Выбрать главу

– Nie śpię – powiedziała. – Myślę.

– O czym?

Usiadła i spuściła nogi na ziemię.

– Nie ufam naszemu Latającemu Holendrowi.

– Ja też. Myślę, że ktoś nas obserwuje. – Paul zerknął w stronę wejścia. – Ta chata przypomina mi pułapkę na langusty. Z wejściem, lecz bez wyjścia, chyba że do garnka. Proponuję, żebyśmy zanocowali na łodzi.

– Niechętnie rozstanę się z tymi luksusami, ale trudno, jestem gotowa. Jedno pytanie. Którędy się przekradniemy, skoro nas obserwują?

– Kuchennymi drzwiami.

– Jakoś ich tu nie zauważyłam.

– Widać nie słyszałaś o jankeskiej pomysłowości – odparł z zadowoloną miną Paul. – Stań na czatach, a ja wszystko zorganizuję.

Z pochwy przy pasie wyjął nóż myśliwski, poszedł na tył chaty, klęknął, wsunął dwudziestocentymetrowe ostrze w ścianę i zabrał się do cięcia. Ledwie słychać było jakiś odgłos, ale dla bezpieczeństwa skoordynował je z krzykami nieznanego leśnego zwierzęcia, hałasującego tak głośno, jakby piłowano metal. Po kilku minutach wyciął w tylnej ścianie prostokątny otwór o powierzchni ponad pół metra kwadratowego. Wrócił po Gamay i zaprowadził ją tam. Wystawiła głowę przez otwór, a kiedy upewniła się, że nic jej nie grozi, wyszła na zewnątrz. Sekundę potem przez otwór przecisnął się zbudowany jak koszykarz Paul.

Stali obok siebie za chatą, wsłuchując się w symfonię bzyczeń i nawoływań owadów i ptaków. Wcześniej Gamay wypatrzyła ścieżkę prowadzącą od chat nad rzekę. Ruszyła pierwsza słabo widocznym, mocno ubitym szlakiem i niebawem zostawili za sobą wieś. Poczuli woń butwiejącej rzecznej roślinności. Ścieżka wiodła do ogrodów, które widzieli z rzeki za dnia. Poszli wzdłuż błotnistego brzegu i po kilku minutach dojrzeli zarys łodzi. Zatrzymali się na wypadek, gdyby Dieter nakazał komuś obserwować rzekę. Paul wrzucił do wody kamień ale plusk nikogo nie wywabił z ukrycia.

Wsiedli do ślizgacza i przygotowali go do odpłynięcia o pierwszym brzasku. Paul położył sobie pod głowę kamizelkę ratunkową i rozciągnął się na pokładzie, a Gamay usadowiła się na fotelu, obejmując wartę. Paul wkrótce zapadł w drzemkę. Na początku z powodu upału i brzęczących owadów spał niespokojnie, ale w końcu zmęczenie wzięło górę i zasnął głęboko. W pewnej chwili usłyszał przez sen głos żony, która wołała go po imieniu skądś z daleka, i przez powieki poczuł światło. Zamrugał oczyma i zobaczył Gamay – siedziała w tym samym miejscu, a jej twarz zniekształcał żółty, pełgający blask.

Przy burcie ślizgacza stały trzy łodzie. Pirogi z groźnie wyglądającymi Indianami, uzbrojonymi w ostre jak brzytwa oszczepy i maczety. Płomienie pochodni, które trzymali w wolnych rękach, oświetlały ich przyozdobione jaskrawą czerwienią brązowe ciała i twarze. Czarne włosy sięgały im do linii wyskubanych brwi. Mieli przepaski na biodra, ale jeden nosił na głowie baseballówkę New York Yankees. Przyjrzawszy się strzelbie w jego w rękach, Paul pomyślał, że to jeszcze jeden powód, by nie lubić tej drużyny.

– Cześć – powiedział z uśmiechem.

Indianie nawet nie drgnęli. Ten ze strzelbą dał jemu i Gamay znak, by wysiedli. Na brzegu natychmiast obstąpili ich Indianie. Kibic Yankees wskazał strzelbą w kierunku wsi i otaczający Troutów orszak z pochodniami zaczął się wspinać po stoku.

– Przepraszam, Paul – szepnęła Gamay. – Ale wyrośli jak spod ziemi.

– Nie twoja wina. Zagrożenia spodziewałem się wyłącznie z lądu.

– Ja też. Ale po co się do nich uśmiechnąłeś?

– Nic innego nie przyszło mi do głowy.

– Dieter jest chyba sprytniejszy niż myśleliśmy – powiedziała z żalem.

– Wątpię. Spójrz!

