– Dwa dni temu, o ile można to tak dokładnie stwierdzić, przekroczyliśmy jakąś granicę. Wszyscy to czują. Flocie – pokazał na statki za miastem – ciężko się płynie. Są dziwne prądy. Statki nie radzą sobie z nimi, bo mają za słabe maszyny. Opuściliśmy Wezbrany Ocean – powiedział, patrząc na nią beznamiętnym wzrokiem. – znajdujemy się na obrzeżach nowego akwenu. – To… – Szybkim ruchem ramienia pociągnął dłonią od horyzontu do horyzontu. – To jest Pusty bądź Ukryty Ocean.
„Tak daleko od domu” – pomyślała Bellis, zaskoczona własną furią. „Zabierają nas, mnie, coraz dalej i dalej. Postawili na swoim”. Usłyszała brzęczenie w uszach. „Wszystko, co zrobiliśmy, dobrego i złego straciło znaczenie. Tak łatwo im przyszło, żeby nas zawlec na skraj tego zasranego morza, którego nie przepłynie żaden statek. Fru na Pusty Ocean i do widzenia, moja ojczyzno”.
Sama myśl o Kochankach napawała ją zgrozą: ich miłosne świergolenie. Te ich chore, codzienne, postawione na ostrzu noża zaślubiny Chcieli tutaj dopłynąć. Bellis usiłowała zawrócić ich z drogi, ale nie zdołała, przegrała.
– Czyli ściągnęli nas tutaj? – spytała Uthera chłodnym tonem, stwierdziwszy, że znowu się go nie boi. Zadarła podbródek. – Wiem, jaki jest następny etap. Blizna.
Jeśli go zaskoczyła, to dobrze ukrył ten fakt. Spojrzał na nią bez emocji.
„Czyli Fennec za bardzo się ślimaczył ze swoją bibułą i pogłoskami” – pomyślała. „To nie znaczy, że sprawa jest przesądzona. To nie znaczy, że musimy pogodzić się ze swoim losem”.
Otworzywszy Bellis drzwi, Szekel długo wpatrywał się w nią bez słowa, kompletnie zdezorientowany.
Poznał ją, ale natychmiast doszedł do wniosku, że musiał się pomylić. Ta biała jak płótno niewiasta z suchymi czarnymi włosami, które opadają na ramiona jak wiechcie wyschniętej trawy i rysami, w które wpisane są lata cierpienia, to nie może być Coldwine, tylko jakaś podobna do niej zniszczona życiem łazęga.
– Wpuść mnie, Szekel – powiedziała głosem, do którego zupełnie się nie poczuwała. – Muszę porozmawiać z Tannerem Sackiem.
Niemy i przerażony, odstąpił w lewo.
Tanner Sack przewrócił się na drugi bok i bredził coś kołowatym językiem. Oczy miał kaprawe. Nagle zerwał się, rozrzucając wokół siebie pościel. Wycelował palcem w Bellis.
– Wypieprz ją stąd, Szekel! – krzyknął. – Wypieprz ją stąd!
– Posłuchaj mnie! – powiedziała Bellis gardłowym głosem. – Proszę cię…
– Mam w dupie twoje gadanie, ty suko!
Tanner trząsł się z wściekłości. Za plecami Bellis rozległ się terkot silnika. Podjeżdżała do nich Angevine.
– Musisz mnie wysłuchać – wyburczała Bellis, usiłując krzyknąć. – Masz dużo znajomych. Możesz to rozgłosić po mieście… – urwała i skręciła się z bólu, bo Angevine położyła jej rękę na plecach. – Wiesz, dokąd płyniemy? – zdołała wydusić. – Wiesz, po co jesteśmy na tym morzu, na którym nic nie porusza się tak, jak powinno? – Tanner spojrzał na Szekla, potem na Angevine. Wszyscy troje mieli osłupiałe miny. – Posłuchajcie! – krzyknęła Bellis, kiedy Angevine wypchnęła ją za drzwi do wtóru ostatniej wiązanki Tannera.
Bellis powoli maszerowała w stronę biblioteki. Krew przesiąkła przez bandaże i na koszuli wykwitły czerwone plamy. Znalazła zbombardowaną dzielnicę z „Pinchermarnem”, gdzie bibliotekarze wydobywali książki spod rumowiska.
– Bellis!
Carrianne zbaraniała na jej widok. Bellis znowu trochę majaczyła.
– Musisz mnie posłuchać – wykrztusiła.
