Выбрать главу

Bellis została jeszcze kilka chwil, ale zdołała wyjść, zanim znowu się odezwała. Powiedziała wszystkiego cztery słowa. W żołądku się jej kotłowało od intensywnego uczucia, którego nie umiała nazwać.

„Nie zabiją go” – pomyślała ponuro. „Nawet go nie ukarzą. Nawet go nie wychłostają. Jest dla nich zbyt cenny i za bardzo się go boją. Sądzą, że mogą się czegoś od niego nauczyć i wydobyć z niego jakieś informacje. Może się nie mylą”.

Wychodząc, musiała sama przed sobą przyznać, że Fennec w co najmniej jednej sprawie miał rację.

Wcale nie poczuła się lepiej.

Bellis z zaskoczeniem odkryła, że Johannes pozostał w jej życiu. Swego czasu odnosiła wrażenie, że jest nią zniesmaczony i nie ma ochoty się z nią widywać.

Nadal uważała go za człowieka pozbawionego kręgosłupa. Mimo że jej lojalność wobec Nowego Crobuzon była zjawiskiem dziwnym i nieuporządkowanym, nie umiała myśleć o Johannesie inaczej jak o renegacie. Tempo jego aklimatyzacji na Armadzie wzbudziło w niej odrazę.

Teraz w jego zachowaniu było jednak coś błagalnego. Skwapliwość, z jaką chciał odnowić przyjaźń, wydawała się jej trochę żałosna. Ale chociaż starała się spędzać jak najwięcej czasu z Carrianne, którą bardzo lubiła za jej obrazoburstwo i ciepło – a ta nie przepadała za Johannesem, Bellis od czasu do czasu pozwalała mu pobyć trochę u siebie. Budził w niej litość.

Kiedy awank został schwytany i zaprzęgnięty, a ekipa Tintinnabuluma odpłynęła, Johannes nie miał nic więcej do roboty. Chociaż tak bardzo się zasłużył, teraz został odstawiony na boczny tor. Krüach Aum współpracował obecnie z taumaturgami Kochanków i Utherem Doulem, wprowadzony w nowy, wewnętrzny krąg, który miał za zadanie zgłębiać tajniki eksploatacji możliwości. Jak podejrzewała Bellis, Johannes zdawał sobie sprawę, że ma przed sobą wiele lat życia jako jeniec Armady.

Należał wprawdzie do grupy pilotującej awanka, która zajmowała się zliczaniem przepłyniętych mil morskich, szacowaniem biomasy na danym obszarze i przewidywaniem taumaturgicznych przepływów, ale z reguły musiał wymyślać sobie robotę. Po pijanemu skarżył się, że wyciśnięto go jak gąbkę i wyrzucono do śmieci. Bellis i Carrianne szydziły z Johannesa za jego alkoholicznymi plecami.

Johannes ostrożnie wyrażał wątpliwości co do trajektorii Armady, co do pomysłu wypuszczenia się na wody Ukrytego Oceanu. Bellis była mile zaskoczona, że również w tych kręgach wyprawa Kochanków nie cieszy się absolutnym poparciem. Między innymi dlatego zgadzała się na wizyty Johannesa.

Tchórzliwość nie pozwalała mu przyznać się do tego, ale chciał, żeby zawrócili, podobnie jak Bellis. Im bardziej zagłębiali się na niezbadane wody Ukrytego Oceanu, tym częściej Bellis się przekonywała, z przebłyskami nieoczekiwanej nadziei, że ona i Johannes nie są w tym odosobnieni.

Dezercja Hedrigalla była raną która nie chciała się zagoić.

Armada płynęła teraz po wodach, które nie przestrzegały żadnych praw znanych oceanologom. Obywatele miasta, w których nie wygasło jeszcze patriotyczne uniesienie wywołane wojennym zwyciężeni i retoryką najwybitniejszych przywódców w dziejach Niszczukowód, zapewne potraktowaliby to jako przygodę albo przeznaczenie sądzone przez bogów, ale potem lojalny, godzien najwyższego zaufania Hedrigall uciekł, co zupełnie zmieniło emocjonalne zabarwienie wyprawy.

„Arogancja” szybko znalazła następcę. Nad dzielnicą zawisł inny statek powietrzny, który obserwował horyzont. Był jednak mniejszy a przede wszystkim znacznie niższy, co zredukowało zasięg widzenia. Wywołało to negatywne skutki psychologiczne, nawet u lojalnych obywateli.

– Co ten Hedrigall zobaczył? – mruczeli. – Co on zobaczył?

