– Mówi pan tak, admirale, jakby chodziło o dominację nad światem.
– Bo właśnie o to chodzi. Napoleonowi i Hitlerowi nie udało się, gdy próbowali osiągnąć swój cel siłą zbrojną. Obaj natrafili na silnego przeciwnika. – Sandecker wpatrzył się w chmurę dymu z cygara, którą wypuścił z ust. – Protestom ludzi przeciwko globalizacji, przeciwko wszystkim zagrożeniom związanym ze Światową Organizacją Handlu i Międzynarodowym Funduszem Walutowym, nie można odmówić racji. Ale niebezpieczeństwo tkwi nie w tych instytucjach, lecz w fakcie, że ktoś mógłby przejąć pełną kontrolę nad gospodarką światową.
– Jakiś globalny Al Capone? – podsunął Austin.
– Są pewne podobieństwa. Capone bezwzględnie tępił konkurencję i miał duży zmysł organizacyjny. Dzięki pieniądzom zdobył polityczne wpływy. Ale nielegalny alkohol to nic w porównaniu z wodą. Świat nie może się bez niej obejść. Ci, którzy położą na niej łapę, zdobędą najwyższą władzę. Któż bowiem przeciwstawi się tym, których jedno słowo może skazać kraj na śmierć z pragnienia? Właśnie dlatego twierdzę, że najpierw trzeba załatwić ważniejsze sprawy.
– Ma pan rację, panie admirale – przyznała Francesca. – Jeśli ta korporacja Gokstad znajdzie główne źródło zaopatrzenia w anasazium, to zawładnie również moim procesem.
– Inteligencja w parze z urodą to wymarzone połączenie – rzekł z nieskrywanym podziwem Sandecker. – Dokładnie wyraziła pani moje obawy. Bezwarunkowo musimy znaleźć te dawno ukryte zapasy, zanim zrobi to Gokstad.
– Kiedy pan zadzwonił, zastanawiałem się właśnie, w jaki sposób precyzyjnie określić miejsce ich ukrycia. Będę potrzebował pomocy.
– Nie ma sprawy. Możesz korzystać z wszystkiego czym dysponuje NUMA, a w razie potrzeby zwrócimy się o pomoc gdzie indziej.
– Powinniśmy jak najszybciej pojechać na Alaskę.
– Jest jeszcze jedna sprawa. Niepokoi mnie rozbudowa floty tankowców, o której doniósł ten reporter, znajomy Joego. Co o tym myślisz?
– Pewnie Gokstad szykuje się do dostarczenia ogromnych ilości wody z Alaski dokądś, gdzie jest potrzebna. Mówi się o transporcie wody do Chin.
– Być może – odparł bez przekonania Sandecker. – Pogadam z Rudim Gunnem. Może on i Yaeger wyświetlą tę tajemnicę. Kiedy ty i Joe będziecie próbowali odnaleźć to latające skrzydło, oni spróbują się dowiedzieć czegoś o tankowcach Gokstad.
– Zajmę się tym – obiecał Austin i wstał. – Odprowadzę panią do wyjścia, doktor Cabral – zaproponował, ściskając dłoń Franceski.
– Dziękuję, proszę mówić mi po imieniu – powiedziała, kiedy szli do windy.
– Zgoda, jeśli pani zrobi to samo. Jaką kuchnię pani lubi: koreańską, tajską, włoską czy tradycyjną amerykańską?
– Słucham?
– Więc nikt pani nie uprzedził? – spytał z udawanym zdumieniem. – Do zestawu ratowniczego Austina należy też kolacja. Mam nadzieję, że pani nie odmówi. Kto wie, jak długo będę musiał się żywić wielorybim tranem i stekami z morsa.
– W takim razie chętnie przyjmę zaproszenie. Czy godzina siódma panu odpowiada?
– Jak najbardziej. Pozostanie mi dużo czasu na przygotowanie się do wyprawy na Alaskę.
– A więc do zobaczenia. Jak pan wie, zatrzymałam się u Troutów. Odpowiada mi kuchnia koreańska.
Austin pożegnał się z Franceską pod wielkim globem, wyrastającym z zielonej jak morze posadzki, pośrodku holu wejściowego NUMA – atrium otoczonego wodospadami i akwariami wypełnionymi kolorową, egzotyczną morską fauną i florą. A potem wrócił do biura na trzecim piętrze, poinformował Zavalę przez telefon o rozmowie z Sandeckerem i zajął się zorganizowaniem transportu na Alaskę.
Kiedy przyjechał po Franceskę do domu Troutów w Georgetown, była gotowa do wyjścia. Z Paulem i Gamay zamienił tyle słów, ile wymagała tego grzeczność, a potem pojechali do jego ulubionej koreańskiej restauracji, mieszczącej się w bezpretensjonalnym budynku w Alexandrii.