Wyszły na zewnątrz i Carrianne opasała ją opiekuńczo ramieniem. Bellis cierpiała potworny ból i mówiła z wykrzywioną twarzą:
– Johannes. Tearfly. Carrianne, musisz mi pomóc w znalezieniu Johannesa Tearfly'a…
Carrianne skinęła głową.
– Wiem, Bellis. Już mi o tym powiedziałaś.
Znalazły się w pomieszczeniu, którego Bellis nie rozpoznała, potem w innym. Była tak zmęczona, że bliska omdlenia. Carrianne i Bellis zawisły nad miastem w ciemnym powietrzu, światła Armady gasły w skomplikowanej sekwencji. Bellis kilka razy usłyszała własny głos, który zabrzmiał jej zupełnie obco.
Przeszył ją ekstatyczny, zimny ból, podniosła wzrok i stwierdziła, że jest we własnym łóżku, w swoim kominowym mieszkaniu. Pamięć – a może wyobraźnia – podsunęła jej obraz Carrianne zdejmującej bandaże i smarującej plecy Bellis maścią. Zamknęła oczy. Coś usłyszała, jakiś cichy, rytmiczny dźwięk.
– Bogowie. Bogowie. Bogowie. Bogowie.
Był to głos Carrianne. Bellis przekręciła głowę i zamglonymi oczami zobaczyła nad sobą twarz przyjaciółki, skrzywionej, zagryzającej wargę, wcierającej maść.
„Co się stało?” – próbowała spytać Bellis, która w pierwszej chwili pomyślała, że jej przyjaciółkę coś boli, ale zaraz sobie przypomniała, co się stało. Nie umiała odmówić sobie pożalenia się nad swoim losem.
Kiedy następnym razem otworzyła oczy, w pokoju oprócz Carrianne był też Johannes. Pili herbatę i z zakłopotaniem na twarzach rozmawiali, siedząc przy jej łóżku.
Była noc. Bellis pojaśniało w głowie.
Johannes szarpnął się, kiedy zobaczył, że Bellis się poruszyła.
– Bellis, Bellis – powiedziała łagodnie Carrianne. – Na litość bogów, dziewczyno, coś ty zrobiła?
Carrianne była przerażona. Jej troska napełniła Bellis głęboką wdzięcznością. Nie mogła im jednak wyjaśnić, skąd wzięły się rany.
– Nie chce z nami o tym rozmawiać – stwierdził Johannes speszonym tonem. Sprawiał wrażenie szczerze zatroskanego, ale i zakłopotanego. – Przecież widzisz… musiała być na bakier z… Przypuszczalnie ma szczęście, że w ogóle tu jest.
– Do ciemnej cholery, Bellis! – Carrianne wściekła się. – W dupie ich mam! – Jednym pociągnięciem ramienia ogarnęła całą władzę. – Powiedz nam, za co ci to zrobili.
Bellis nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. „On ma rację” – pomyślała, podnosząc zamglone oczy na Johannesa. „On jest śmierdzącym tchórzem, a ty, bogowie raczą wiedzieć dlaczego, moją wspaniałą, odważną i lojalną przyjaciółką, Carrianne… Ale to on ma rację. Nie powinnaś się do tego mieszać. I ja do tego nie dopuszczę, choćby nie wiem co. Jestem ci to winna”.
– Czyli znalazłaś go? – zdołała powiedzieć.
– Carrianne bardzo się postarała – stwierdził Johannes. – Przekazała mi wiadomość.
Bellis usiadła na łóżku wyprężona i zacisnęła zęby, bo popękana skóra zaprotestowała.
– Muszę z wami porozmawiać – rzekła nieco silniejszym głosem. Powoli pokręciła głową. – Przez ten ostatni tydzień… byłam sama. W tym czasie dookoła wszystko się zmieniło. Na pewno zauważyliście. Wiem, z czego to wynika. Wiem, co się dzieje. – Zamknęła oczy i długo milczała. – Wiecie, gdzie jesteśmy? Wiecie, na jakie wody wpłynęliśmy?
Carrianne i Johannes wymienili spojrzenia.
– Na Ukryty Ocean – odparła Carrianne ostrożnym tonem.
Bellis zdołała uśmiechnąć się nieznacznie.
– Tak jest.
„Do licha z wami wszystkimi” – pomyślała. „Nie potrzebuję tego zdrajcy i zasrańca Fenneca. Sama sobie poradzę”.
– A wiecie, dokąd płyniemy? – spytała.
– Do Blizny – odrzekł Johannes.
Słowa uwięzły jej w gardle. Wytrzeszczyła na niego oczy i zobaczyła, że Johannes patrzy na nią z zatroskaniem i dezorientacją, a potem kieruje wzrok na Carrianne, która kiwa głową.