoń.

– Dziś po popołudniu – odparł, znowu skupiając się na swoich dokumentach. – Zaraz po lunchu.

DZIKIE KWIATY

Po spotkaniu z pułkownikiem Brightonem pośpieszyłam do baraku z dzbankiem wody i szklanką. Ze zdumieniem ujrzałam, że Irina siedzi na łóżku i rozmawia z Anikó Berczi.

– Wróciła twoja przyjaciółka. – Anikó wstała na moje powitanie.

Miała na sobie sukienkę o barwie butelkowej zieleni, a w delikatnych dłoniach trzymała pomarańczę. Jednak ani nasycony kolor sukni, ani barwa owocu nie ożywiły jej twarzy. W świetle dnia skóra kobiety nadal wyglądała niezdrowo, jak poprzedniego wieczoru.

– Cieszę się – wychrypiała Irina. – Umieram z pragnienia.

Postawiłam dzbanek obok łóżka na odwróconej skrzyni i nalałam wody do szklanki. Przyłożyłam dłoń do czoła Iriny. Gorączka spadła, ale dziewczyna nadal była blada.

– Jak się czujesz? – spytałam.

– Wczoraj prawie umierałam. Teraz mi tylko niedobrze.

– Pomyślałam sobie, że Irina nie zdąży dziś wyzdrowieć, więc przyniosłam jej formularze zatrudnieniowe i zgłoszenie na kurs angielskiego – wyjaśniła Anikó.

– Wszystkie pytania są po angielsku – dodała Irina. Upiła łyk wody i wykrzywiła usta. Zastanawiałam się, czy to woda odpowiada za okropny smak herbaty przy śniadaniu.

– Nieważne, kiedy skończysz kurs angielskiego, zdołasz na nie odpowiedzieć – stwierdziłam.

Wszystkie wybuchnęłyśmy śmiechem. Na policzkach Anikó pojawił się rumieniec.

– Anikó mówi płynnie sześcioma językami – powiedziała Irina. – Teraz uczy się serbskiego.

– Ale masz talent – zauważyłam z podziwem. Anikó dotknęła szyi piękną ręką i opuściła powieki.

– Pochodzę z rodziny dyplomatów – wyjaśniła. – A tu jest mnóstwo Jugosłowianek, z którymi mogę ćwiczyć mój serbski.

– Pewnie trzeba być nie lada dyplomatką, żeby zostać blokową – stwierdziłam. – Wiesz o Elsie?

Anikó położyła dłonie na kolanach. Trudno mi było oderwać wzrok od jej rąk, wyglądały jak dwie lilie na tle zielonej sukienki.

– Do tego obozu przeniosłyśmy z Europy chyba wszystkie napięcia – westchnęła. – Elsa zawsze jest nieszczęśliwa w miejscu, do którego ją przydzielam, i unika zaprzyjaźniania się z innymi. W baraku obok mieszkają Niemka i Żydówka, i doprawdy trudno znaleźć osoby, które bardziej by się wspierały. Ale one są młode, a Elsa stara i uparta.

– Rosjanie powiadają, że przy dobrych posiłkach nikt nie będzie się kłócił – oznajmiłam. – Gdyby lepiej karmili chłopów, rewolucja by nie wybuchła. Może ludzie tu też nie byliby tacy spięci, gdyby serwowano lepsze jedzenie. Dziś niemal nie dało się zjeść śniadania.

– Tak, wszyscy narzekają na wyżywienie – odparła Anikó. – Australijczycy chyba gustują w przegotowanych warzywach. I podają za dużo baraniny. Jednak podczas oblężenia Budapesztu gotowałam własne buty, żeby je zjeść, więc nie będę narzekać.

Rumieniec wypełzł mi na twarz. Nie powinnam zachowywać się tak nonszalancko.

– Co robiłaś dzisiejszego ranka, Aniu? – przyszła mi z odsieczą Irina. Powiedziałam im o pracy dla pułkownika Brightona i o jego zaangażowaniu w politykę „zaludniajcie albo zgińcie”. Irina przewróciła oczami, Anikó zaś wybuchnęła śmiechem.

– Tak, to dopiero typ, ten cały pułkownik Brighton – powiedziała. – Czasem myślę, że to szaleniec, ale ma dobre serce. Nie będzie ci źle u niego. Zobaczę, czy zdołam załatwić Irinie pracę w żłobku. Byleby tylko nie musiała stawać przed tym głupim urzędnikiem do spraw zatrudnienia.

– Chciał, żeby Anikó pracowała jako pomoc domowa – wtrąciła Irina.

– Poważnie?

Anikó potarła dłonią o dłoń.

– Wyjaśniłam mu, że znam sześć języków, a on powiedział, że w Australii to całkiem nieprzydatne, wystarczy angielski. Stwierdził, że nie ma pracy dla tłumaczy, a na każdą inną jestem już za stara.

– Co za idiotyzm – żachnęłam się. – Wystarczy popatrzeć na ludzi w tym obozie. Poza tym pułkownik Brighton powiedział mi tego ranka, że w Australii jest więcej takich obozów jak nasz.

