Czuje wibracje na skórze, a potem mocniejsze wewnątrz.
Schwytane stworzenie porusza się, zdecydowanie poniżej dogorywających krawędzi światła słonecznego, w śródnocnej wodzie wiele kilometrów w dół, obok świetlików i krabów długonogich, przyćmiewając ich nikłą fosforescencję. Czuje, że istota podpełza bliżej niego, przemieszczając wielkie wały zimnej wody, wtaczając je i wytaczając z otchłani.
Jest zafascynowany.
Rozlega się ociężały huk, od którego drży woda. Tanner wyobraża sobie jakąś monstrualnej wielkości kończynę od niechcenia trzepiącą o kontynentalny szelf – bezrefleksyjna apokalipsa unicestwia setki prymitywnych, przydennych stworzeń.
Woda wokół niego wiruje. Z dziury dobywają się dysonansowe prądy taumaturgiczne. Ciśnienie wody nagle zaczyna gwałtownie oscylować, po czym uszu Tannera dobiega cichuteńki odgłos dudnienia. Wytęża słuch.
To nikły, regularny rytm, który Tanner czuje w trzewiach. Dudniące, miażdżące bicie. Skręca go w żołądku.
Słyszy ten dźwięk tylko przez chwilę, dzięki taumaturgicznemu zakrzywieniu czasoprzestrzeni, ale wie, co to jest i wpada w osłupienie.
Serce wielkości katedry, bijące o wiele niżej w ciemnościach.
Na mokrych od deszczu stopniach, pod prażącym słońcem i bezchmurnym niebem, Bellis czekała.
Armada wyglądała jak wymarłe miasto. Wszyscy oprócz najbardziej zafascynowanych mieszkańców schowali się wciąż przerażeni.
Coś się wydarzyło. Bellis poczuła dygot „Chromolitu” i stukanie łańcuchów. Od wielu minut jest cicho.
Nagle znowu usłyszała dźwięk metalu uderzającego wolna, groźna perkusja, łańcuchy pod miastem napięły się i wynurzyły z hydrosztolni pod światem, powróciły do swojego macierzystego wymiaru i znowu opływały je wyłącznie wody Wezbranego Oceanu.
Powoli odchyliły się od pionu i biegły ukośnie od miasta do wędzidła tuż nad dnem oceanu, wiele kilometrów poniżej.
Wtedy rozległ się wibrujący dźwięk, Armadą szarpnęło gwałtownie, ciągnięte od dołu w nowych kierunkach statki zręcznie się przestawiały, przez co miasto zmieniło swój kontur.
Armada zaczęła płynąć.
Spazm ten o mało nie przewrócił Bellis.
Zbaraniała.
Miasto poruszało się.
Płynęło na południe ze spacerową prędkością, która biła jednak na głowę wyniki osiągane przez eskadry holowników.
Bellis widziała fale na burtach zewnętrznych statków. Widziała kipiel za rufą miasta. Podróżowali dostatecznie szybko, aby zostawiać za sobą kilwater.
Między Armadą a horyzontem krzątała się teraz gorączkowo flota nietrzymanych na uwięzi statków: kupiecko-pirackich, fabrycznych, kurierskich, wojennych i holowniczych. Odwracały się włączały silniki i rozwijały żagle, aby dogonić macierzysty port.
„Bogowie kochani” – pomyślała Bellis z osłupieniem-. „Pewnie nie wierzą własnym oczom”. Z najbliższej jednostki do ją chóralny okrzyk zachwytu. Marynarze stali na pokładzie i wiwatowali.
Wołanie to stopniowo podejmowali inni, w miarę jak na terenie całej Armady zaczęli pojawiać się ludzie: otwierali okna i drzwi, wychodzili z bunkrów, stawali przy relingach, choć wcześniej chowali się za nadburciami. Gdzie tylko skierowała spojrzenie, obywatele wznosili okrzyki. Wiwatowali Kochankom. Wrzeszczeli z zachwytu.
Bellis spojrzała na morze, obserwowała fale uciekające do tyłu za miastem, które się poruszało. Ciągnięte na łańcuchach.
Na końcu sześciokilometrowych wodzy, dopieszczany przez maszynę napędzaną skalnym mlekiem, mocno trzymany przez haki podobne do zakrzywionych iglic, awank miarowo i z ciekawością przemierzał obce dla siebie morze.
Interludium VII. KANAŁ BAZYLISZKA
„Sercopył Tetneghi” od czterech tygodni przebywał na morzu.