Na polanie przed chatami w świetle pochodni zobaczyli Dietera, bardzo bladego i wystraszonego. Nie bez powodu. Otaczający go Indianie, trzymali groty oszczepów o centymetry od jego wydatnego brzucha. Po twarzy Niemca spływał pot, którego nie mógł otrzeć, bo trzymał ręce podniesione do góry. A na domiar nieszczęścia w serce mierzyło mu z pistoletów dwóch białych. Ubrani jednakowo – w bawełniane spodnie, koszulki z długimi rękawami i skórzane buty – mieli szerokie, skórzane, podobne do monterskich pasy z metalowymi klamrami. Jeden był wielkim, niechlujnym, nie ogolonym drabem, drugi zaś, niższy i chudszy, miał ciemne, płaskie oczy kobry. Herszt Indian podał mu colta Troutów. Niższy zimnymi oczami przyjrzał się Paulowi i Gamay i po chwili przeniósł wzrok na Niemca.

– Oto twoi kurierzy, Dieter – powiedział z francuskim akcentem. – Wciąż zaprzeczasz, że chciałeś mnie oszwabić?

Dieter jeszcze bardziej się spocił.

– Do wczoraj ich nie znałem, Victorze, jak Boga kocham! – przysiągł. – Zjawili się tu, twierdząc, że przysłał ich Ramirez. Mieli mnie ostrzec przed kłopotami w związku z rym zabitym Indianinem. – Łypnął chytrze żółtawymi oczami. – Nie uwierzyłem im. I umieściłem w chacie, żeby mieć na nich oko.

– Tak, widziałem twoje nadzwyczajne środki bezpieczeństwa – rzekł z jawnym lekceważeniem Victor. – A wy kto? – spytał Troutów.

– Ja nazywam się Paul Trout. A to moja żona Gamay. Jesteśmy naukowcami, wspólnie z doktorem Ramirezem badamy delfiny rzeczne.

– A co was sprowadza tutaj? Na tym odcinku rzeki nie ma delfinów.

– To prawda – przyznał Paul. – Ale znaleźliśmy ciało Indianina w pirodze. Ponieważ doktor Ramirez uznał, że mogą z tego wyniknąć kłopoty, wysłał nas, żebyśmy ostrzegli wioskę.

– Dlaczego sam nie przyjechał?

– Skręcił nogę i nie może chodzić. A poza tym chcieliśmy lepiej poznać dżunglę.

– Sprytnie. – Francuz podniósł colta. – A to wasz sprzęt naukowy?

– Nie. To własność doktora Ramireza. Nalegał, żebyśmy go wzięli na wypadek kłopotów. I, jak się zdaje, miał rację.

Victor zaśmiał się.

– Ta opowieść jest taka głupia, że może być prawdziwa. – Przyjrzał się Gamay tak, jak tylko Francuz może taksować kobietę wzrokiem. – Gamay to niezwykłe imię, francuskiego pochodzenia.

Choć w tym, co uważał za szarmanckie, dostrzegła lubieżność, nie zawahała się użyć swych kobiecych wdzięków.

– Wszyscy znani mi Francuzi już dawno by się przedstawili – zwróciła mu uwagę.

– Och, przepraszam za moje maniery. To wynik zadawania się z typami takimi jak ten cochon.

Dieter cofnął się, bo Victor machnął mu lufą przed nosem.

– Jestem Victor Arnaud. A to mój asystent Carlo. – Francuz wskazał na swojego kompana. – Pracujemy dla europejskiego kartelu, który zabiega o zdobycie w dżungli rzadkich substancji organicznych.

– A więc jesteście botanikami, tak jak doktor Ramirez?

– Nie – odparł Arnaud, kręcąc głową. – Dla botaników ta robota jest za trudna. Dysponujemy praktyczną znajomością biologii, ale stanowimy jedynie forpocztę, ekipę zbieraczy, która dostarczy naukowcom do analizy interesujące okazy. Botanicy wkroczą po nas, kiedy przetrzemy drogę.

– Czyli poszukujecie leków? – spytał Paul.

– Raczej przy okazji. Nie jest tajemnicą, że w tym cudownym biologicznym sezamie być może znajduje się lekarstwo na raka. Ale zasadniczo szukamy tu zapachów do perfum i olejków oraz smaków dla przemysłu spożywczego. Jeśli natrafimy na ekstrakty lecznicze, tym lepiej. Mamy pozwolenie rządu wenezuelskiego, a nasza działalność jest w pełni legalna.

Paul spojrzał na wymalowanych dzikusów, na wymierzone pistolety i na twarz autentycznie przerażonego Dietera. Nawet przez chwilę nie wierzył, że ci leśni zbóje zajmują się czymś legalnym. Nie chciał zbytnią dociekliwością rozgniewać Arnauda, ale brak ciekawości z jego strony też byłby podejrzany.

– Pozwolę sobie zauważyć, że jak na ekipę naukową, jesteście bardzo dobrze uzbrojeni – powiedział.

– Oczywiście – odparł Arnaud. – Obawy Ramireza są uzasadnione. Ta dżungla jest niebezpieczna. Na własne oczy widzieliście trupa. – Uśmiechnęli się ironicznie. – Na pewno zadajecie sobie pytanie, co nas łączy z tą nędzną kreaturą – rzekł, wskazując na Dietera. – Użyczył nam Indian z tej wioski do pomocy w poszukiwaniu okazów flory. Znają ten las jak nikt. Dodam, że hojnie mu płacimy.