Żyły wyszły mu na wierzch z wściekłości, kiedy Kochankowie i prowadzony przez strażników Hedrigall weszli do środka. Uther Doul nie odejmował wzroku od onieśmielonej Bellis. – To mój kumpel! – powtórzył Tanner. – Tak nie może być! Mam prawo usłyszeć, co on ma do powiedzenia…
W tym momencie stało się coś niezwykłego.
Spojrzenia Doula i Bellis nadal się krzyżowały i kiedy Tanner powoływał się na swoje kumpelskie prawa, oczy Doula drgnęły gwałtownie i otworzyły się szeroko ze zgoła erotyczną pasją. Osłupiała Bellis patrzyła, jak jego głowa pochyla się o ułamek centymetra, jakby zapraszająco lub potwierdzająco.
Doul patrzył na nią jeszcze wtedy, gdy szedł tyłem w stronę drzwi, tuż przed zniknięciem za nimi sugestywnie uniósł brwi.
„O bogowie”.
Bellis czuła się tak, jakby ktoś jej przyłożył w splot słoneczny.
Spłynęła na nią wielka fala olśnienia: z osłupieniem przeniknęła niezliczone warstwy oplatających ją manipulacji, wykorzystywana, wymanewrowana, wyzyskiwana, wspierana i zdradzona.
Nadal nie rozumiała prawie nic z tego, co się wokół niej działo, co robiono, co zaplanowano, a co stało się w sposób przypadkowy.
Ale pewne rzeczy wiedziała, nagle i z pokorą.
Wymagało ogromu wysiłku i planowania, żeby akurat w tej chwili ściągnąć ją akurat w to miejsce i dać jej możliwość wysłuchania akurat tych słów. Wszystko zbiegało się w tym punkcie; wszystko krystalizowało się i nabierało jasności.
Zdumiona i pełna podziwu, mimo gniewu i upokorzenia, że sterują nią jak marionetką, Bellis skłoniła głowę i zaczęła się wewnętrznie przygotowywać, wiedząc, że ma jeszcze jedno zadanie do wykonania, jeszcze jedną zmianę do przeprowadzenia. Wiedziała, że nie będzie gardziła sobą za swoją żądzę zemsty i że nie uchyli się od tego zadania.
– Tanner – powiedziała do nurka, który wściekał się i przeklinał, perorował z furią, usiłował przekrzyczeć większość, która mówiła mu, że przesadza, że Kochankowie wiedzą, co robią. Urwał i spojrzał na nią ze złością i zdziwieniem. Przywołała go palcem. – Tanner – szepnęła, żeby tylko on ją usłyszał. – Zgadzam się z tobą. Moim zdaniem masz wszelkie prawo usłyszeć, co powie Hedrigall w mieszkaniu Kochanków. Chodź ze mną.
Nietrudno było znaleźć drogę przez puste korytarze „Wielkiego Wschodniego”. Lojalni strażnicy obstawili tylko przejścia do mieszkania Kochanków, a Tanner i Bellis zmierzali gdzie indziej.
Prowadziła go trasą, której nauczyła się na pamięć podczas tygodni folgowania swojej – nie było na to innego słowa – perwersji.
Mijali magazyny, maszynownie i zbrojownie. Szybko, ale bez przemykania jak złodzieje, schodzili coraz niżej, na słabo oświetlone dolne pokłady.
Nie wiedząc o tym, Bellis przeszła z Tannerem niedaleko silników na skalne mleko, które wirowały, buczały i sypały iskrami, wciąż poganiając awanka.
Wreszcie, w ciemnym i wąskim przejściu, gdzie zamiast starej tapety, heliotypów i rycin ściany zdobiły węźlaste rury rozwidlające się jak żyłki, Bellis odwróciła się do Tannera i skinęła na niego, żeby wszedł do małego pomieszczenia. Kiedy oboje byli już w środku, przytknęła palec do ust.
Tanner rozglądał się dokoła, patrzył to na sufit – jak ona niegdyś – to na Bellis.
Dźwięk otwierania się i zamykania drzwi na górze był tak głośny i wyraźny, że Tanner gwałtownie zesztywniał. Bellis nigdy nie widziała pomieszczenia, które mieli nad głowami, ale doskonale znała jego akustykę. Wiedziała, gdzie zlokalizowane są krzesła, stoły, łóżko. Wodziła wzrokiem za krokami czterech osób – lekkimi, cięższymi, cięższymi oraz potężnymi i powolnymi – tak jakby wskroś sufito-podłogi widziała Kochankę, Kochanka, Doula i Hedrigalla.
Tanner pobiegł za nią wzrokiem i wybałuszył oczy. Osoby na górze dało się dokładnie umiejscowić: jedna przy drzwiach, dwie w pobliżu łóżka, teraz zagłębiają się w fotele, jedna, ta wielka, chodzi tam i z powrotem pod przeciwległą ścianą nogi się sczepiają jak to u zaspanych lub zmęczonych ludzi-kaktusów, ciężar napiera na drewno.
