Tanner nie musiał zatem codziennie nurkować do pęknięć, przecieków i innych usterek. Pływał dla własnego zdrowia, a przede wszystkim ze względu na swoje plecy: czuł, że sól przywraca jego skórę d życia.
– Wskakuj, Szek – powiedział.
Miał świadomość rozprzestrzeniającego się po całej Armadzie nacięcia, niepewności, jakby Hedrigall w chwili odlotu rozlał za sobą truciznę. Tanner chciał zaproponować Szeklowi miejsce, w którym trucizna mogłaby się rozpuścić.
Za narastającymi obawami ludzi kryły się też inne powody. Do Tannera dotarły dziwne pogłoski. Z trzech różnych źródeł usłyszał, że jakiś człowiek, gwardzista albo inżynier z Niszczukowód, zniknął, nie zabierając niczego z domu; w jednej z wersji na stole stał zjedzony do połowy obiad. Niektórzy mówili, że to też była ucieczka, a według innych… to sprawka duchów z Ukrytego Oceanu.
Będąc w wodzie, Tanner miał wrażenie, że wszystko, co złe, niebezpieczne i niepewne rozpuszcza się w prądach morskich. Zaproponował Szeklowi tę samą chwilę wytchnienia. Przekonał chłopaka, żeby z nim popływał. Baseny między statkami Armady były teraz prawie puste. Szekel ucieszył się z tego, że należy do tych nielicznych odważnych, którzy wchodzą do wody. Wielkie belki statków poruszały się dostojnie nad nimi i wokół nich: niemożliwe, żeby miasto im uciekło. Szekel pływał agresywnym, nieestetycznym pieskiem. Tanner chciał mu pokazać jakiś lepszy styl, ale uzmysłowił sobie, że nie zna żadnego, który by się nadawał dla osób oddychających powietrzem.
Szekel naciągnął na oczy ciężką maskę i trzymał głowę pod powierzchnią do momentu, gdy kiepsko przylegająca uszczelka zaczęła wpuszczać wodę. Razem z Tannerem przyglądali się ławicom ryb z gatunków, jakich nigdy wcześniej nie widzieli. Wielobarwne, z misternymi płetwami, jaskrawe i cudaczne jak ryby tropikalne, mimo że temperatura wód Ukrytego Oceanu była umiarkowana. Podobnie jak u skorpen i buławików, szpeciły je patykowate wyrostki, a oczy świeciły nieprawdopodobnymi kolorami.
Kiedy Szekel i Tanner wypływali na powierzchnię, czekała na nich Angevine, na ogół z butelką piwa lub czegoś mocniejszego. I mimo faktu, że Tanner i Angevine nadal odnosili się do siebie odrobinę nieufnie – i zdawali sobie sprawę, że już zawsze tak będzie – wspólne Uczucie do Szekla wytworzyło między nimi więź opartą na wzajemnym szacunku.
„Jesteśmy jak rodzina” – pomyślał Tanner.
Bellis wiedziała, że nie będzie kłopotów ze znalezieniem Uthera Doula. Wystarczy stanąć na pokładzie „Wielkiego Wschodniego” i zaczekać, aż w końcu się pojawi. Kipiało w niej od pretensji i urazy. Nie mogła uwierzyć, że ją tak porzucił.
Kiedy do niego podeszła, spojrzał na nią ale bez odrazy, której się obawiała. Bez wrogości, bez zainteresowania, bez jakichkolwiek emocji czy choćby oznak rozpoznania. Po prostu spojrzał.
Wyprostowała plecy. Włosy znowu zaczęła wiązać z tyłu i wiedziała, że wyraz tępego bólu stopniowo znika z jej twarzy. Nadal poruszała się sztywno, ale od chłosty upłynęły już dwa tygodnie i było już znacznie lepiej.
– Chcę się zobaczyć z Fennekiem – powiedziała, nie przywitawszy się z Doulem.
Uther wpadł w krótki namysł, po czym skinął głową.
– Dobrze.
Chociaż osiągnęła swój cel, znienawidziła za to Doula, bo wiedziała, dlaczego się zgodził: nie mogła powiedzieć Fennecowi niczego, co mogłoby zaszkodzić Armadzie. Zgrała już wszystkie swoje karty i nie stanowiła żadnego zagrożenia.
Bellis była teraz osobą pozbawioną znaczenia, więc można było sobie pozwolić na pobłażliwość wobec niej.
Odebrano mu płetwę maga, ale widać było na pierwszy rzut oka, że Niszczukowody nadal boją się Silasa Fenneca. Na korytarzu prowadzącym do jego celi mrowiło się od strażników. Ponieważ znajdowali się poniżej linii wodnej, wszystkie drzwi wymieniono na wodoszczelne.
Pod drzwiami celi Fenneca siedzieli mężczyzna i kobieta, pochyleni nad jakąś ezoteryczną maszyną. Bellis poczuła na skórze suche wyładowania taumaturgiczne.
