– O tak, dziękuję. Musiałem oczywiście uniknąć konfliktu interesów, ale ja i brat jesteśmy sobie bardzo bliscy.
– Rozmawiał pan z prezydentem?
– Przed chwilą rozmawiałem z szefem jego kancelarii. Biały Dom zawetuje każdy wniosek wymierzony w przegłosowaną ustawę prywatyzacyjną. Prezydent święcie wierzy, że sektor prywatny ze wszystkim radzi sobie lepiej niż rząd, i z prowadzeniem więzień, i z ubezpieczeniami społecznymi, i z dostarczaniem wody.
– Jakie poparcie ma wniosek Kinkaida?
– Trochę rozproszonych głosów, nic poważnego. Wielka szkoda, że miał ten wypadek. Lubiłem go. Ale bez jego agitacji wniosek o zmianę ustawy padnie.
– Świetnie. A co z innymi wnioskami prywatyzacyjnymi?
– Są na dobrej drodze. Doczeka się pani sprywatyzowania państwowych przedsiębiorstw wodociągowych w całym kraju.
– Więc nie ma żadnych problemów?
– Może jeden. Najbardziej daje się nam we znaki naczelny dziennika w stolicy mojego stanu. Obawiam się, że może nam nabruździć.
Brunhilda spytała o jego nazwisko i zapamiętała je. Na jej biurku nie było pióra ani papieru. Polegała na własnej pamięci.
– Przy okazji, senatorze. Czy dotacja na rzecz pańskiej reelekcji jest wystarczająca?
– O tak, bardzo hojna, szczególnie jeśli zważyć, że w wyborach nie mam przeciwnika. Duże fundusze na kampanię odstraszają konkurentów.
Na konsoli telefonicznej zamrugało czerwone światło.
– Odezwę się do pana – powiedziała Brunhilda. – Do widzenia.
Przyciskiem otworzyła drzwi w ścianie i do gabinetu weszli, ubrani jak zwykle w czarne skóry, bracia Kradzikowie.
– No i co? – spytała.
Wąskie usta bliźniaków rozciągnęły się w identycznych stalowych uśmiechach.
– Zastrzeliliśmy meksykańskiego farmera…
– I prawnika, jak pani kazała.
– Żadnych komplikacji?
Pokręcili przecząco głowami.
– Sprawie farmera władze nie poświęcą wiele czasu – powiedziała. – A prawnik miał wielu wrogów. Przejdźmy do innych spraw. Chodzi o wybuch w naszym przedsięwzięciu w Meksyku. Doszły nowe fakty.
Dotknęła palcem monitora i na ekranie pojawiły się dwa zdjęcia. Jedno, zrobione przez kamerę telewizyjną, przestawiało Austina i Zavalę w recepcji wytwórni tortilli. Drugie, powiększone, ukazywało ich obu na pokładzie “Żaboryby” w pobliżu Ensenady. Brunhilda oderwała na chwilę oczy od barczystego blondyna o jasnych włosach i przeniosła je na przystojnego bruneta.
– Wiecie, kim oni są? – spytała.
Bracia wzruszyli ramionami.
– To Kurt Austin, szef ekipy do zadań specjalnych NUMA, a to Jose Zavala, jej członek.
– Kiedy mamy…
– Ich załatwić?
Atmosfera w zimnym pomieszczeniu zrobiła się całkiem lodowata.
– Jeśli to oni zniszczyli laboratorium w Meksyku, zapłacą życiem. Ale jeszcze nie teraz. Wcześniej trzeba się zająć pewną drobną sprawą – powiedziała i podała im nazwisko redaktora naczelnego dziennika. – To wszystko. Możecie odejść.
Bracia wypadli z gabinetu jak dwa psy, którym kazano aportować kość. Zostawszy sama, Brunhilda zaczęła rozmyślać o podwodnym laboratorium. Tyle pracy na marne. Co gorsza, wybuch zniszczył cały zapas katalizatora. Z nienawiścią wpatrzyła się w twarze mężczyzn na ekranie.
– Mali ludzie! – warknęła.
Na skinienie jej ręki ekran zgasł.
17
Paul Trout zakręcił prysznic i jeszcze raz z podziwem przyjrzał się jego konstrukcji. Płynąca drewnianą rurą woda tryskała przez dziurki w twardej wydrążonej skorupie tykwy, a natężenie jej strumienia regulowano prostym drewnianym zaworem. W podłodze z twardego drewna znajdował się otwór ściekowy. Paul wyszedł z drewnianej kabiny, wytarł się bawełnianym ręcznikiem, opasał drugim i wszedł do przyległej izby, oświetlonej glinianymi kagankami.
Gamay leżała w wysokim łóżku na wygodnym materacu z trawy. Ze splecionymi włosami, owinięta ręcznikiem, upozowana na starożytną Rzymiankę, jadła owoce z dużej misy.
– Co o tym wszystkim myślisz, naturysto? – spytała, przyglądając się Paulowi, opasanemu ręcznikiem, który wydawał się śmiesznie mały przy jego wzroście.
