Siedziała tam godzinami i metodycznie kodowała. Ustawiała książki napisane typami pisma, których nie umiała przeczytać, ewidencjonowała inne tomy na kartach bibliotecznych. Katalogowała je alfabetycznie – alfabet języka salt był prawie identyczny z ragamollskim – według autora, tytułu, języka, dziedziny i tematu.
Niedługo przed przerwą na lunch Bellis usłyszała kroki. „Pewnie Szekel” – pomyślała. Był jedyną osobą z „Terpsychorii”, z którą się widywała i z którą rozmawiała. Uśmiechnęła się na myśl o tym: Bellis Coldwine skumplowana z chłopcem okrętowym. Przed dwoma tygodniami wparował do niej dumnie, po nastoletniemu rozgorączkowany, przejęty pirackim abordażem i nową sytuacją.
Ktoś mu powiedział, że „groźna, wyniosła pani w czerni, z sinymi ustami”, pracuje w bibliotece, wyjaśnił jej. Mówiąc to, uśmiechał się od ucha do ucha, a ona odwróciła wzrok, aby nie widział, że ją również to bawi.
Jego środki do życia pochodziły z rozmaitych, niejasnych źródeł. Mieszkał z prze-tworzonym z „Terpsychorii”. Bellis zaproponowała mu miedzianą flagę w zamian za pomoc w przenoszeniu książek i Szekel się zgodził. Od tego czasu przyszedł kilka razy, trochę popracował, opowiadał jej o Armadzie i rozproszonych rozbitkach z ich statku.
Dużo się od niego dowiadywała.
Ale tym razem wąskim korytarzem zbliżał się do niej nie Szekel, tylko speszony, uśmiechnięty pytająco Johannes Tearfly.
Z pewnym zażenowaniem przypomniała sobie później, że wstała na jego widok – „z okrzykiem radości emocjonalnego dziecka, na litość bogów!” – i zarzuciła mu ramiona na szyję.
Johannes przytulił ją, uśmiechając się z nieśmiałą serdecznością. Po długiej chwili splecionego powitania rozstąpili się i spojrzeli na siebie nawzajem.
Powiedział jej, że wcześniej nie miał okazji się wyrwać. Spytała, jak mu się powodzi. Wysłano go do biblioteki i zaryzykował poszukanie jej. Ponowiła pytanie: „Ale co robisz, do licha?”. Odparł, że nie może jej powiedzieć, że musi już iść, o mało nie tupnęła ze złości, ale on mówił: „zaczekaj, zaczekaj”, miał teraz więcej wolnego czasu, niechże Bellis chwilę posłucha.
– Jeśli jesteś wolna jutro wieczór, zabrałbym cię na kolację. W prawoburtowej części Niszczukowód, na „Zaplecionym Języku”, jest lokal o nazwie „Czas Niezrealizowany”. Znasz go?
– Znajdę – odrzekła.
– Mógłbym po ciebie przyjść…
– Znajdę.
Uśmiechnął się do niej z zaskoczoną przyjemnością którą zapamiętała. „Jeśli jesteś wolna, dobre sobie!” – pomyślała z przekąsem. „Czy on naprawdę uważa… Czy to możliwe?”. Nagle ogarnęła ją niepewność, prawie strach. „Czy inni chodzą gdzieś co wieczór? Czy jestem sama na wygnaniu? Czy pasażerowie»Terpsychorii«co wieczór urządzają sobie hulanki w swojej nowej ojczyźnie?
Kiedy wychodziła wieczorem z biblioteki, ciasne dzielnice i wąskie uliczki Armady przytłaczały ją, ale skoro podniosła wzrok i spojrzała w dal, Wezbrany Ocean przygniótł ją niby granit i zaparło jej dech. Nie mogła uwierzyć, że masa wody i powietrza nad Armadą nie zatopi jej, nie unicestwi w jednej chwili. Policzyła monety, które miała przy sobie, i podeszła do kierowcy podniebnej taksówki, który napełniał bak swego sterowca w hangarze na „Aronnax Lab”.
Zachwiała się w gondoli, która buczała spokojnie trzy metry nad najwyższym pokładem. Bellis widziała, jak obrzeża miasta podskakują chaotycznie, poruszają się pomalutku z rozmaitymi prądami. Oto odległy las nawiedzanej dzielnicy. Arena. Warownia Brucolaca.