– Mów, Hedrigallu – rozkazał srogo Uther Doul, którego głos docierał do nich zaskakująco wyraźnie. – Powiedz nam, dlaczego uciekłeś. I w jaki sposób trafiłeś tutaj z powrotem.
– O bogowie – był to głos osoby psychicznie wykończonej i zdruzgotanej, niezbyt podobny do głosu Hedrigalla. Tanner pokręcił głową ze zdumienia. – O bogowie, bogowie kochani, nie zaczynajcie od nowa! – skomlił płaczliwym głosem. – Nie rozumiem, co wy do mnie mówicie. Nigdy w życiu nie uciekłem z Armady. Nigdy bym tego nie zrobił. Kto wy jesteście? – wrzasnął znienacka. – Co wy jesteście? Czy ja jestem w piekle? Widziałem, jak umieracie…
– Co się z nim stało? – szepnął przerażony Tanner.
– Pierdolisz od rzeczy, Hedrigall, ty zdrajco zasrany! – wykrzyknął Kochanek. – Spójrz na mnie, ty psie! Bałeś się, co? Srałeś w portki, dlatego potajemnie wyremontowałeś „Arogancję” i bryknąłeś. A teraz mów, dokąd poleciałeś i jak tu wróciłeś?
– Nie zdradziłem Armady! – odparł Hedrigall. – Nigdy bym nie zdradził! Na Crooma, co ja robię, kłócę się z trupem! Kto ty jesteś? Widziałem, jak wszyscy zginęliście.
Mówił jak człowiek obłąkany ze strachu lub szoku.
– Kiedy, Hedrigallu? – spytał Doul ostrym, groźnym głosem. – I gdzie? Gdzie zginęliśmy?
Chociaż wyszeptana odpowiedź Hedrigalla nie zaskoczyła Bellis, ciarki ją przeszły. Skinęła głową.
– Blizna.
Uspokoiwszy Hedrigalla, Uther Doul i Kochankowie zaczęli się po cichu naradzać na drugim końcu pokoju.
– …obłąkany… – powiedział Kochanek -…albo… dziwne…
– Musimy wiedzieć. – To był głos Doula. – Jeśli nie zwariował, to jest niebezpiecznym kłamcą.
– To nie ma sensu – zdenerwował się Kochanek. – Po co miałby nas okłamywać?
– Albo jest kłamcą, albo…
Tanner i Bellis nie potrafili stwierdzić, czy Kochanka dokończyła swoją myśl ciszej, czy też ją urwała.
– Jak to się stało?
– Od ponad miesiąca byliśmy na Ukrytym Oceanie. – Upłynęło wiele minut. Hedrigall milczał, a Kochankowie debatowali tak cicho, że Bellis i Tanner przestali ich słyszeć. Nagle Hedrigall odezwał się nieproszony, głosem tak cichym i matowym, jakby był naćpany. Kochankowie i Uther Doul czekali. Hedrigall mówił tak, jakby wiedział, co pragną usłyszeć. Nie przerywali mu. Mówił z nienaturalnym wdziękiem, z elokwencją zawodowego bajarza, ale jego głos był podszyty wahaniem i traumą, która budziła grozę. Hedrigall co jakiś czas potykał się, urywał, panicznie zaczerpywał tchu. Ale mówił długo. Publiczność, ta na górze i ta pod podłogą, słuchała go w milczeniu i z wytężoną uwagą. – Od ponad miesiąca byliśmy na Ukrytym Oceanie.
Rozdział czterdziesty szósty
– Od ponad miesiąca byliśmy na Ukrytym Oceanie… i morze ogarnął chaos. Nie dało się wyznaczyć kursu, nie dało się utrzymać strzałki kompasu w jednej pozycji, nie dało się nawigować. Każdego dnia patrzyłem w dal z pokładu „Arogancji”, wypatrując Blizny, Pękniętej Ziemi czy czegoś innego. Nie było nic. Wy pchaliście się dalej. Przekonywaliście nas, mobilizowaliście. Mówiliście nam, że kiedy dotrzemy do Blizny, będziemy mieli pod swoją kontrolą potężne moce. Nie będę udawał, że nie było opozycji. Im dłużej płynęliśmy, tym ludzie bardziej się bali. I zaczęli szeptać, że może Brucolac miał rację, wszczynając bunt. Że może nie należało porywać się na tę awanturę, tylko żyć jak dawniej. Przychodzili do was… przychodziliśmy do was i prosiliśmy, żebyście zawrócili. Mówiliśmy, że byliśmy zadowoleni z tego, jak nam się wcześniej żyło. Że nie jest nam to do niczego potrzebne, że już stało się wiele złego i boimy się, że czekają nas jeszcze gorsze rzeczy. Niektórych z nas dręczyły okropne koszmary. W mieście wyczuwało się ogromne napięcie. Jak u kota, którego futro sypie iskrami. Prosiliśmy was, żebyście zawrócili. Zanim będzie za późno. Baliśmy się. Nie wiem, jak wam się to udało, ale ludzie na razie byli, nie powiem zadowoleni, nie powiem napaleni, ale na pewno posłuszni. Czekaliśmy i mimo strachu pozwalaliśmy wam ciągnąć się w nieznane.