W skali całego świata nawet taki olbrzymi nowy byt oznacza mikroskopijną zmianę, niemal nieskończenie małą, ale hydrowrażliwość myśliwych sięga poziomu subatomowego, toteż wiedzą, że coś się wydarzyło.
Nowa istota zostawia jedyny w swoim rodzaju trop, ale ślad złożony jest z łajna, smaku i cząstek, które nie funkcjonują zgodnie z fizyką Bas-Lag. Grawitacja, przypadkowy ruch, fizyczne istnienie wokół intruza mają trochę inną charakterystykę, niż powinny. Myśliwi znają smak intruza, ale nie potrafią go wytropić.
Nie zaprzestają jednak prób. Nie ulega bowiem wątpliwości, że jest to sprawka pływającego miasta, dlatego jeśli znajdą tego ociężało giganta, znajdą też swoją zwierzynę.
Czas pędzi.
Są bąbelki wody, słodkiej i słonej. Wiele kilometrów dalej wydycha je rodzeństwo, idą do góry i nie pękają, nawet kiedy są otoczone materią swojej własnej substancji, przeciskają się przez małe taumaturgiczne wyloty i bez przeszkód wędrują dalej w górę, ogromnie daleko od punktu wyjścia. Rozpryskują się koło uszu myśliwych, przekazać wiadomości z domu. Plotki i historie przełożone na wodny język. Od groac’h i czarodziejów w Gengris, od szpiegów w Zatoce Żelaznej. Słyszymy dziwne rzeczy – mówi jeden z głosów. Myśliwi gromadzą się i wylewają z siebie energię, drżący i wytężeni używając swoich foci, relikwii po zmarłych. Ich przywódcy szepczą w odpowiedzi, która leci w formie bąbelków do kraju. „Coś nowego wstąpiło w morze” – mówią.
Kiedy rozmowa dobiega końca, czarodzieje, cisi w ciemnościach bardzo głęboko pod powierzchnią Wezbranego Oceanu, mrugają i trzęsą głowami, a dźwięk, który dotarł do nich z odległych obszarów świata, rozprasza się wraz z wodą, która go przyniosła.
„Płyną łodzie” – mówią swoim myśliwym. „Dużo. Szybko. Z Zatoki Żelaznej. Też polują. Szukają, tak jak my. Płyną na drugą stronę morza. Nasze siostry i bracia są z nimi, przyczepieni jak podnawki, śpiewają do nas. Możemy ich łatwo odnaleźć”.
„Łodzie szukają tego samego, co my. Wiedzą, dokąd płyną. Mają urządzenia, które pomogą im to znaleźć”.
.,My tropimy ich, a oni będą tropili nas”.
Myśliwi wyszczerzają swoje bardzo długie zęby i emitują szczekające chluśnięcia wody, które są ich śmiechem, układają kończyny w opływowe kształty i ruszają na północ, w kierunku, który został im podany, tam gdzie będzie flota Nowego Crobuzon. Kiedy kursy się przetną, myśliwi dołączą do innych oddziałów ze swego kraju i nareszcie znajdą swoją zwierzynę.
CZĘŚĆ SZÓSTA. „PORANNY WĘDROWIEC”
Rozdział trzydziesty trzeci
Awank i ciągnięta przez niego Armada płynęli na północ ze stałą prędkością. Nie tak dużą jak statek, ale wielokrotnie szybciej, niż miasto mogło podróżować do tej pory.
Armadyjskie jednostki codziennie wracały do macierzystego portu. Z odczytów swoich tajnych mechanizmów wiedziały, że porusza się on z bezprecedensową prędkością i w panice lub z radością pędziły do domu obładowane złupioną biżuterią, żywnością książkami i ziemią.
Powróceni marynarze przecierali oczy ze zdumienia. Otoczona flotą holowników i parowców – które zawsze ją ciągnęły, a teraz podążały za nią bezładną chmarą jak drugie, rozpadające się miasto, lojalne i bezużyteczne – Armada sunęła przez morze jakby była obdarzona własnym napędem.
Niektóre ze zbędnych już teraz statków włączono w tkankę miejską przyczepiono hakami i wspawano, wyłączono z eksploatacji i przebudowano. Inne przerobiono na statki pirackie, opancerzone i wyposażone w sto różnych rodzajów dział. Te hybrydy jeżyły się od wyszabrowanego uzbrojenia.
Kurs ustalono na północ północny wschód, ale zdarzały się dewiacje, choćby po to, aby ominąć jakąś burzę, skalistą wyspę czy nieregularność łoża oceanu, której obywatele Armady nawet nie widzieli.