Cela była duża, z kilkoma iluminatorami, za którymi falowała ciemna woda. W wyodrębnionej żelaznymi kratami części pomieszczenia, pozbawionej okien i drzwi, Silas Fennec siedział na drewniani ławie i patrzył na Bellis.
Ogarnęła go wzrokiem i w jej głowie wyświetliła się szybka sekwencja związanych z nim obrazów – wspólnie spędzany czas, przyjazny, oziębły, erotyczny, potajemny. Wykrzywiła usta na jego widok; poczuła w nich kwaśny smak.
Był chudy, w brudnym ubraniu. Nie uciekł ze wzrokiem. Przeżyła wstrząs: prawe ramię Fenneca kończyło się ciasno zabandażowanym nadgarstkiem. Zobaczył, że Bellis zauważyła jego kalectwo i skrzywił się mimo woli.
Westchnął i spojrzał na nią zaczepnie.
– Co tu robisz? – spytał z posępną wrogością. Zamiast odpowiedzieć, Bellis rozglądnęła się po celi. Zobaczyła zmięte ubrania, papier, węgiel drzewny, znany jej gruby notatnik. Żelazne pręty krat były poowijane kablami, które wychodziły po drzwiami na korytarz. – Podłączone do tych maszyn – wyjaśnił zmęczonym tonem, zauważywszy tor jej wzroku. – To jest dławik. Powąchaj powietrze. Można to nawet usłyszeć. Zabija taumaturgony. Żadne zaklęcie tu nie zadziała. – Wciągnął powietrze przez nos i uśmiechnął się bez entuzjazmu. – Wszystko na wypadek, gdybym miał jakiś tajny plan. Powiedziałem im, że znam ze trzy niegroźne zaklęcia, które i tak by mnie stąd nie wydostały, ale nie uwierzyli mi, wyobrażasz sobie? – Fennec miał rozpiętą koszulę. Bellis zauważyła, że jego skóra wygląda dziwnie, martwiczo, roi się na niej od zgrubień jak u istot ziemnowodnych i pulsuje. Fennec zapiął koszulę. Zrobiła wielkie oczy, odwróciła się i zaczęła przechadzać po celi. – Proszę cię, nie – powiedział nagle Fennec niemal życzliwym tonem.
– Co „nie”, do cholery? – spytała Bellis i ucieszyła się, że jej głos zabrzmiał zimno.
Przeszył ją znaczącym spojrzeniem, które zagotowało w niej krew.
– Nie rób tego – mówił. – Nie przychodź tutaj. Nie pytaj mnie o nic. Po co tu jesteś, Bellis? Nie po to, żeby się na mnie wydrzeć. To nie w twoim stylu. Nie zbluzgasz mnie. Złapali mnie… I co z tego? Ciebie też, kurwa, złapali. Jak plecy? – Wprawiło ją to w takie osłupienie, że przez moment nie mogła oddychać. Zamrugała, bo obraz jej się rozmazał. Fennec patrzył na nią bez jakiegoś szczególnego okrucieństwa czy złośliwości. – Niczego się ode mnie nie dowiesz, Bellis – zakomunikował jej niezmienionym głosem. – Nic ci z tego nie przyjdzie. Nie przeżyjesz katharsis i nie poczujesz się lepiej po wyjściu stąd. Tak, okłamałem cię, wykorzystałem cię. Razem z mnóstwem innych ludzi. Nie miałem żadnych rozterek. Zrobiłbym to jeszcze raz. Chciałem wrócić do kraju. Gdybyś była pod ręką i mógłbym cię bez problemu zabrać, to bym cię zabrał, ale tylko pod takimi warunkami. Bellis… – Pochylił się i potarł kikut dłoni. – Nie poczuwam się do żadnej winy. – Pokręcił powoli głową bez śladu zakłopotania. Bellis dygotała z nienawiści. Miał rację, że nie powiedział jej prawdy o swoich planach: nie pomogłaby mu, mimo że rozpaczliwie pragnęła wrócić do domu. – W żaden sposób cię nie wyróżniłem. Potraktowałem cię tak samo jak wszystkich innych. Nie myślałem o tobie ani więcej, ani mniej. Jedyna różnica jest taka, że tylko ty do mnie przyszłaś. I uważasz, że to ma sens. Że musimy, nie wiem… Wszystko sobie wyjaśnić? – Silas Fennec, prokurent Nowego Crobuzon, pokręcił współczująco głową. – Nie ma niczego do wyjaśniania, Bellis. Idź stąd. – Położył się i wbił wzrok w sufit. – Idź stąd. Chciałem wrócić do kraju i byłaś mi do tego potrzebna. Wiesz, co zrobiłem i wiesz, dlaczego to zrobiłem. Nie ma żadnej tajemnicy do rozwikłania ani wspólnej rezolucji do uchwalenia. Idź stąd.