Выбрать главу

– Szukamy starego lotniska, które leży na kawałku ziemi przypominającym orli nos, ale nie możemy go znaleźć – powiedział Zavala.

– To miejsce właśnie tak wyglądało. Ale zmieniły je lód i wiatr. W lecie tę ziemię zatapia woda z wezbranych rzek. Dlatego wygląda inaczej niż wtedy. Macie mapę?

Austin wyjął z kurtki mapę i rozłożył ją.

Gruby palec dziadka Tinooka spoczął na odcinku brzegu pod fragmentem mapy zakreślonym ołówkiem.

– Tutaj – powiedział starzec.

– Przelecieliśmy nad tym – stwierdził Zavala.

– A czy ci dwaj podali panu swoje nazwiska? – spytał Austin.

– Pewnie, powiedzieli, że nazywają się Hewy i Dewy.

– Lewy był chyba akurat zajęty – skomentował ze śmiechem Zavala.

Stary Eskimos wzruszył ramionami.

– Czytałem komiksy z Kaczorem Donaldem, kiedy pływałem na statkach handlowych w Anchorage – powiedział. – Pewnie uznali, że na niczym się nie znam, ale nie wyprowadzałem ich z błędu.

– I chyba dobrze pan zrobił.

– Jak powiedziałem, byli to groźni ludzie, ale trochę się z nimi zaprzyjaźniłem. O tych minach powiedzieli pewnie dlatego, żeby mnie odstraszyć. – Zamyślił się na chwilę. – Jedno nie dawało mi spokoju. Jaką to wielką tajemnicę tam skrywano? Przecież nie walczyliśmy z Japończykami. Wojna była skończona.

– Niektórzy nie mogą żyć bez wojny – odparł Austin. – Zawsze ją sobie znajdują.

– Nie znam się na tym, ale dla mnie to szaleństwo. No cóż, minęło wiele lat. Po co chcecie lecieć do tej starej bazy?

Austin nie wiedział, co mu odpowiedzieć. Mógł wyjaśnić staremu, jak ważne jest znalezienie dziwnej substancji anasazium, nim dostanie ją w łapy Gokstad i narobi biedy na cały świat. Podejrzewał jednakże, że prawdziwe motywy jego postępowania tkwią głębiej. Nie mogli pogodzić się z tym, jak potraktowano ojca Buzza Martina.

– Ze względu na pewnego chłopaka, który był na pogrzebie żyjącego jeszcze wówczas ojca – odparł, nie potrafiąc znaleźć lepszej odpowiedzi.

Starzec skinął głową z powagą, jakby wszystko stało się dla niego jasne.

Tymczasem Austin już myślał o czekającym ich zadaniu.

– Wielkie dzięki za opowieść – powiedział wstając. – I za lunch.

– Zaczekajcie. – Clarence przyjrzał się drewnianym figurkom, które wyrzeźbił, wybrał dwie i wręczył je gościom. – Weźcie je. Niedźwiedzia dla jego siły i wilka dla jego przebiegłości.

Austin i Zavala podziękowali starcowi za ten gest.

– Po tym, jak wskazałem wam drogę, lepiej się poczuję, dając wam je na szczęście. Mam przeczucie, że w tej bazie, mogą być wam potrzebne.

30

Za pierwszym razem w dostrzeżeniu Dziobu Orła przeszkodził im oślepiający refleks słońca odbitego w lustrze wody. Z nadbrzeżnej równiny, którą roztopy zamieniły w część zatoki, pozostał jedynie wąski, wyszczerbiony sierp tundry. Ale kiedy Zavala przechylił samolot, pod przejrzystą powierzchnią wody zarysował się ciemny profil nosa generała MacArthura. Austin pokazał na migi, że są na miejscu i trzeba lądować.

Zavala obszernym łukiem zszedł w dół i przeleciał nad cyplem na wysokości kilkudziesięciu metrów. Zakrzywiony wąski pasek lądu miał blisko dwa kilometry długości i niespełna kilometr szerokości. Rozmiaru szkód, wyrządzonych pierwotnym kształtom przylądka przez lód i wiatr, dopełniło czarne błocko, które nadgryzło jego brzegi.

– Spróbuj podejść jak najbliżej do tych moren – powiedział Austin, wskazując niskie, polodowcowe wzgórza tam, gdzie cypel stykał się z lądem.

– Żaden problem – zapewnił Zavala.- Ta maszyna usiądzie nawet na łebku od szpilki. Patrz, jak się ląduje.

Austin całkowicie ufał lotniczym umiejętnościom partnera. Zavala przelatał setki godzin na wszelkich możliwych maszynach. Joe jeszcze raz przeleciał nad paskiem lądu i długim lotem ślizgowym, cały czas zmniejszając prędkość, opadł w dół. Pływaki maszyny musnęły płytką wodę.

I wtedy pod ich stopami coś huknęło, przeraźliwie zazgrzytał rozdzierany metal. Hydroplan zakręcił w miejscu, a oni zabezpieczeni pasami podskoczyli w fotelach jak szmaciane lalki. Wreszcie wirująca maszyna znieruchomiała, pochylona na jedno skrzydło. Zavala zdołał wyłączyć silnik.

