Выбрать главу

– Witamy w wiosce Tinook. Stu sześćdziesięciu siedmiu mieszkańców, w większości spokrewnionych – powitał ich z olśniewającym uśmiechem. – Jestem Mike Tinook.

Wcale nie był zaskoczony, że dwóch nieznajomych spadło z nieba do jego zapadłej wioski. Ogromne odległości sprawiają, że mieszkańcy Alaski muszą czasem przelecieć setki kilometrów, chcąc zjeść z kimś śniadanie. Mike opowiedział im, że wyrósł w tej wiosce, jakiś czas pracował jako mechanik samolotowy w Anchorage, po czym na dobre wrócił do domu.

Austin wyjaśnił mu, że są z Narodowej Agencji Badań Morskich i Podwodnych.

– Domyśliłem się, że pracujecie dla rządu – zapewnił rezolutnie Tinook. – Jesteście za czyści na nafciarzy i myśliwych, a zbyt pewni siebie jak na turystów. Kilka lat temu wpadła tu ekipa NUMA. Prowadzili badania na Morzu Czukockim. Co was sprowadza do Krainy Północnego Słońca?

– Prowadzimy rekonesans geologiczny, ale muszę przyznać, że na razie bez sukcesów – odparł Austin. – Poszukujemy cypla, który wystaje w morze. Ma kształt orlego dziobu.

Tinook pokręcił głową.

– Tam stoi mój samolot – powiedział. – Kiedy nie łowię ryb i nie pomagam przy wypasie reniferów, dużo latam, ale z niczym mi się to nie kojarzy. Chodźmy do sklepu. Przyjrzyjmy się mapie.

Po rozchwianych schodach wspięli się do budynku z dykty. Był to typowy na Alasce sklep wielobranżowy, połączenie spożywczego z żelaznym, pamiątkarskim, odzieżowym i apteką. Klienci mogli się tu zaopatrzyć w rzeczy najróżniejsze: od środków odstraszających owady i żywności w puszkach po części zamienne do śniegołazów i magnetowidy.

Tinook przyjrzał się mapie.

– Nie. Nie ma tu nic przypominającego dziób orła – powiedział, drapiąc się w głowę. – Może powinniście pomówić z Clarencem.

– Z Clarencem?

– To, mój dziadek. Niejedno widział w życiu i lubi gości.

Austin stracił nadzieję. Chciał jak najszybciej stąd odlecieć. Zastanawiał się właśnie, jak dyplomatycznie spławić Tinooka, nie robiąc mu przykrości, kiedy na ścianie za kontuarem dostrzegł wiszącą strzelbę. Podszedł, żeby ją obejrzeć. Był to karabin M1, broń amerykańskiej piechoty z drugiej wojny światowej.

– Pański? – spytał Tinooka.

– Prezent od dziadka, ale do polowań używam własnego. Ta broń ma swoją historię. Na pewno nie chcecie porozmawiać z Clarencem? Może warto.

– Z chęcią rozprostuję nogi – powiedział Zavala, widząc zainteresowanie Austina. – W końcu nie musimy się martwić, żeby wrócić do domu przed zmrokiem.

Ten argument przemówił do Austina. Dzień trwał tu dwadzieścia dwie godziny i nawet po zachodzie słońca tylko na krótko zapadał zmierzch.

Mike poprowadził ich zabłoconą ulicą obok innych bud, gromad pyzatych dzieci, śpiących psów husky i stojaków, na których suszyły się w słońcu czerwone płaty łososia. Zatrzymał się przed drzwiami budy mniejszej od innych i zapukał. Ktoś w środku zaprosił ich, by weszli. W jednoizbowej chacie pachniało drzewnym dymem i jakąś mięsną potrawą, gotowaną na piecyku. Całe umeblowanie stanowiła prycza w kącie i stół pokryty ceratą w czerwono-białą szachownicę. Siedzący przy nim starzec, starannie malował drewnianą, wysoką na piętnaście centymetrów figurkę niedźwiedzia polarnego. Na stole stał już rząd innych zwierząt – pomalowanych figurek wilków i orłów.

– Dziadku, panowie chcieliby posłuchać historii twojego karabinu – powiedział Mike.

Z pokrytej tysiącem zmarszczek twarzy starca wyjrzały ciemne azjatyckie, mądre i wesołe oczy. Clarence nosił okulary w ciemnej oprawce, gęste siwe włosy miał porządnie zaczesane w jedną stronę, a jego szeroki uśmiech sięgał od ucha do ucha. Choć skończył już osiemdziesiąt lat, uścisk ręki wciąż miał żelazny, a wyglądał tak, że pewnie poradziłby sobie w zapasach z lwem morskim.

– Muszę wracać do sklepu – powiedział jego wnuk. – Do waszego powrotu zdążę zatankować hydroplan.

