Zavala strzelił palcami.
– Wykorzystali istniejącą bazę! – zawołał.
Austin skinął głową.
– Po wybuchu drugiej wojny światowej na Alasce w obawie przed japońską inwazją zbudowano wiele stanowisk artyleryjskich i lotnisk. Te czerwone kropki na mapie to lotniska polowe z czasów wojny.
– A jeśli ta baza była tajna? – spytał Zavala po chwili zastanowienia.
– Była tajna. – Austin obrysował ołówkiem miasto Nome. – Tu znajdziemy to, czego szukamy, choć przyznaję, że mimo wielu domysłów nadal strzelam w ciemno.
– Skąd wiesz, że to właśnie tu? – spytał Zavala. – Samolot mógł wystartować z wielu innych miejsc.
Austin wyjął z kieszeni marynarki mały notatnik. Brązowa okładka była podniszczona, ale wciąż dało odczytać się słowa “Siły Powietrzne Armii Stanów Zjednoczonych”, a w dole napisane atramentem nazwisko.
– To pamiętnik ojca Buzza Martina, pilota, który poleciał tym skrzydłem na ostatnie zadanie.
Zavala roześmiał się uradowany.
– Powinieneś być magikiem – powiedział. – Wyciągnąłeś go niczym królika z kapelusza.
– Ten królik sam mi wskoczył na kolana. Po spotkaniu Sandeckera z LeGrandem CIA pogrzebała w archiwach i oddali rodzinie osobiste rzeczy Martina. Widać bardzo im się śpieszyło, by pozbyć się obciążających dowodów, więc nie przeszukali tych rzeczy dokładnie. Buzz znalazł w mundurze ojca jego notatnik. Przyszło mu na myśl, że może być tam coś ważnego, więc przez wyjazdem z Waszyngtonu przekazał go mnie.
– Nie widzę tutaj żadnej mapy – rzekł Zavala, odwracając pofałdowane kartki pamiętnika.
– To byłoby zbyt proste. – Austin wziął pamiętnik i otworzył na stronie, którą wcześniej zaznaczył żółtą zakładką. – Martin był doświadczonym żołnierzem. Wiedział, że w wojsku nie można mieć długiego języka. Pamiętnik zawiera głównie zwierzenia, jak bardzo mu brak żony i dziecka. Ale kilka rzeczy przemycił. Pozwól, że odczytam ci fragment:
“Do mojej żony Phyllis i syna Buzza. Może kiedyś to przeczytacie. Mając mnóstwo czasu, w drodze do No-Name zacząłem pisać ten pamiętnik. Gdyby góra dowiedziała się, że robię notatki, nawarzyłbym sobie piwa. Ta sprawa jest bardziej tajna niż Program Manhattan. Od tajniaków nieraz słyszałem, że jestem zwykłym pilotem, który ma wykonywać rozkazy i nie zadawać pytań. Czasem czuję się jak więzień. Jestem wraz z cała załogą pod ścisłym dozorem. Prowadzę więc te zapiski chyba dlatego, aby poczuć, że jestem człowiekiem. Karmią nas dobrze, Phyllis, i pod tym względem nie musisz się o mnie martwić. Jem dużo świeżego mięsa i ryb. Niestety naszego baraku nie zbudowano z myślą o lodowatej Północy. Wprawdzie śnieg ześlizguje się z półkolistego dachu, ale metal to kiepski izolator. Ciągle palimy w piecu drewnem. Lepiej byłoby nam w igloo. Za to samolot ma się w swojej dziupli wybornie. Przepraszam za te narzekania. Mam szczęście, że latam tą maszyną. Nie do wiary, że taki wielki samolot może być zwrotny jak myśliwiec. To przyszłość lotnictwa”.
Austin przerwał czytanie.
– Dalej pisze, jak bardzo tęskni za domem i z jaką radością do niego wróci – powiedział.
– Szkoda, że nie było mu to sądzone – rzekł Zavala. – Nie miał pojęcia, że jest nie tylko więźniem, ale także skazańcem.
– Martin nie był pierwszym ani ostatnim patriotą rzuconym na pożarcie lwom w imię racji, które ci na górze ochrzcili wyższym dobrem. Niestety, nie zazna satysfakcji, że jego pamiętnik wskaże nam drogę do No-Name.
– To jeszcze bardziej mętne określenie miejsca niż “gdzieś na Pacyfiku” z czasów wojny.
– Też tak myślałem, dopóki nie przypomniałem sobie anegdoty, którą słyszałem przed laty. Pewien oficer marynarki brytyjskiej, opływający Alaskę w latach pięćdziesiątych XIX wieku, dostrzegł ziemię, której nie było na mapach, więc oznaczył ją jako “? Name”. Kopiujący jego mapę kartograf z admiralicji uznał ów znak zapytania za P, zaś “a” w “Name” wziął za “o”. W ten sposób z “No name” – “bez nazwy” – zrobił się “Przylądek Nome”. W pamiętniku jest jeszcze coś: “Lot z Seattle bez przygód. Samolot prowadzi się wspaniale. Lądowanie trzydzieści minut za No-Name”.