Kiedy śmigło się zatrzymało, Austin obmacał głowę, żeby upewnić się, czy nadal ma ją na karku.

– Tak wygląda lądowanie na łebku od szpilki? – spytał.

Zavala poprawił czapkę i wyprostował lustrzane okulary przeciwsłoneczne na nosie.

– Przepraszam – rzekł z niezwykłą dla niego pokorą. – Widocznie zaczęto produkować inny gatunek szpilek.

Austin pokręcił głową i zaproponował, by zbadać uszkodzenia. Gdy stanęli na pływakach, czekał już tu na nich miejscowy komitet powitalny. Chmara spragnionych ludzkiej krwi komarów wielkości kondorów zagoniła ich z powrotem do kabiny. Odważyli się ją opuścić dopiero po obfitym skropieniu się supersilnym środkiem odstraszającym. Zeskoczyli z samolotu do głębokiej na pół metra wody i obejrzeli dokładnie pogięty prawy pływak.

– Przyjdzie nam się z tego tłumaczyć w wypożyczalni, ale damy radę wystartować – stwierdził Zavala i pobrnął przez wodę torem ich lądowania. – Spójrz na to – rzekł chwilę później, pochylając się nad czymś.

Austin podszedł do niego i przyjrzał się metalowemu słupkowi, sterczącemu kilkanaście centymetrów pod wodą. Na jego wierzchołku, błyszczał świeży metal i zwisały miedziane przewody elektryczne.

– Gratulacje – powiedział. – Znalazłeś latarnię kierunkową.

– Bezbłędny samonaprowadzający instynkt Zavali nigdy nie zawodzi – oparł Joe takim tonem, jakby naumyślnie trafił w światło lądowania.

Rozszerzywszy teren poszukiwań, po kilku minutach znalazł drugie światło, z nietkniętą oprawką żarówki i szklanymi soczewkami.

Austin zlustrował okolicę. Nietrudno było się zorientować, dlaczego właśnie to odludne miejsce wybrano na tajne lotnisko polowe. Teren wokół był płaski niczym pokład lotniskowca i wymagał jedynie niewielkiej niwelacji. W koronkowej siateczce strumieni, które spływając ze wzgórz tworzyły jezioro, lśniło słońce.

Po wyładowaniu rzeczy z samolotu założyli plecaki i pobrnęli w stronę oddalonych o czterysta metrów wzgórz. Choć dzięki specjalnym butom mieli suche nogi, cieszyli się, że jest ponad dziesięć stopni ciepła, gdyż ich nieprzemakalne spodnie z goretexu omywała chlupocząca woda. Kiedy wyszli na brzeg, pojawiło się grząskie błoto, a potem ruszyli z chrzęstem po wiecznej zmarzlinie przez spłachetki jaskrów, krokusów i maków. Ku wzgórzom biegły rzędy świateł lądowania. Raz zatrzymali się, by przyjrzeć się wielkiemu stadu edredonów, sunących nad mokradłem niczym ciemny pióropusz dymu. Panowała tak nieziemska cisza, że poczuli się jak na innej planecie.

Dotarli do podnóża stromej skarpy. Wydłużone, zaokrąglone na wierzchołku wzgórze przypominało nieco kształtem bochenek chleba. Spod porastającej je gęstej roślinności przezierały pokryte mchami i porostami łaty czarnej skały. Austina zastanowiło to, że pagórek stoi samotnie, w odległości kilkuset metrów od najbliższych wzgórz. Zwrócił na to uwagę Zavali.

– Zauważyłeś, jak tu płasko, jeśli nie liczyć tej górki? – spytał.

– Gdybym był geologiem, może znalazłbym jakieś wyjaśnienie.

– Myślałem też o światłach lądowania. Prowadzą prosto do niej.

Przyjrzał się uważnie odsłoniętemu fragmentowi skały, a potem odsunął się, przejechał palcami po jej lśniącej powierzchni i dużym ostrzem szwajcarskiego scyzoryka wojskowego odkroił z niej cienki płat wielkości dłoni. Obejrzał zdobycz, uśmiechnął się i podał ją Zavali.

– Farba – zdziwił się Zavala i dotknął lśniącej powierzchni, którą odsłonił scyzoryk. – Blacha i śruby. Ktoś bardzo się natrudził, żeby je ukryć.

Austin cofnął się o kilka kroków i spojrzał na szczyt pagórka.

– Clarence Tinook wspomniał o starej bazie sterowców. Może to jest ich hangar?

– Pasuje to do naszej teorii o wykorzystaniu istniejącej bazy. Tylko jak się dostać do środka?

– Powiedz “Sezamie, otwórz się” i bądź dobrej myśli.

Zavala cofnął się i wykrzyknął słynne zaklęcie z Ali Baby i czterdziestu rozbójników. Kiedy nic to nie dało, powtórzył je po hiszpańsku, też na próżno.