Galeon musiał stawić czoło gwałtownym, letnim sztormom. Między Gnurr Kett a Perrick Nigh było spokojnie. Na niebezpiecznych kanałach koło Wysp Mandragory przepłynął zbyt blisko jakiejś anonimowej skały i opadły go łupieżcze istoty latające, które potargały żagle i ściągnęły kilka małp z olinowania, co zresztą skończyło się ich śmiercią. W zimnych wodach przy wschodnim wybrzeżu Rohagi statek został przypadkowo zaatakowany przez okręt crobuzońskiej marynarki wojennej. Dzięki pomyślnym wiatrom „Sercopył Tetneghi” uciekł pancernikowi, doznawszy co prawda uszkodzeń, które spowolniły go, ale nie zatopiły.
Oficerowie-kaktusy gwiżdżą rozkazy wykończonym małpom i statek zbliża się do portowego azylu, płynie krętym kanałem ku Zatoce Żelaznej.
Dzień po swoim spotkaniu z Tannerem Sackiem, kiedy to kapitan Sengka wydał załodze nowe rozkazy, zareagowali spodziewanym przez niego zdziwieniem i niechęcią. Dosyć luźna dyscyplina obowiązująca na statkach samheryjskich pozwalała im na w miarę swobodne wyrażanie swoich uczuć, toteż powiedzieli Sengce, że są przeciw, że są wkurzeni, że nie rozumieją, że to jest przecież dezercja, że kadłubowa załoga, która zostanie na wyspie, nie wystarczy do pilnowania anopheliusów.
Był nieugięty.
Z każdym spotykającym ich po drodze nieszczęściem, z każdy napadem, z każdą wlokącą się jak ślimak minutą miesiąca narzekań załogi robiły się głośniejsze, ale Sengka, który postanowił zaryzykować swoją karierę i uwierzyć w pisemne obietnice otrzymane od Tannera, nie zrezygnował ze swego planu. A że cieszył się wśród załogi sporym autorytetem, na razie udawało mu się powściągnąć ich gniew – ograniczali się tylko do rzucania dziwnych aluzji i znaczących spojrzeń.
I teraz „Sercopył Tetneghi” żółwim tempem płynie w stronę Wielkiej Smoły. Kiczowatość kapiących od złota krzywizn galeonu łagodzi brutalna wiosenna pogoda, która szokuje ludzi-kaktusy. Krzykliwa południowa estetyka statku przedstawia się absurdalnie na tle kolorów mijanych wysp: różnych odcieni ciemnego brązu, czerni i błotnistej zieleni.
Są to barwy zniszczone przez żywioły, odrapane. Załoga niecierpliwi się. Sengka przebiera palcami po zapieczętowanym woreczku.
Już niedługo. Zbliżają się do zatoki i rzeki, cegieł i mostów. W otaczających ich wodach jest coraz więcej kamieni. Kanał robi się płytszy. Do wybrzeża coraz bliżej.
Kapitan Sengka uważnie przygląda się pieczęci Nowego Crobuzon na doręczanym przez siebie niewielkim frachcie. W swoich dużych dłoniach trzyma skórzany woreczek; zapieczętowane woskiem pudełko, propozycję nagrody, którą Nowe Crobuzon uhonoruje; alarmujący list, melodramatycznie ostrzegający o wojnie, mętnym, absurdalnym, bezsensownym szyfrem; bezwartościowy wisiorek, który tłumaczy, dlaczego pudełko jest szkatułką na biżuterię; pod aksamitną wyściółką pudełka, pod drugim dnem, zabezpieczony trocinami przed uszkodzeniem, ciężki krążek wielkości dużego zegarka wraz z wykaligrafowaną maleńkimi literkami instrukcją.
Potajemny prezent prokurenta Fenneca dla Nowego Crobuzon i właściwa przesyłka od niego.
Interludium VIII. GDZIE INDZIEJ
Nastąpiło jakieś zdumiewające wtargnięcie do świata. Morze smakuje czymś nowym.
„Co to jest?”
Nikt z myśliwych tego nie wie.
„Co to było za roztrzaskanie nagłe przesunięcie otwarcie się wtargnięcie najścieprzybycie? Cóż to do nas przyszło?”
Nikt z myśliwych tego nie wie. Potrafią tylko stwierdzić, że morze się zmieniło.
Wszędzie widać oznaki tej zmiany. Prądy są chwiejne, co chwila bardzo nieznacznie zmieniają kierunek, jakby na ich drodze stanęła jakaś nowa przeszkoda. Saliny wrzeszczą i bełkoczą, rozpaczliwie pragnąc przekazać to, co wiedzą.