Выбрать главу

Mimo że ulewa płukała powietrze, dziwny smród oparów skalnego Weka potęgował się. Bellis widziała zmarszczki zakrzywiające podrze. Pioruny raz po raz trafiały w maszty, kręcąc się zwłaszcza oto ogromnej, spowitej miedzią kolumny na „Wielkim Wschodnim”. Armada tańczyła, a niebo kipiało. Maszyna aeromorficzna buchała coraz większą ilością energii i układ błyskawic zaczął się zmieniać. Bellis obserwowała chmury jak zaczarowana.

Z początku smugi i szczerby tworzyły przypadkowe wzory, napiec się i dygocząc niby świetliste węże w ciemnościach. Potem zaczęły się synchronizować. Interwały czasowe skróciły się, tak, że światło jednej błyskawicy nadal wypalało Bellis oko, kiedy strzelała już następna, a do tego wydawały się zmierzać do jednego celu. Erupcje błyskawicy pędziły ku środkowi chmury, znikając w jej jądrze.

Grzmot stężał. Woń skalnego mleka mdliła. Bellis była zahipnotyzowana tym, co widziała poprzez ścianę deszczu. Potrafiła myśleć tylko „no już, no już”, nie wiedząc, na co czeka.

I wreszcie, po ogłuszającym pojedynczym grzmocie, błyskawice osiągnęły pełną synchronizację.

Jednocześnie wyskoczyły z nicości na skraju burzy, wspólnie rozcięły ciemne powietrze, zdążając ku sercu burzy podobne do szprych koła. Spotkały się w osi burzy, tworząc jeden boleśnie intensywny punkt światła, które trzaskało i nie rozpraszało się.

Wytrysnęła niewidzialna energia, wzmacniana przez zawory i transformatory okultystycznych maszyn, chlustała z kominów „Wielkiego Wschodniego” i mknęła do góry w stronę burzy.

W sercu chmury wybuchło przywołanie.

Trzeszcząca gwiazda błyskawicy świeciła zimno, intensywnie i sinobiało, rozdygotana, coraz jaśniejsza, napięta, jakby była brzemienna, jakby była pełna, jakby była gotowa wybuchnąć, a potem

PĘKŁA

i chmara wrzeszczących istot wykrystalizowała się z jej strzępów i obsiadła okręt – trzaskające zjawy obwiedzione energią, zostawiające ślady spalonego powietrza, kiedy pędziły po niebie obdarzone wiedzą, kapryśne i świadome swoich celów.

Fulmeny. Elementale błyskawicy.

Zygzakując, wrzeszczały i śmiały się, ich okrzyki były zlokalizowane gdzieś pomiędzy dźwiękiem a prądem. Fulmeny z niesamowitą prędkością mknęły po niebie, przeistaczając się w łuki prądu, brocząc upiornymi kształtami wyładowań, kształtami powielającymi zarysy budynków, ryb, ptaków i twarzy.

Stadko fulmenów zładowało na pokładzie „Chromolitu”, przeleciawszy obok Bellis, której serce stanęło w piersiach. Krążyły wokół wylotu komina.

Gdzieś z wnętrza „Wielkiego Wschodniego” wyszedł impuls mocy. Nad całym miastem elementale oderwały się od swoich zabaw i myszkowały podniecone. Ukryte maszyny znowu wysłały potężną porcję energii, która powędrowała drutami na szczyt masztu. Fulmeny skowyczały i tańczyły na łańcuchach i metalowych poręczach. Potem padł sygnał do zbiórki. Bellis przekręciła głowę i patrzyła, jak odlatują z „Chromolitu” i nad kanałami wody między statkami zmierzają ku głównemu masztowi ogromnego parowca.

Bellis przestała zauważać, że pada i grzmi. Widziała tylko żywe błyskawice, które obrysowały Armadę swoim rozjarzonym chłodem, drażniąc się same ze sobą, spazmatycznie oscylowały między istnieniem i nieistnieniem koło najwyższych dachów miasta. Bellis oglądała ten wystawiany w burzowej scenografii spektakl nad statkami, które oddzielały ją od sceny. Strumień energii wisiał jak przynęta na szczycie górującego nad Armadą masztu „Wielkiego Wschodniego”.

„Łowimy burzę, żeby złowić elementale, żeby złowić awanka”. Czuła się jak pijana.