A w centrum Niszczukowód niezwykłe zjawisko, na które Bellis nie mogła się napatrzeć – źródło siły dzielnicy. Coś dominującego nad okolicą: największy statek w mieście, największy statek, jaki Bellis w życiu widziała.
Prawie dwieście siedemdziesiąt metrów żelaza. Pięć gigantycznych kominów i sześć masztów odartych z brezentu, wysokich na ponad sześćdziesiąt metrów. W górze zacumowany olbrzymi sterowiec-kaleka. Z każdej burty statku wielkie koło łopatkowe, niby industrialna rzeźba. Pokłady, wolne od chaotycznej zabudowy szpecącej inne statki, zdawały się prawie nagie. Warownia Kochanków, niby wyrzucony na brzeg tytan: „Wielki Wschodni”, kołysząca się ascetycznie pośród manierystycznej architektury Armady.
– Zmieniłam plany – powiedziała nagle Bellis. – Proszę mnie nie zawozić na „Chromolit”.
Skierowała pilota w kierunku rufa-rufa-sterburta – punktem odniesienia dla całego miasta był gigantyczny „Wielki Wschodni”.
Taksówkarz delikatnie pociągnął za ster, spojrzała w dół na mieszkańców. Powietrze rozstępowało się, kiedy aeronauta brnął między takielunkiem i masztami sterczącymi wokół nich ku niebu nad Armadą. Przy wieżach Bellis widziała miejskie ptaki: mewy gołębie i papugi. Wysiadywały jaja na dachach i w bocianich gniazdach, obok innych istnień.
Słońce zaszło i miasto migotało. Bellis poczuła przypływ melancholii, kiedy mijała obsypany światełkami takielunek w tak niewielkiej odległości, że mogła za niego chwycić. Zobaczyła miejsce, do którego zmierzała: aleja św. Carcheriego na parowcu „Serce Glomara”. Była to wystawna w kiczowatym stylu promenada z kolorowymi latarniami ulicznymi, sękatymi rdzawnikami i pokrytymi stiukiem fasadami. Kiedy gondola zaczęła opadać, Bellis wbiła wzrok w mniej okazały, ciemniejszy kształt za terenami parkowymi.
Sto dwadzieścia metrów dalej, mieniąc się nieczystościami, stała wieża zbudowana ze splątanych dźwigarów, sięgająca pułapu lotu sterowców i buchająca ogniem. Masywne betonowe cielsko na czterech nogach podobnych do porozłupywanych słupów wyrastało z zabrudzonego morza. Ciemne żurawie poruszały się bez widocznego celu.
Konstrukcja była monstrualna, imponująca, brzydka i zatrważająca. Bellis siedziała w opadającym aerostacie i nie odrywała wzroku od „Sorgo”, ukradzionej platformy wiertniczej, będącej własnością Nowego Crobuzon.
Rozdział siódmy
Przez cały następny dzień padało bezlitośnie, twarde, szare krople przypominały odłamki krzemienia.
Przekupnie ucichli. Dokonywano bardzo niewielu transakcji. Schodnie i pomosty Armady były śliskie. Zdarzały się wypadki: pijani albo nieporadni wpadali do zimnego morza.
Miejskie małpy siedziały przygnębione pod markizami i kłóciły się. To żarłoczne plemię szkodników buszowało po mieście, toczyło walki, rywalizowało ze sobą o resztki jedzenia i terytorium, poruszało się brachiacyjnie pod mostami i śmigało po takielunku. Nie były to jedyne zwierzęta żyjące dziko na Armadzie, ale ze wszystkich padlinożerców to im najlepiej się powodziło. Teraz siedziały skulone w zimnym, wilgotnym powietrzu i bez entuzjazmu iskały się nawzajem.
W półmroku Biblioteki Wielkiego Mechanizmu tabliczki z napisem „Prosimy o ciszę” wyglądały śmiesznie na tle perkusji deszczu.
Krwiorogi w dzielnicy Alozowice rozbrzmiały smętnie, jak zawsze w sytuacji, kiedy padało rzęsiście i strupodzieje powiedzieli, że niebo krwawi. Woda chlustała o pokład „Uroca”, okrętu flagowego Pragnieniowic. Ciemna i gnijąca tkanka nawiedzanego okręgu okrywała się pleśnią i jątrzyła paskudnie. Mieszkańcy sąsiedniego okręgu Tobietwój jak zawsze pokazywali w stronę budynków opuszczonej dzielnicy i ostrzegali, że gdzieś w środku lata upiór.