– Nawet w tak zwanym cywilizowanym świecie widziałem gorsze armatury – odparł.
– Czy wiesz, że miarą cywilizacji jest stopień zaawansowania urządzeń sanitarnych?
– Nie powiem, żeby mi się podobał zwyczaj tubylców nasadzania głów na ostre pale, ale ta wioska to prawdziwe cudo. Spójrz na jakość tych ścian. – Paul pogładził palcami biały tynk. – Mam tysiące pytań. Nasza gospodyni nie odezwała się?
– Przez Tessę przekazała, że zobaczy się z nami, kiedy odpoczniemy. A to ci niespodzianka! Myślałam, że żonę Dietera schwytali Chulo.
Biała bogini niczego nie wyjaśniła. Po przywitaniu się z Troutami i pokazaniu im Tessy powiedziała jedynie:
– Bądźcie cierpliwi. Dowiecie się wszystkiego w swoim czasie.
A potem klasnęła w dłonie i zza zasłony z paciorków wyłoniły się dwie półnagie damy dworu, młode Indianki ze spuszczonymi głowami. Zaprowadziły gości do sypialni, pokazały im, jak działa prysznic, i wyszły, pozostawiając ich z misą pełną owoców.
– Wolę się jej nie sprzeciwiać – rzekł Paul, siadając przy żonie. – Co myślisz o białej bogini?
– Nie wychowała się w tych stronach. Po angielsku mówi z lekkim obcym akcentem. Jest inteligentna. Miła. Z pewnością zna się na owocach. Spróbuj tych małych żółtych. Smakują jak pomarańcze posypane cynamonem.
Paul skosztował kulistego owocu wielkości śliwki i zgodził się z jej oceną. A potem wyciągnął się na łóżku. Stopy wystawały mu poza posłanie.
Mieli zamiar odpocząć tylko chwilę, ale wyczerpani długą wędrówką w słońcu i odprężeni kąpielą zasnęli.
Kiedy się obudzili, zobaczyli indiańską damę dworu, siedzącą ze skrzyżowanymi nogami na podłodze. Przyglądała się im, a widząc, że się poruszyli, bez słowa wymknęła się z pokoju. Na stole leżały ich ubrania, które znikły, kiedy brali prysznic. Zabrudzone i przepocone koszule i szorty wyprano i starannie ułożono. Paul spojrzał na zegarek. Spali trzy godziny. Ubrali się szybko, ponaglani zapachem gotującej się strawy.
Wkrótce pojawiła się Tessa i dała im znak, żeby poszli za nią. Długim korytarzem zaprowadziła ich do dużej izby. Jej środek zajmował stół z ciemnego drewna i trzy przykryte tkaniną stołki. Na kaflowym piecu, z którego dym wylatywał rurami wchodzącymi w sufit, stały trzy gliniane bulgocące garnki. Czuwała przy nich Indianka.
Nadejście białej bogini zapowiedziało ciche pobrzękiwanie i dzwonienie metalowych bransolet i łańcuszków na jej bosych nogach. Szyję zdobił taki sam wisior, jaki nosił zabity Indianin. Miała orientalne oczy, wysokie kości policzkowe i kształtne, opalone ciało, które zgrabnie opinał dwuczęściowy kostium ze skóry jaguara. Rozjaśnione słońcem na miodowy blond włosy były sczesane do tyłu i obcięte równo jak u miejscowych kobiet.
– Widzę, że trochę odpoczęliście – powiedziała, siadając przy stole.
– Przydał się prysznic – odparła Gamay.
– Niezwykłe urządzenie – pochwalił Paul. – Jako rodowitego mieszkańca Nowej Anglii, zaintrygowała mnie pani amerykańska pomysłowość.
– Dziękuję, to jeden z moich pierwszych projektów. Wiatrak pompuje wodę do zbiornika, utrzymując ciśnienie. Zbiornik połączony jest z systemem rur, które biegną w tych ścianach, dzięki czemu w środku jest chłodno nawet w najgorętsze dni. To najlepsza instalacja klimatyzacyjna, jaką mogłam zbudować z dostępnych tu materiałów. Najpierw zjemy, a później porozmawiamy – uprzedziła ich pytania.
Kucharka przyniosła duszone mięso z jarzynami i podała je wraz z sałatką w niebiesko-białych misach. Paul i Gamay jedli z apetytem, popijając odświeżającym niskoprocentowym napojem. Na deser były słodkie ciasteczka. Boginię rozbawił ich wilczy apetyt.
– Czas odpłacić się za kolację – powiedziała z uśmiechem, kiedy zmietli już wszystko. – Opowiedzcie mi, co zdarzyło się na świecie w ciągu ubiegłych dziesięciu lat.
– To niska cena za taką ucztę – odparł Paul.
– Nie wiem, czy nie zmienicie zdania. Zacznijcie od nauki. Jakich postępów dokonano w minionej dekadzie?