– Jaką prędkość przelotową miało to skrzydło? – spytał Zavala.
– Od sześciuset pięćdziesięciu do ośmiuset kilometrów na godzinę.
– A więc stacjonowali w odległości od trzystu dwudziestu pięciu do czterystu kilometrów od Nome.
– Zgadza się. I tu zaczyna być ciekawie. “Pierwsze spojrzenie na nasz punkt docelowy. Powiedziałem chłopcom, że z powietrza przypomina nos Douga” – przeczytał Austin.
– Nos doga?
– Nie, to imię własne – “Doug”.
– Co zawęża nasze poszukiwania do paru milionów gości, którzy je noszą.
– Tak, wiem, zareagowałem identycznie, ale potem przeczytałem resztę: “Brakuje tylko fajki z kaczana kukurydzy, żeby wyglądał jak stary Orli Dziób”.
– Douglas MacArthur! Niezapomniany profil.
– Zwłaszcza dla uczestnika ostatniej wojny. W dodatku Nome leży w odległości zaledwie dwustu sześćdziesięciu kilometrów od Rosji. Pomyślałem, że warto zamówić kilka zdjęć satelitarnych. Kiedy ty drzemałeś w samolocie, ja z lupą w ręku przyjrzałem się tym fotkom.
Austin podał zdjęcia Zavali.
– Nie widzę tu niczego podobnego do dziobu orła – powiedział Zavala kręcąc głową.
– Ja też go nie znalazłem. Ale uprzedzałem cię, że nie będzie to łatwe zadanie.
Kiedy pilot NUMA zameldował, że podchodzi do lądowania na lotnisku w Nome, Zavala z Austinem wciąż jeszcze analizowali mapę i zdjęcia. Zanim jednak samolot zatrzymał się na pasie małego, ale nowoczesnego lotniska, byli już spakowani. Do miasta przyjechali taksówką jedną z trzech tutejszych dwupasmowych żwirowych dróg. W jaskrawym słońcu płaska tundra prezentowała się jeszcze monotonniej, ale w oddali widać było góry Kigluaik. Taksówka wjechała na biegnącą nad szaroniebieskimi wodami Morza Beringa Front Street, minęła ratusz z przełomu wieków, metę wyścigów psich zaprzęgów szlakiem Iditarod i zatrzymała się w porcie barek nad zatoką. Tu Zavala i Austin wynajęli zatankowany do pełna hydroplan.
Joego zachwycił jednosilnikowy, nie wymagający dużego rozbiegu maule M-7. Kiedy sprawdzał jego stan, Austin kupił w gospodzie Grubego Fredzia kanapki i kawę. Nie mieli dużo bagażu. Zabrali głównie ubrania, ale Austin nie zapomniał o swoim niezawodnym rewolwerze bowen, a Zavala o strzelającym z szybkością stu pocisków na minutę pistolecie maszynowy ingram. Na pytanie Kurta, po co mu tak zabójcza broń na bezludnej północy, odmruknął coś o niedźwiedziach grizzly.
A potem usiadł za sterami i pofrunęli na północny wschód, trzymając się linii brzegowej. Samolot leciał nisko, z prędkością dwustu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Niebo się zachmurzyło, ale nie było deszczu, z którego słynął rejon Nome. Szybko zabrali się do pracy. Zavala po kilka razy okrążał obiecująco wyglądające miejsca wskazane przez Austina, a on ołówkiem zakreślał na mapie zbadane obszary. Ich entuzjazm malał z każdym kilometrem lotu nad poszarpanym wybrzeżem. Nagą ziemię przecinały jedynie wątłe rzeczki i płytkie stawy, utworzone przez stopniały śnieg.
Austin recytował wiersze Roberta Service’a, które Zavala przełożył na hiszpański, ale nie rozproszyło to nudy i monotonnych poszukiwań.
– Widzieliśmy dzioby papug, dzioby gołębi, a nawet dziób żółwi, ale nie orła – poskarżył się Joe, zaczynając tracić swój tradycyjnie dobry humor.
Austin przyjrzał się zakreślonym fragmentom mapy. Do zbadania pozostał spory jeszcze kawał wybrzeża.
– Nie chciałbym przerywać poszukiwań. Jak się czujesz?
– W porządku, ale niedługo zabraknie paliwa.
– Przelatywaliśmy nad jakąś osadą rybacką. Co powiesz na to, żeby zjeść tam lunch i zatankować maszynę?
W odpowiedzi Zavala pochylił samolot i zatoczył półkole. Wkrótce dostrzegli rzekę, nad którą przelecieli wcześniej. Wzdłuż jej koryta po około dziesięciu minutach dotarli do zbiorowiska domów z dykty. Na rzece stały zacumowane dwa hydroplany. Zavala wyszukał wolny kawałek wody, sprowadził maszynę w dół, z niemal idealnym poślizgiem wylądował i podpłynął do sponiewieranego przez sztormy mola. Stojący tam krępy młodzian z twarzą okrągłą jak księżyc w pełni, rzucił im linę cumowniczą.