– W tym problem – parsknęła Anikó. – Nowi Australijczycy, myślałby kto. Chcą, żebyśmy wszyscy zmienili się w Anglików. Poszłam do pułkownika Brightona i oświadczyłam mu, że władam sześcioma językami. Niemal zerwał się z krzesła, aby mnie uściskać. Od razu dał mi pracę nauczycielki angielskiego i blokowej. Za każdym razem, gdy go widzę, mówi: „Anikó, potrzebuję jeszcze dwudziestu takich jak ty”. I tak, mimo wszystkich swoich wad, ma mój szacunek.

Irina zadrżała i kaszlnęła. Wyciągnęła chusteczkę spod poduszki i wydmuchała nos.

– Przepraszam – powiedziała. – To pewnie oznacza, że zdrowieję.

– Lepiej idź do kwatery Czerwonego Krzyża – poradziłam jej. Irina pokręciła przecząco głową.

– Nie, chce mi się spać. Ale ty powinnaś tam pójść i spytać ich o matkę.

Anikó spoglądała na nas z ciekawością, więc pokrótce wyjaśniłam jej, co się stało z moją matką.

– Czerwony Krzyż ci nie pomoże, Aniu – powiedziała. – Tutaj to tylko oddział medyczny. Powinnaś skontaktować się z głównym biurem w Sydney.

– Och – powiedziałam rozczarowana.

Anikó poklepała Irinę po nodze i położyła pomarańczę obok dzbanka.

– Lepiej już pójdę – oznajmiła.

Po jej wyjściu Irina odwróciła się do mnie i wyszeptała:

– Była pianistką w Budapeszcie. Niemcy zastrzelili jej rodziców za ukrywanie Żydów.

– Boże – westchnęłam. – W tym maleńkim miejscu są aż trzy tysiące tragicznych historii.

Kiedy Irina znowu zapadła w sen, zebrałam nasze ubrania i poszłam do pralni złożonej z czterech betonowych kadzi i bojlera. Wyprałam sukienki i bluzki ostatnią kostką mydła. Po rozwieszeniu prania odwiedziłam skład, gdzie polski magazynier uważnie obejrzał mnie od szyi do biustu.

– Mogę dać ci tylko buty z demobilu, płaszcz z demobilu albo czapkę z demobilu.

Pokazał mi parę staruszków, którzy mierzyli rozmaite buty. Nogi mężczyzny drżały, opierał się o żonę. Myślałam, że pęknie mi serce. Zawsze uważałam, że starsi ludzie powinni się cieszyć owocami swojej pracy, a nie zaczynać wszystko od początku.

– Nie ma mydła? – spytałam. – Ani ręczników?

– To nie hotel Ritz. – Polak wzruszył ramionami.

Przygryzłam wargę. Szampon i pachnące mydło będą musiały poczekać do dnia wypłaty. Przynajmniej miałyśmy czyste ubrania. Pomyślałam, że może Anikó nam coś pożyczy, a potem jej oddamy.

Przez megafon na ścianie magazynu ogłoszono lunch, najpierw po angielsku, a potem po niemiecku. Widziałam, jak starsza kobieta drgnęła, słysząc słowo Achtung.

– Dlaczego mówią po niemiecku? – zapytałam magazyniera.

– Ale pomysł, co? – Uśmiechnął się kącikiem ust. – Uznali, że dzięki nazistom wszyscy rozumiemy rozkazy po niemiecku.

Powlokłam się do stołówki, ze strachem myśląc o kolejnym niejadalnym posiłku. Pojawiłam się tam jako jedna z ostatnich. W sali panowała zupełnie inna atmosfera niż rano. Wszyscy się uśmiechali. Brązowy papier zniknął, każdy stół zdobiły słoiki z niebieskimi kwiatkami. Minął mnie mężczyzna z miską zupy i kawałkiem żytniego chleba. Zawartość miski pachniała smakowicie i znajomo. Zerknęłam na karmazynowy płyn i pomyślałam, że śnię. Barszcz. Wzięłam miskę ze stosu na stole i stanęłam w kolejce do okienka. Niemal podskoczyłam z radości, gdy znalazłam się twarzą w twarz z Marią i Nataszą z Tubabao.

– Och! – wykrzyknęłyśmy jednocześnie.

– Chodź. – Natalia otworzyła drzwi kuchni. – Wszyscy już prawie skończyli. Zjedz z nami.

Przeszłam za nią do pomieszczenia na zapleczu, w którym pachniało nie tylko burakami i kapustą, ale także bielinką i sodą oczyszczoną. Mężczyźni z zapałem zmywali ściany. Natasza przedstawiła nam swojego ojca Lwa i męża Piotra. Maria napełniła moją miskę aż po brzegi świeżym barszczem, a Natasza podsunęła mi krzesło i nalała wszystkim herbaty.

– Co z Raisą? – zapytałam.

– Nie najgorzej – odparł Lew. – Baliśmy się, że nie przeżyje podróży, ale jest twardsza, niż sądziliśmy.

– Trafiła do baraku z Nataszą i dziećmi i wydaje się tam szczęśliwa. Opowiedziałam im o Ruselinie i ze współczuciem pokiwali głowami.

– Pozdrów od nas Irinę – powiedziała Maria.

Na półce obok mnie stał bukiet błękitnych kwiatków, które widziałam wcześniej w stołówce. Dotknęłam cylindrycznych płatków i smukłych łodyg.