Выбрать главу

Zakodowane słowa na ekranie znaczyły po prostu “Szkoda w toku”.

– To zaszyfrowana odpowiedź zabójcy – wyjaśnił.

– Jestem ciekaw, kim była jego ofiara.

Browning pokręcił głową.

– Przeszłością nie musimy się martwić, niepokoi mnie przyszłość.

– Ależ Jack, przecież od zatwierdzenia tej procedury minęło pół wieku. Wszyscy zaangażowani w tę sprawę dawno nie żyją. I zabójca, i ofiara.

– Może tak, a może nie. – Rowland puknął palcem w ekran. – Tę odpowiedź wysłano teraz. A to oznacza, że zabójca wciąż żyje, podobnie jak jego ofiara. Przynajmniej na razie.

– To znaczy?

Rowland sięgnął do telefonu, a jego zwykle wesoła twarz śmiertelnie spoważniała.

– Dyrektor CIA nie odwołał rozkazu, więc wszedł on w drugą fazę. Zabójstwa. – Gestem powstrzymał Browninga od pytania. – Proszę z dyrektorem – warknął do słuchawki. – Tak, to pilna sprawa – dodał podniesionym głosem. – Cholernie pilna!

22

Strażacy już ugasili pożar i kiedy Zavala wrócił do biurowca, w którym mieściła się kancelaria Hanleya, właśnie się zwijali. Drogę przez zasieki z żółtej policyjnej taśmy utorował sobie legitymacją NUMA. Podstawił laminowaną kartę ze swoim zdjęciem pod nos śledczego i szybko schował ją do portfela. Wolał nie wyjaśniać, co przedstawiciel państwowej agencji oceanograficznej robi na miejscu katastrofy w San Diego.

Śledczy Connors, którego świadkowie poinformowali o helikopterze unoszącym się przy budynku i o dziwnym rozbłysku tuż przed eksplozją, nie wykluczał jednak, że wybuchło coś w środku. Zavala nie miał mu tego za złe. W końcu nie codziennie uzbrojone helikoptery atakowały miejscowe biurowce.

– Co z ranną? – spytał.

– Słyszałem, że w porządku – odparł Connors. – Dwóch gości wyciągnęło ją z biura, nim rozprzestrzenił się pożar.

Zavala podziękował mu i poszedł do następnej przecznicy, żeby złapać taksówkę. Kiedy podniósł rękę, żeby ją przywołać, do krawężnika podjechał czarny osobowy ford. Za kierownicą siedział Miguel Gomez. Agent FBI otworzył drzwiczki i zaprosił go do środka.

– Odkąd pojawił się pan z kolegą w naszym mieście, dużo się tu dzieje – powiedział Gomez, obrzucając go znużonym spojrzeniem. – Parę dni po waszej wizycie u mnie sprzątnięto Farmera i tę szuję. Nie zostalibyście kilka dni dłużej? Meksykańscy mafiosi i ich kumple zlikwidowaliby się sami, a ja nie miałbym co robić, co bardzo by mi dogadzało.

Zavala zaśmiał się.

– Raz jeszcze dziękujemy za osłonę w Tijuanie – powiedział.

– W rewanżu za wysłanie za granicę grupy snajperów, co groziło incydentem międzynarodowym, zechce mnie pan oświecić, co się właściwie dzieje?

– Sam chciałbym wiedzieć. – Zavala wzruszył ramionami. – A jak zginął Pedralez?

– Jechał swoim opancerzonym wozem przez Colonia Obrera, zakazaną miejscowość na zachód od Tijuany, a w terenówkach przed nim i za nim jego goryle. Ta z przodu oberwała pierwsza. Po sekundzie wybuchł samochód Pedraleza. Był zbudowany jak czołg, więc na pewno oberwał bardzo mocno. Kierowca trzeciego wozu natychmiast zawrócił i nawiał.

– Rozwalił go pewnie pocisk przeciwpancerny.

Gomez utkwił w Zavali ciemne, badawczo patrzące oczy.

– W zaułku meksykańska policja znalazła ładownik od szwedzkiego przeciwpancernego gustava.

– Szwedzi atakują meksykańskich bossów narkotykowych?

– Dobrze by było. Te pociski są dostępne na światowym rynku broni. Pewnie rozdają je już z kartonowych pudeł. Strzela się nimi z ramienia. Podobno we dwóch można wystrzelić sześć na minutę. A co pan wie o śmierci Hanleya?

– Wyszliśmy z Kurtem z biurowca i na wysokości jego kancelarii zobaczyliśmy zielony helikopter. Zawróciliśmy i w windzie usłyszeliśmy wybuch. Część świadków widziała błysk. Być może wystrzelono pocisk przeciwpancerny.

– Ile pocisków trzeba do załatwienia nieuczciwego adwokata? To brzmi jak prawniczy dowcip.