Zaproponował, by zamówili belogi, cienkie płaty marynowanej wołowiny, smażonej na gorącej płycie. Bardzo lubił to danie, lecz tym razem, pochłonięty widokiem Franceski, ledwie je skosztował. Miała na sobie prostą bladoniebieską sukienkę z marmurkowego dżinsu, kontrastującą z jej ciemną karnacją i długimi bujnymi włosami, które zatrzymały w sobie blask słońca. Trudno mu było pogodzić wizerunek tej kulturalnej, pięknej kobiety, wyraźnie rozkoszującej się posiłkiem spożywanym w cywilizowanych warunkach, z opowieścią o białej bogini, władczyni dzikich Indian. Była spokojna i odprężona, ale nawet gdy śmieli się z jej braku wprawy w posługiwaniu się pałeczkami, nie mógł otrząsnąć się z wrażenia, jakie wywarła na nim, gdy ujrzał ją pierwszy raz. Mimo zewnętrznego poloru i ogłady widać było, że dżungla weszła jej w krew. Dostrzegł to w kociej gracji jej ruchów i w czujności jej ciemnych oczu. Zauroczony tym i zafascynowany przyrzekł sobie, że koniecznie musi się z nią spotkać po powrocie z wyprawy.
Ten wspólny wieczór szybko się skończył. Przed wyjazdem na Alaskę Austin miał mnóstwo rzeczy do zrobienia. Kiedy wysadził ją przed domem Troutów, spytał, czy zechce się z nim umówić po powrocie.
– Będzie mi bardzo miło – zapewniła. – Jakiś czas pomieszkam w Waszyngtonie i liczę, że poznamy się lepiej.
– Do zobaczenia – powiedział. – Czas i miejsce ustalimy później.
– Jesteśmy umówieni.
Uśmiechnęła się i leciutko pocałowała go w usta.
29
Przy poparciu Sandeckera Austin bez trudu załatwił odrzutowiec NUMA. Przeleciawszy z prędkością ośmiuset kilometrów na godzinę nad Stanami, przed skokiem do Anchorage turkusowa cessna citation ultra uzupełniła paliwo w Salt Lake City. Po całonocnym locie, o świcie barwiącym na różowo góry Chugach, Austin i Zavala wylądowali na obrzeżach największego miasta Alaski, nazywanego przez część tubylców Los Anchorage. Po niewielu minutach znów wzbili się w powietrze, śpiesząc do celu swojej podróży w Nome.
Wkrótce po starcie z Anchorage Zavala przyniósł z kuchenki dwa kubki parującej kawy. Austin studiował starą mapę, rozłożoną na składanym stole między fotelami. Uwagę skupił na półwyspie, który jak pięść z wydatnymi kłykciami sterczał w stronę pobliskiej Rosji po drugiej stronie Cieśniny Beringa.
Usadowiwszy się w fotelu naprzeciwko Austina, Zavala łyknął kawy i wyjrzał przez okno na rozległą przestrzeń w dole. Przez rozproszone strzępy pierzastych chmur przezierały obramowane rzekami czarne góry i gęste lasy.
– Bezkresna kraina – powiedział wolno. – Wiesz już, do jakiego portu zawiniemy po Nome?
Austin usiadł prosto, splótł dłonie za głową, spojrzał w dal i na jego ustach pojawił się uśmieszek.
– Mniej więcej – odparł.
Zavala wiedział, że Austin nie sili się na tajemniczość. Po prostu nie lubił niespodzianek. Przed przystąpieniem do działania starannie zbierał dane.
– Nie mam złudzeń, że stoimy przed ogromnie trudnym zadaniem. Możemy tak szukać do emerytury i nic nie znaleźć. – Austin zmarszczył w zamyśleniu czoło. – Dlatego postanowiłem zacząć od tego, co już wiemy.
– Wiemy, że celem ataku był Związek Radziecki – powiedział Zavala, wskazując na mapie północno-zachodni kraniec Alaski, gdzie krótkie palce poszarpanej linii brzegowej – pozostałości dawnego mostu międzylądowego – sięgały w stronę Azji. – Jaki zasięg miało to skrzydło?
– Cztery i pół tysiąca kilometrów przy prędkości przelotu około ośmiuset kilometrów na godzinę. Przyjmuję, że aby powiększyć jego zasięg, zwiększono pojemność zbiorników paliwa.
– Można zatankować w powietrzu – podpowiedział Zavala.
– Wziąłem to pod uwagę. Ale żeby uniknąć wykrycia, akcja ta musiała trwać jak najkrócej.
Ostro zatemperowanym ołówkiem Austin połączył łukiem przylądek Barrowa z deltą rzeki Jukon. Zavala cicho gwizdnął.
– To ponad tysiąc pięćset kilometrów – powiedział. – Ogromny teren do przeszukania.
– Większy od niektórych stanów – przyznał Austin. – Pomyślałem jednak, że nasz wywiad chciał utrzymać ten plan w jak największej tajemnicy. Wybudowanie nowej bazy byłoby kosztowne i czasochłonne, a co więcej, mogło zwrócić uwagę przeciwnika.