– Trudno zaprzeczyć. – Hanley wzruszył ramionami. – Ci klienci próbowali ukryć swoją tożsamość w labiryncie spółek akcyjnych.
– Powiedział pan: próbowali. Kim są?
– Dotarłem tylko do małej firmy o nazwie Mulholland Group. To prywatna spółka akcyjna, powiązana z korporacjami zaangażowanymi w przedsięwzięcia hydrotechniczne na wielką skalę.
– Co jeszcze?
– To wszystko, co wiem. – Hanley sprawdził godzinę na swoim cartierze. – Wybaczcie panowie, ale jestem umówiony z prawdziwym klientem.
– Jaki jest adres i numer telefonu tego pośrednika?
– Do niczego wam się to nie przyda. Kilka tygodni temu Jones zginął. Jego samochód wypadł z górskiej drogi.
Od jakiegoś czasu przez sięgające od podłogi do sufitu okno za plecami prawnika Austin śledził helikopter, który latał tam i z powrotem nad zatoką, za każdym razem coraz bliżej wieżowca. Kiedy jednak usłyszał o niezwykłej śmierci maklera, skupił całą uwagę na Hanleyu.
– Proszę powiedzieć wszystko, co pan o nim wie – powiedział. – I udostępnić pełną dokumentację.
Hanley zmarszczył brwi. Był pewien, że spławił tych dwóch natrętów.
– Nie dam wam oryginałów – oświadczył. – Zrobię odbitki. Zajmie to parę godzin.
– Nie szkodzi. Jeszcze tu wrócimy.
Hanley zmarszczył brwi, ale po chwili uśmiechnął się, wstał zza biurka i odprowadził ich do drzwi.
– Zadzwonimy do Hirama Yaegera – powiedział w windzie Austin. – Hanley z całą pewnością usunie niektóre dokumenty, dlatego będziemy musieli sami poszperać w sprawie tej Mulholland Group.
Hiram Yaeger był w NUMA specjalistą od komputerów. System komputerowy na dziewiątym piętrze, któremu nadał imię Max, był podłączony do olbrzymiej bazy danych oceanograficznych, uzupełnianej wiedzą ze wszystkich źródeł na świecie i zaprogramowany na infiltrowanie baz zewnętrznych.
Wyszli z holu budynku na kalifornijskie słońce. Gdy Zavala dochodził do krawężnika, żeby przywołać taksówkę, usłyszeli z góry głośny łopot. Nad ulicą, w odległości jakichś trzydziestu metrów od szklanej ściany biurowca, zawisł zielony helikopter. Tak jak inni przechodnie, dwaj agenci NUMA z zaciekawieniem zadarli głowy. Wtem Austin coś sobie skojarzył i chwycił Zavalę za rękę.
– Wracamy! – powiedział.
Wpadli do otwartej windy i wcisnęli numer piętra kancelarii adwokackiej. W połowie drogi na górę usłyszeli głuchy huk i kabina zadygotała w szybie. Austin zatrzymał windę na piętrze pod kancelarią Hanleya. Przemknęli obok zaskoczonych urzędników i wbiegli po schodach na następną kondygnację.
Klatkę schodową wypełniał gryzący czarny dym. Austin wymacał drzwi na piętro. Nie wyczuwszy gorąca świadczącego o pożarze, uchylił je odrobinę. Na klatkę wydostało się jeszcze więcej dymu. Otworzyli drzwi na tyle, żeby przez nie przejść, i na czworakach, wśród duszących oparów, doczołgali się do biurka sekretarki. Chłodny prysznic z włączonej instalacji przeciwpożarowej zmoczył ich do suchej nitki. Dziewczyna leżała na dywanie obok biurka.
– Co z Hanleyem?! – krzyknął Joe.
Z drzwi gabinetu prawnika wydobywały się kłęby dymu.
– Daj sobie spokój. Zginął.
Zaciągnęli sekretarkę do klatki schodowej i znieśli ją, bezwładną, piętro niżej. Po kilkuminutowej reanimacji metodą usta – usta odzyskała przytomność. Niebawem na piętrze zadudniły buty strażaków. Przekazawszy dziewczynę pogotowiu, Austin i Zavala zeszli na dół po schodach, żeby nie utknąć w windzie, jeśli wyłączą prąd. Do holu wpadło więcej strażaków. Przyjechała policja i przystąpiła do ewakuacji wieżowca. Agenci NUMA wmieszali się w tłum kłębiący się przed budynkiem, lecz gdy stwierdzili, że nie dzieje się nic ciekawego przeszli dwie przecznice dalej i złapali taksówkę.
Kierowca, sądząc z dowodu tożsamości, Senegalczyk, spojrzał na ich usmolone twarze.
– Byliście w środku? – spytał. – Rany, usłyszałem o tym przed chwilą przez radio. Ale walnęło.