Fulmeny okrążały maszt, otulały go wirującym stożkiem najeżonych istot. Spluwały w ciemności burzy, oświetlając miasto negatywowo, czymś jakby czarnym światłem słonecznym, aż do chwili, gdy z drutów buchnął ostatni wielki bryzg spajającej energii.

Fulmeny wrzeszczały, gadały od rzeczy i zaczęły wlewać się w metal.

Za pomocą zaklęć i maszyn elementaliści wciągali je w drut.

Elementale z krzykiem mknęły grubymi kablami, światełka szybko gasły jedno po drugim. Po pół sekundzie niebo znowu zaciągnęły ciemności.

Elyktryczne elementale krążyły jako supernaładowane cząstki po miedzianej sieci, zlewając się ze sobą i tworząc strumień żywej mocy, wchodziły w trzewia „Wielkiego Wschodniego”, do maszyny napędzanej skalnym mlekiem, w bolce łańcucha, który ciągnął się aż po rozpadlinę w dnie morza.

Pod milionami ton morskiej wody ta skondensowana substancja plemienia elementali błyskawicy zbiegła po ogniwach łańcucha długości masztu i wtargnęła do wody erupcją potężnej energii, która rozbłysła białym światłem i natychmiast zniknęła w głębinach hydrosztolni, spalając i niszcząc wszelkie życie, jakie się tam zapuszczało, aby w końcu przebić membranę między wymiarami, wiele kilometrów poniżej łoża oceanu.

Koło stępki „Wielkiego Wschodniego” maszyna napędzana skalnym mlekiem buczała i wysyłała po łańcuchu potężne impulsy.

W morzu powstało rozdarcie i dopiero teraz emitowane przez ma szynę sygnały, nieodbieralne dla żadnych istot urodzonych w morzach Bas-Lag, mogły być słyszane.

Tanner Sack płynie na dół w szarą wodę. Burza rozproszyła się niemal w jednej chwili i morze nad jego głową jest jasne. Tanner sprawdza swoje możliwości, pcha się coraz głębiej i głębiej w strefę dysfotyczną.

Nie jest sam: otaczają go ludzie-raki i ludzie-ryby, jest też chyba Bastard John, wszyscy nurkują jak najgłębiej, chcąc zaspokoić ciekawość, ale on ich nie widzi. Woda jest zimna, niema i gęsta.

Tanner czuje, że z ogromnych ogniw łańcucha przeskakują na niego wyładowania energii. Wie, że na dole rozgrywają się niezwykłe wydarzenia i jak dziecko folguje swojej ciekawości, opadając ku ciemnościom. Jeszcze nigdy nie nurkował tak głęboko. Płynie wzdłuż łańcuchów, przystosowując się do ciśnienia, które ciasno go otula. Rozpościera macki, jakby próbował chwycić substancję wody i pociągnąć się w dół.

Boli go głowa. Krążenie krwi jest utrudnione. Nie mogąc już zejść niżej, nieruchomieje. Nie wie, jak głęboko znurkował. Nie widzi koło siebie wielkiego łańcucha. Nie widzi nic. Jest zawieszony w zimnie i szarości, zupełnie sam.

Czas mija, sygnały maszyny napędzanej skalnym mlekiem wciąż drgają kusząco w głębokiej wodzie. Dokoła nic się nie porusza.

Aż do momentu, gdy oczy Tannera otwierają się. Nie wiedział, że były zamknięte.

Ocucił go jakiś dźwięk, coś jakby śliski zgrzyt, trzask bolców, odgłos wskakiwania zapadek w otwory. Przeciągłe, dudniące echo wędruje przez wodę niby śpiew wielorybów. Bardziej czuje to w żołądku, niż słyszy uszami.

Nie rusza się. Słucha.

Wie, co usłyszał.

Zabezpieczenia na półkilometrowym wędzidle – zapadki, kołki, nity, śruby długości statków – wskoczyły na swoje miejsce.

Coś przedarło się do góry przez warstwy wody i rzeczywistości, żeby zbadać te rozkoszne impulsy skalnego mleka, i wsunęło szyję albo inną część ciała w obrożę, teraz ze wszystkich stron ma uprząż, kolce i ćwieki wielkie jak pnie drzew wbiły się w ciało, pasy zacisnęły się i stworzenie zostało schwytane.

Znowu cisza i bezruch. Tanner wie, że w górze taumaturgowie i naukowcy wysyłają dokładnie odmierzone sygnały do kory mózgowej tej istoty, kojące, sugestywne, pochlebne.

Tanner czuje maleńkie ruchy wody i zmiany temperatury – prądy taumaturgiczne.