Majtkowie też nie próżnowali. Pittowi zdawało się chwilami, że rozprzedadzą wszystko co posiadają, i pozostaną nadzy, albo w końcu zaproponują samych siebie w zamian za drogie futra. Czeladź sprzedawała bowiem bieliznę, zbyteczne ubranie, buty, tabakę, zapałki, cygamice, walizki, zegarki, noże, czapki, brzytwy i różne posiadane drobiazgi.
Nowy mechanik – młody Polak Menger, rozprzedawszy wszystko, obładowany kilku skórami białych niedźwiedzi, rysia i lisów wołał:
– Stachu, Romku, Stefku, Marianie! Patrzcie! Mam tyle, że mogę pierwszą klasą jechać stąd do domu! Psiakrew, że też nie mam już nic więcej do sprzedania!
Lecz towarzysze tylko się śmiali w odpowiedzi, bo sami uginali się pod ciężarem towarów znoszonych przez siebie do kajuty w kasztelu. Kucharz Tun-Lee sprzedał nawet dwie talie kart, chińskie szachy i długą fajkę mongolską.
– Sprzedaj jakiej łysej babie warkocz! – krzyknął mu z głębi rumu Otto Lowe.
Lecz kuk wysoko cenił tę tradycyjną ozdobę chińskiej głowy i rozstać się z nią nie chciał za żadną cenę.
– Zamień warkocz na skórkę zająca! – poradził mu przebiegając Ikonen. Chińczyk się obraził, bo uważał zająca za najbardziej pogardzane zwierzę.
– Uczykan jest nieczyste, niedobre bydlę!____________________ mruczał, wygrażając Finowi pięścią.
Nareszcie Nilsen kazał zamknąć i szczelnie pokryć podwójnym brezentem magazyn,
oznajmiwszy Samojedom, że nic już do sprzedania nie posiada.
Pitt Hardful podczas jarmarku na „Witeziu", jak się wyrażał, zaprzyjaźnił się z miejscową starszyzną, ująwszy ją podarunkami i lekami na reumatyzm, zwykłą chorobę rybaków i myśliwych. Dowiedział się o różnych ważnych na przyszłość rzeczach, o kraju i jego bogactwach, zawarłszy ustną, potwierdzoną wieczystą przysięgą umowę handlową na rok przyszły.
Gdy starszy mechanik Mikołaj Skalny zatelefonował z hali maszynowej na mostek kapitański, że maszyna gotowa, Nilsen kazał wyciągać kotwicę, ryknął syreną szoner i otoczony flotyllą odprowadzających czółen tubylczych, wziął ryzę na zachód.
Ledwie szoner zdążył pozostawić za rufą Wyspę Diksona, lekka bryza prawie nagle przeszła w szturm. Wszystko się zmieszało i skłębiło – mgła unosząca się nad oceanem, wysoko wylatujące bałwany, bryzgi, piana i z hałasem rozbijane dziobem „Witezia" tafle kry.
Statek miotał się jak oszalały pod smagającą go dmą i kładł się to na prawą, to na lewą burtę. Potoki słonej, spienionej wody przelewały się przez pokład i wdzierały się do hali maszynowej, aż trafiły do dynamo, i w jednej chwili zgasiły światło w głębi statku, gdzie nie dochodziły blade promienie nie gasnącego polarnego słońca.
Gięły się i skrzypiały maszty, a u foka wicher oderwał topreję i z rozmachem cisnął ją na czepiającego się masztów i basztaków Mariana Rynkę. Inni Polacy rzucili mu się na pomoc. Ryzykując, że będą zmyci przez fale, uratowali jednak rannego, nieprzytomnego towarzysza.
Bijące w burty szonera bałwany szerzyły coraz większe zniszczenie.
Pod wściekłym uderzeniem pękły tały trepu, i ciężki, żelazem okuty chodnik zaczął łomotać w burtę statku.
– Odciąć pozostałe liny! Zrzucić trep do morza! – krzyknął w tubę Nilsen.
Bosman, ślizgając się i czepiając lin takielaźu, ponieważ lada chwila mógł wypaść za parapet, siekierą odrąbał jedną linę, która utzymywała chodnik przy statku.
Majtkowie, zwłaszcza nowi, zapadali na morską chorobę, lecz – mimo iż uginały się pod nimi nogi i głowy pękały im z bólu – pracowali ciężko przy szalupach ratunkowych.
Wiatr i bijące fale zrobiły swoje. Puściły łańcuchy szpilów z zawieszonymi na nich łodziami, które zaczęły się bujać, grożąc upadkiem na parapet lub do morza. Bezanmaszt stracił lewoburtowe gafle i chwiał się coraz silniej.
Widząc to, Nilsen zbiegł z mostku, oddawszy komendę sztormanowi, i wraz z bosmanem i mechanikiem uchwycili miotające się na wietrze przesmolone liny, uwiązali je i obciągnęli, zlewani strugami lodowatej wody, rzucanej nad nich przez wściekłą kipiel.
Nilsen miał oko na wszystko. Od razu spostrzegał zagrożone miejsca i posyłał ludzi, aby wzmacniali i naprawiali co trzeba, walcząc ze szturmem i nawałnicą bałwanów.