Zavala spojrzał przez tylną szybę na zamieszanie przed budynkiem, gdzie policja zatrzymywała samochody i wytyczała ochronny pas przeciwpożarowy.
– Skąd wiedziałeś, co się stanie? – spytał Austina, ścierając sadze z policzka.
– Nie wiedziałem. Ale kiedy rozmawialiśmy z Hanleyem, zobaczyłem, że nad zatoką lata tam i z powrotem helikopter.
– Też go zauważyłem, ale uznałem, że należy do drogówki.
– I ja tak myślałem. Ale potem coś sobie skojarzyłem. Ten sam albo bardzo podobny śmigłowiec przeleciał po wybuchu nad wytwórnią tortilli.
– Pamiętam. Ciemnozielony. Zahuczał nad laguną i odfrunął. Tak czy owak właścicielom tej maszyny zależało, żeby Hanley marnie zginął – orzekł po namyśle Zavala.
– Hanley zadawał się z prawdziwymi bandziorami.
– Myślisz, że załatwił go Enrico?
– Możliwe. Wiedział, że z nim porozmawiamy. Ale zdziwiło mnie, że nie uprzedził go o naszej wizycie.
– Zastanawiam się nad wypadkiem pana Jonesa, który pośredniczył w tej transakcji – rzekł w zadumie Zavala. – Może i jemu zamknięto usta.
– To pasuje do teorii o Enriku, chyba że pojawi się coś lepszego.
A pojawiło się zaraz po ich powrocie do hotelu. Kiedy Austin poszedł umyć się i przebrać, Zavala włączył wiadomości. Kamera pokazała kłęby dymu, wydobywające się z kancelarii Hanleya i wozy strażackie przed budynkiem. Rzecznik straży pożarnej oświadczył, że udzielono pomocy pewnej liczbie osób, które nawdychały się dymu, ale że zginęła tylko jedna osoba. Jej nazwisko zostanie podane po zawiadomieniu najbliższych krewnych. Nie znano przyczyny wybuchu. Zavala już miał zgasić telewizor, kiedy na ekranie pojawiła się znajoma twarz.
– Kurt, musisz to zobaczyć! – zawołał.
Austin szybko wyszedł z łazienki i zdążył usłyszeć to, co podawał spiker:
– A oto informacja z ostatniej chwili. W eksplozji samochodu zginął dziś w Tijuanie domniemany szef meksykańskiej mafii narkotykowej, Enrico Pedralez. Wraz z nim śmierć poniosło dwóch mężczyzn, najprawdopodobniej jego ochroniarzy.
Spiker zaczął czytać długą listę przestępstw, przypisywanych Meksykaninowi.
– Widać, że ci od zielonego śmigłowca bardzo lubią sprzątać – rzekł Austin.
Zadzwonił telefon. Zavala, który go odebrał, słuchał przez chwilę, mruknął “proszę bardzo” i odłożył słuchawkę.
– To Miguel Gomez z FBI – powiedział.
– Czego chciał?
– Podziękował nam za to, że ułatwiliśmy mu robotę – odparł Zavala.
16
Brunhilda Sigurd władała swym rozległym imperium z gabinetu na szczycie wieży, wznoszącej się nad jej rozłożystą siedzibą w stylu wikingów, Walhallą. Pomieszczenie to – bez okien, bez żadnych obrazów i ozdób na śnieżnobiałych ścianach – miało kształt idealnego koła, geometrycznej figury najbliższej doskonałości. Brunhilda siedziała przy konsoli telefonicznej z białego plastiku wpatrując się w płaski ekran monitora. Urządzenia te w zupełności wystarczały do śledzenia na bieżąco jej przedsięwzięć na całym świecie. Zimą i latem w gabinecie panował niezmienny chłód – temperatura cztery stopnie powyżej zera. Nieliczni, dopuszczeni przez nią do tego orlego gniazda, przyrównywali je do chłodni, ale ona czuła się tam jak ryba w wodzie.
Wychowana na leżącej na odludziu farmie w Minnesocie, polubiła zimno i pokochała uczucie czystości, jakie daje mróz. Godzinami biegała samotnie na nartach w świetle gwiazd, nie zważając na mróz szczypiący w policzki. Gdy urosła i nabrała siły, jeszcze bardziej oddaliła się od bliźnich uważających ją za wybryk natury, “małych ludzi”, jak ich nazywała. W szkole w Europie dzięki wybitnej inteligencji otrzymała najwyższe oceny, mimo że rzadko uczęszczała na zajęcia. Najbardziej chowała się przed ludźmi. Ich obecność podsycała jej ambicję, megalomanię, tlącą się w niej złość.
– Dziękuję za poparcie ustawy w sprawie rzeki Kolorado, senatorze Barnes – powiedziała do mikrofonu. – Pański stan bardzo na tym zyska, zwłaszcza gdy firma pańskiego brata podpisze z nami kontrakty na zaplanowane przedsięwzięcia. Mam nadzieję, że skorzystał pan z moich sugestii.