– Robię je dla sklepów z pamiątkami w Anchorage – wyjaśnił starzec, odkładając niedźwiedzia i farby. – Cieszę się, że wpadliście. Właśnie pora na lunch.

Wskazał gościom rozklekotane krzesła i nie słuchając ich protestów napełnił dwie wyszczerbione chińskie miski gulaszem z garnka. Sobie też nałożył nie żałując, jakby chcąc zademonstrować, że to jedzenie nikomu nie zaszkodzi.

– Jak smakuje? – spytał.

Austin skosztował na próbę potrawy i oświadczył, że jest bardzo smaczna. Starzec się rozpromienił.

– Czy to z karibu? – spytał Zavala.

Gospodarz sięgnął do kubła na śmieci i wyjął z niego pustą puszkę po “gulaszu popularnym”.

– Dobry chłopak z tego Mike’a – powiedział. – On i jego żona kupują mi to, więc nie muszę gotować. Martwią się, że po śmierci żony żyję samotnie. Lubię gości, ale nie chciałbym was zanudzić.

Austin rozejrzał się po chacie. Ściany ozdobione były prymitywnymi harpunami i wytworami eskimoskiej sztuki ludowej. Obok głowy srogiego morsa wisiała ni w pięć, ni w dziewięć ilustracja Normana Rockwella, przedstawiająca chłopca w gabinecie dentystycznym. Były też rodzinne fotografie, a wśród nich liczne zdjęcia krępej, przystojnej kobiety, być może żony starca. Najmniej pasował do tego pomieszczenia komputer, upchnięty w kącie.

– To zadziwiające – powiedział dziadek Tinooka, spostrzegając jego rozbawienie. – Mamy tu antenę satelitarną, żeby dzieci poznawały świat. Mogę przez tę maszynę rozmawiać z każdym, więc nigdy nie jestem sam.

Austin doszedł do wniosku, że Clarence wcale nie jest starym gadułą, który plecie trzy po trzy.

– Bardzo chętnie posłuchamy tej historii – powiedział.

Starzec głośno dojadł resztę gulaszu, włożył miski do zlewu, usiadł i zmrużył oczy tak, jakby zmagał się z zawodną pamięcią. Ale kiedy zaczął mówić, od razu stało się jasne, że nie pierwszy raz snuje tę opowieść.

– Pewnego dnia, wiele lat temu, polowałem. Oj, było wtedy pstrągów i łososi do złowienia, lisów do schwytania, stad karibu. Zawsze coś upolowałem. Miałem małą aluminiową łódkę i dobry silnik. Świetnie mi służyła. Ponieważ było za daleko, żeby po tym polowaniu wracać do domu, dwie noce spędziłem na starym lotnisku.

Austin zerknął na Zavalę. Alaska była usiana lotniskami nie zasługującymi na nazwy.

– Gdzie się znajdowało? – spytał.

– Kawałek stąd, na pomoc. Zostało po drugiej wojnie. Latali z transportami do Rosji i tam był przystanek. Mieli też sterówce do wypatrywania okrętów podwodnych. Niewiele zostało – barak, w którym mogłem rozpalić ognisko, ogrzać się i wysuszyć. Przed powrotem do domu trzymałem tam i wędziłem upolowaną zwierzynę.

– Dawno temu?

– O, będzie z pięćdziesiąt lat. Pamięć już u mnie nie ta. Ale dobrze pamiętam, kiedy oni zakazali mi tam polować.

– Oni?!

Dziadek Tinooka skinął głową.

– Od miesięcy nie widziałem tam nikogo. Aż któregoś dnia, kiedy smażyłem pstrągi, przyleciało takich dwóch. Groźnych białych. Błysnęli odznakami, mówią, że pracują dla rządu, i pytają, co tu robię. Gdy poczęstowałem ich rybą, zrobili się milsi. Powiedzieli, że w tej bazie będzie coś tajemniczego i nie mogę tu więcej przypływać. Ale że kupią ode mnie każde świeże mięso i ryby, jakie im dostarczę. Jeden z nich dał mi karabin, który widzieliście, żebym mógł polować. Dostarczyłem im mnóstwo zwierzyny i ryb, ale nie do samej bazy. Spotykałem się z nimi zawsze w pół drogi.

– Widział pan jakieś samoloty?

– Pewnie, dużo przylatywało i odlatywało. Raz na polowaniu usłyszałem taki, co hałasował jak sto pędzących rzek. Był wielki jak ta wioska i miał cudaczny kształt.

– Jaki?

Starzec podszedł do ściany i zdjął harpun.

– Podobny do tego – powiedział, dotykając palcem ostrego metalowego grotu.

– Jak długo pan dla nich polował? – spytał Austin, nie odrywając od niego oczu.

– Jakieś pół roku. Któregoś dnia pojawili się i powiedzieli, że już nie potrzebują mięsa. Kazali mi trzymać się z daleka od lotniska, żebym nie wszedł na minę. Karabin mi zostawili. I bardzo szybko odjechali.