Miasto sunęło do przodu pchane własną dynamiką. Nikt nie opowiadał się publicznie za zawróceniem. Nawet ci, których przywódcy nie zaakceptowali planu Kochanków, skapitulowali albo wyrażali swoją krytykę wyłącznie w okolicznościach prywatnych. Nad wszystkimi unosiło się jednak dysydenckie widmo Hedrigalla i towarzyszący początkom podróży nastrój triumfalnego entuzjazmu ulotnił się bezpowrotnie.

Tanner i Szekel nadawali imiona stworzeniom, które widzieli pod wodą: biegbiegacze, tańczące muchy, żółtogłowy.

Patrzyli, jak armadyjscy przyrodnicy prowadzą podwodne badania, łapią niektóre z osobliwych zwierząt w sieci, lecz trzymają się na dystans od wielkich żółtogłowów o spłaszczonych łbach, heliotypując je nieporęcznymi podwodnymi aparatami wyposażonymi w fosforyzujące flary.

Ławice ryb śmigały między rurami i kadłubami, które sterczały w dole jak korzenie. Mieszały się z bardziej rozpoznawalnymi gatunkami – nawet w Ukrytym Oceanie żyły witlinki i różne gatunki rybek przynętowych – zjadały je lub były przez nie zjadane.

Tanner dał nura i podrażnił mackami dwa osobniki wielkości dłoni. Szekel patrzył z góry na blizny przyjaciela.

Coraz głębiej i głębiej w to morze.

Nocą rozlegały się dziwne dźwięki: wołania godowe niewidocznych zwierząt obdarzonych głosem byka. Zdarzały się dni, kiedy nawet najbardziej zahartowani i dociekliwi nurkowie nie pływali, a ludzie-ryby chowali się w małych „piwnicach” miasta. Wody Ukrytego Oceanu były niebezpieczne. Armadzie zagrażały takie zjawiska jak wrzące prądy, tereny łowieckie piasów czy żywe wiry, które drapieżnie okrążały miasto, ale trzymały się na dystans.

W bezksiężycowych ciemnościach pod wodą migotały światełka, niby bioluminescencja stukrotnie powiększonych stworzeń z oceanicznych głębin. Bywało, że chmury nad miastem przemieszczały się znacznie szybciej, niż wynosiła prędkość wiatru. Pewnego dnia, kiedy powietrze było suche jak elyktryczność, za sterburtą miasta pojawiły się jakieś kształty, jakby małe wysepki. Były to tratwy nieznanego zielska, wielkie zbrylenia zmutowanego morszczynu, które nagle się oddaliły, poruszane jakąś własną siłą napędową.

W każdym okręgu Armady, czy to w slumsach, czy to w najokazalszych miejskich pałacach, panowało napięcie, atmosfera neurotycznego wyczekiwania. Ludzie źle spali. Bellis pobladła, kiedy to się zaczęło, bo przypomniała sobie plagę nocnych koszmarów, która spadła na Nowe Crobuzon i doprowadziła do jej wygnania z miasta. „Z jednej epidemii chorych nocy w drugą” – pomyślała po kilku ciężkich godzinach bezsenności.

W niektóre z tych smętnych nocy Bellis chodziła na „Wielki Wschodni”, aby poobserwować podróż miasta po tajemniczych morzach. Patrzyła na bezkres wód, aż w końcu, przytłoczona ich ogromem, uciekała w głąb wielkiego statku, wiedziona wewnętrznym przymusem, którego nie rozumiała.

Labiryntem pustych korytarzy meandrowała ku zapomnianej strefie parowca, do kanciapki, którą pokazał jej Doul. Tam zaś, zmieszana i wzburzona, wsłuchiwała się w odgłosy kopulacji i sypialniane rozmowy Kochanków.

Nawyk ten obrzydzał ją, ale nie umiała się oprzeć poczuciu zakulisowej władzy, którą jej to dawało. „Mój mały bunt, mój mały eskapizm. Ktoś was podsłuchuje, a wy o tym nie wiecie” – myślała, słuchając, jak Kochankowie mruczą do siebie mokro i obściskują się z zapamiętaniem, które wciąż ją przerażało.

Nigdy nie uzyskała w ten sposób żadnych sensacyjnych informacji. Kochankowie nie rozmawiali o ważnych sprawach, a wyłącznie kotłowali się, leżeli obok siebie i szeptali fetyszystyczne zaklęcia. Kochanka z nocy na noc brzmiała coraz bardziej gorączkowo i brutalnie, natomiast Kochanek poniżał się przed nią pragnąć się w niej zatracić.