– Wątpię, czy rozbawiłby Hanleya.

– Nie miał poczucia humoru. Komuś naprawdę zależało na jego śmierci, skoro zadał sobie tyle trudu. – Gomez urwał. – A dlaczego tam wróciliście?

– Bo Kurt uznał, że bardzo podobny helikopter widział po wybuchu w Baja.

– A więc rozmawialiście z Hanleyem?

Zavala przekonał się, że mimo zaspanej miny Gomez pozostaje czujny.

– Spytaliśmy go o wytwórnię tortilli. Powiedział, że zgłosił się do niego pośrednik z Sacramento, reprezentujący klienta, który chciał anonimowo otworzyć interes w Meksyku. Hanley skontaktował go z Pedralezem.

– Jak się nazywał ten pośrednik?

– Jones. Ale niech pan sobie nie robi apetytu. On nie żyje.

– Co pan powie. – Gomez uśmiechnął się z przymusem. – Bomba w samochodzie?

– Spadł w przepaść. Podobno był to wypadek.

Do samochodu podszedł mężczyzna w granatowym garniturze i zapukał w okno. Gomez skinął głową.

– Potrzebują mnie – wyjaśnił Zavali. – Bądźmy w kontakcie. My meksykańsko-amerykańskie papryki – dodał po hiszpańsku – musimy trzymać sztamę.

– Obowiązkowo – odparł Zavala i otworzył drzwi. – Wracam do Waszyngtonu. Gdyby pan mnie potrzebował, bardzo proszę dzwonić do siedziby NUMA.

Był wobec niego szczery, jednak nie do końca. Przemilczał, co Hanley ujawnił na temat Mulholland Group. Wątpił wprawdzie, żeby FBI wpadło tam oficjalnie z nakazem sądowym, ale nie chciał komplikować sobie śledztwa. W drodze do hotelu połączył się z informacją telefoniczną w Los Angeles i zadzwonił pod podany numer. Recepcjonistka Mulholland Group, która podniosła słuchawkę, miłym głosem poinformowała, jak trafić do firmy. W hotelu Zavala poprosił, by wypożyczono mu samochód, i niebawem wyruszył na północ, do Los Angeles.

Przed południem zjechał z Hollywood Freeway, zapuszczając się w labirynt ciasno stojących kamienic, poprzetykanych biurowcami. Nie wiedział, czego się spodziewać, niemniej po wybuchu w Baja i szokującej śmierci Hanleya i Pedraleza zdziwił się, że biuro Mulholland Group mieści się w solidnym budynku, sąsiadującym ze sklepem z materiałami biurowymi firmy Staples i Pizza Hut.

W otwartym, przestronnym holu powitała go wesoła recepcjonistka, ta sama, która podała mu przez telefon wskazówki, jak tu trafić. Nie musiał roztaczać przed nią latynoskiego czaru, ponieważ chętnie odpowiedziała na pytania dotyczące firmy, zasypała go prospektami i zachęciła, by zadzwonił, jeśli będą mu potrzebne usługi z dziedziny hydrotechniki. Wrócił do samochodu i usiadł za kierownicą. Kiedy wpatrując się w bezpretensjonalną fasadę budynku, zastanawiał się, co zrobić, zabrzęczał telefon komórkowy. Z biura w NUMA dzwonił Austin.

– Dowiedziałeś się czegoś? – spytał.

– Siedzę właśnie przed Mulholland Group – odparł Zavala i zapoznał go ze swoimi odkryciami.

Austin opowiedział mu o wizycie w ośrodku Garbera, rozmowie z Buzzem Martinem i o rewelacjach uzyskanych od Max.

– Zdziałałeś znacznie więcej niż ja – rzekł Zavala.

– Na razie natrafiam na same ślepe uliczki. Po południu jadę na północ stanu Nowy Jork sprawdzić, czy uda mi się wyjaśnić tajemnicę pilota tego latającego skrzydła. Skoro jesteś w Los Angeles, to może rozejrzałbyś się za firmą Gokstad.

Uzgodnili, że naradzą się jutro w Waszyngtonie. Zavala rozłączył się, zadzwonił do informacji telefonicznej po numer “Los Angeles Times”, a potem do redakcji gazety. Podał nazwisko i poprosił o połączenie z Randym Cohenem z działu finansowego.

Kilka chwil później w słuchawce rozległ się chłopięcy głos.

– Joe Zavala, co za niespodzianka! Jak się masz?

– Dziękuję, dobrze. A co słychać u najlepszego reportera na zachód od Missisipi?

– Staram się jak najlepiej wykorzystać tę resztkę szarych komórek, jakie mi zostały z czasów naszych balang. Wciąż jesteś filarem NUMA?

– Właściwie to jestem tu służbowo i przyszło mi do głowy, że może będziesz mógł mi pomóc.

– Dla starego kumpla ze studiów zrobię wszystko.