Piloci na „Wielkim Wschodnim” mieli do dyspozycji stojak z pirotechnicznymi flarami w rozmaitych kolorach. Kiedy kurs awanka wymagał korekty, wystrzeliwali ich zestawy, tworzące uzgodnione sygnały. Inżynierowie w innych okręgach uruchamiali wtedy ogromne windy, które ciągnęły za któryś z zanurzonych w wodzie łańcuchów.
Awank reagował bez narzekań, potulnie jak krowa. W odpowiedzi na te nieznaczne szarpnięcia zmieniał kurs – machnięciem płetw, włókien, łap czy bogowie raczą wiedzieć czego. Zgadzał się na to, aby nim sterować.
W maszynowni na dnie „Wielkiego Wschodniego” szybko wytworzyła się rutyna pracy. Dygoczące kotły parowe przez cały dzień karmiono skalnym mlekiem, wyssanym przez „Sorgo” spod dna, a ma szyna wysyłała stały pochlebny impuls przez łańcuch i kolce do awankowego odpowiednika kory mózgowej.
Gigantyczna istota była zanarkotyzowana, pogrążona w sennej błogości, odmóżdżona jak kijanka.
Kiedy stało się oczywiste, że taumaturgiczne łowy przyniosły sukces i baśniowa istota naprawdę wstąpiła do Bas-Lag, obywateli Armady ogarnął histeryczny entuzjazm.
Pierwszej nocy odbyło się spontaniczne świętowanie. Ponownie wyjęto dekoracje, którymi zwyczajowo przystrajano miasto na koniec kwarty, a bulwary i skwery wypełniły się tańczącymi ludźmi, mężczyznami i kobietami, khepri, kaktusami, strupodziejami i innymi. Podnoszono do góry modele awanka z masy papierowej, bardzo różne i bardzo niepodobne do pierwowzoru.
Bellis spędziła ten wieczór w pubie z Carrianne, na przekór sobie dając się ponieść radosnej atmosferze. Na drugi dzień była zmęczona i zasmucona. Był to trzeci markindi kwarty cielesnej. Bellis zestawiła to z kalendarzem crobuzońskim, który kiedyś sporządziła, i stwierdziła, że w jej rodzinnym mieście wypada piętnasty swivena – wigilia Święta Złego Początku. Odkrycie to wprawiło ją w przygnębienie. Nie sądziła oczywiście, żeby ponury wpływ tego święta sięgnął aż tak daleko, ale fakt, że przybycie awanka nieomal zbiegło się w czasie z tym dorocznym wydarzeniem, był deprymujący.
Mijały dni i chociaż entuzjazm jeszcze się nie skwasił, a po przebudzeniu ludzie wciąż ze zdziwieniem stwierdzali, że miasto wyraźnie się porusza, Bellis wyczuwała, że wśród mieszkańców Armady narasta zaniepokojenie. Brało się ono przede wszystkim z tego, że niszczukowodzcy Kochankowie, którzy sterowali awankiem, obrali kurs na północ i nie chcieli podać tego przyczyny.
Dotychczasowe dyskusje o tym, dokąd awank zaciągnie Armadę, były bardzo ogólnikowe. Przedstawiciele Niszczukowód kładli nacisk na szybkość i moc awanka oraz na możliwość ucieczki przed sztormami i jałowymi morzami, możliwość podążania za sprzyjającą wysoki plonom pogodą. Stąd też wielu obywateli uznało, że miasto popłynie w jakieś ciepłe rejony, gdzie wśród nadbrzeżnych krajów nie będzie morskich potęg, co oznaczałoby łatwość ich plądrowania. Południowe Kudrik bądź Morze Kodeksowe, coś w tym guście.
Tymczasem miasto od wielu dni parło na północ, nie zwalniając ani nie zbaczając z kursu. Armada z woli Kochanków zmierzała w jakieś kreślone miejsce, lecz nic się na ten temat nie mówiło.
– Niedługo się dowiemy – mówili lojaliści w portowych pubach. – Nie mają przed nami nic do ukrycia.
Ale kiedy dzienniki, czasopisma, uliczni mówcy i polemiści pozbierali wreszcie myśli i publicznie zadali nurtujące wszystkich pytanie odpowiedź wciąż nie padała. Po tygodniu na pierwszej stronie „Flagi” widniały tylko dwa ogromne słowa: DOKĄD PŁYNIEMY?
Nadal nie było odpowiedzi.
Dla niektórych milczenie to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że Armada była supermocarstwem mającym pod swoją kontrolą absolutnie niezwykłą istotę. Cel podróży interesował tych ludzi nie bardziej niż przedtem. Mówili: „Zawsze zostawialiśmy to ludziom, którzy podejmują decyzje”.