Przy ujściu potężnego Jeniseju, zabarwiającego ocean w promieniu kilkudziesięciu mil na kolor brunatny, nowe niebezpieczeństwo stanęło przed porwanym przez wichurę statkiem Olafa Nilsena.
Mocarny prąd rzeki-olbrzyma wyniósł do morza zerwane gdzieś w głębi lądu duże drzewa wraz z korzeniami i zaciśniętymi w ich splotach kamieniami. „Witeź" już kilka razy uderzał dziobem o płynące konary, drżał i zgrzytał, gdy olbrzymie pnie, zatopione jego ciężarem, sunęły pod wodą, ocierając się o jego dno.
Nagle śród huku, łomotu i wycia rozległ się trzask – i wszyscy odczuli potężny wstrząs całego statku.
– Co się stało? – zawołał Pitt, podbiegając do kapitana. Ten znieruchomiał z nachmurzonym czołem, ścisnąwszy obydwiema rękoma poręcz mostku, i nadsłuchiwał.
Pitt od razu spostrzegł, że z „Witeziem" coś się dzieje. Miotał się teraz bezładnie, obracał się w kółko, nie rozbijał nadbiegających bałwanów szturmowych i coraz silniej przewalał się z boku na bok.
– Statek nie słucha steru! – krzyknął rudlowy. – Zgubiłem ryzę!
– Rzuć sztorwał! – odpowiedział kapitan i pochylając się do ucha Pitta zawołał:
– Płynące drzewa złamały nam plusk steru! Nic nie poradzimy na to przy takim zwarze i dmie.
– Musimy wejść do rzeki i odstać się – poradził Pitt.
– Nie! – odparł Nilsen. – Ten szturm potrwa kilka dni. Bez rudla nie mogę manewrować w ujściu, gdzie podobno dużo rew, łach piaszczystych, zwałów, płynących od góry drzew i kamieni. Staniemy pod dryfem, chociaż bez steru ciężko to nam przyjdzie. Dajcie sygnał sztormanie na owral, a dobry sygnał i potrójny!
Podczas gdy Pitt biegł ku sznurowi syreny, Olaf Nilsen zadzwonił do mechanika i rzucił mu:
– Stop! Od maszyny i kotłów nikogo nie zwalniać!
W tej chwili zaryczała, a później trzykrotnie długo jęczała syrena; odpowiedziały jej gwizdki bosmana i jego komenda:
– Owral! Wszyscy na górę!
Cala załoga oprócz czeladzi maszynowej wybiegła na pokład. Nawet ranny Rynka zjawił się, oparty na ramieniu Walickiego.
– Rozwinąć żagle! – padł rozkaz z mostku i jednocześnie jakaś komenda do maszyny. Sunąc naprzód lub w tył „Witeź" zaczął wkrótce znowu nadstawiać nadbiegającym
bałwanom swój ostry, stalowy dziób.
Tymczasem majtkowie po wantach. weszli na marsy, zaczęli rozwijać żagle i szykować biegowy linostrój.
Gdy żagle opadły, flandrując i szamocąc się z wiatrem, kapitan krzyknął:
– Hys!
Ludzie brasowali reje, stawiając je pod wiatr, a wtedy żagle wydęły się, i statek ruszył naprzód.
Olaf Nilsen postanowił zatrzymać statek – stanąć pod dryfem, w odpowiedni sposób manewrując żaglami.
Długo rozlegała się jego komenda.
– Brasuj reje na półwiatr! Wesia topżagiel! Nadaj gary! Hysuj bezan! Halzować grot! Obciągnij gorcyl na fokżaglach. Porwą! Porwą!
Nareszcie stojący na bocianim gnieździe bosman krzyknął w tubę:
– Dryf!
Nilsen zdjął kapelusz i otarł czoło… Przybiegł pracujący przy bezanmaszcie Pitt.
– Co będziemy robili teraz? – spytał.
– Tymczasem stoimy pod dryfem i kołyszemy się na kipieli. Trzeba tylko ciągle uważać na żagle. O! Patrzcie, mister Siwir! Kliwer teraz zbyteczny!
– Hej tam który od sztaby! Zwiń kliwer i gorcyl zwiąż na lorę! – krzyknął, przechylając się przez poręcz mostku. – All right! A teraz, sztormanie, musimy coś obmyśleć ze sterem, bo manewrując żaglami płynąć będziemy bardzo długo, a wtedy może nas gdzieś lód przyłapać i zatrzeć…
Zbiegli z mostku i oglądali złamany ster, od którego pozostała tylko gruba, żelazna oś.
– Źle, do kroćset piorunów! – zaklął kapitan. – Takiej awarii tylko w doku mogą zaradzić, a nie podczas pływanki, i do tego w ruchawę!
Jednak złamanemu sterowi uważnie przyglądał się też ranny Rynka, którego koledzy nazywali inżynierem. Siedział na rufie, na zwoju lin i myślał. Nareszcie zawołał, kiwając na Pitta:
– Sztormanie, zapytajcie kapitana, czy ma w magazynach proszek Goldsmitha?
– Mamy, na wypadek lutowania blatów burtowych, stalowych tros i łańcuchów! – odparł Nilsen.
– Naprawimy rudel! – oznajmił „inżynier" i zawoławszy do pomocy dwóch swoich towarzyszy i mechanika „Witezia", długo coś majstrował w hali maszynowej, aż późną nocą wynieśli nowy plusk o dziwnych kształtach.