Выбрать главу

Odbyły się kolejne walki strupodziejów, wszystkie nacechowane tym głównie skarlałym barbarzyństwem. Można było podziwiać różne wzory strupowych zbroi, różne style walki, aczkolwiek wszystkie mieszczące się w teatralnej estetyce ruchu i ostentacji mortu crutt. A potem ludzie, kaktusy i wszystkie lądowe rasy reprezentowane Armadzie dawały pokazy walki tupanej.

Zawodnicy posługiwali się nasadą pięści, jakby walili w stół – ten nosił nazwę młotkowego. Kopali nie z podbicia, tylko podeszwą, jakby tupali, stąd nazwa walki. Wirowali, ciągnęli, podkładali nogę i popychali, poruszając się szybkimi, zarazem szarpanymi i płynnymi ruchami.

Bellis patrzyła na kolejne złamane nosy, sińce i utraty przytomności. Wszystkie potyczki zlały się w jedną. Próbowała dostrzec w tym wszystkim użyteczną wiedzę, próbowała przyswajać sobie to, co widzi, wyczuwając, że tak właśnie postępuje Silas.

O krawędź sceny uderzały drobne fale. „Kiedy to się skończy?” – pomyślała.

Gdzieś na widowni rozległ się rytmiczny, dudniący dźwięk.

Z początku był to szept, powtarzający się pomruk, który tętnił w tle szmeru widowni. Z czasem nabrał jednak mocy, stał się głośniejszy i bardziej natarczywy, ludzie zaczęli patrzeć wokół siebie, uśmiechać się i z rosnącym podnieceniem dodawać swoje głosy do tego hałasu.

– Tak – powiedział Silas, przeciągając to słowo z pozbawionym skrupułów zachwytem. – Nareszcie. To chciałem zobaczyć.

Z początku Bellis miała wrażenie, jakby źródłem tego dźwięku były mówiące bębny. A potem usłyszała je jako okrzyk: „Och, och, och!”. Idealnie rytmiczny, z towarzyszeniem klaskania i tupania.

Dopiero kiedy gorączka rozlała się na jej łódź, Bellis zdała sobie sprawę, że to jest słowo.

– Doul – dobiegało ją zewsząd. – Doul. Doul. Doul. Imię.

– Co oni mówią? – syknęła do Silasa.

– Wywołują kogoś – powiedział, wodząc wzrokiem po okolicy. – Chcą popisowej walki. Domagają się występu Uthera Doula. – Obdarzył ją szybkim, zimnym uśmiechem. – Poznasz go, kiedy go zobaczysz. – Po chwili perkusyjne skandowanie imienia przeszło w wiwaty i aplauz, ekstatyczną falę, która jeszcze bardziej się wypiętrzyła, kiedy jeden z małych sterowców przywiązanych do olinowania rzucił cumy i powoli przybliżył się do sceny. Namalowany był na nim herb Niszczukowód, parowiec na tle czerwonego księżyca. Gondola była z polerowanego drewna. – To pojazd Kochanków – wyjaśnił Silas. – Na chwilę oddają ludowi swego człowieka od specjalnych poruczeń, w kolejnym „spontanicznym” odruchu. Wiedziałem, że się nie oprze.

Z unoszącego się prawie dwadzieścia metrów nad areną statku powietrznego opadła lina. Wrzaski widzów przerosły wszystko. Niezwykle szybko i sprawnie na zachlapane krwią boisko do walki spuścił się po linie mężczyzna.

Stanął na scenie bez butów, z nagą piersią, mając na sobie tylko skórzane bryczesy. Z ramionami przy bokach powoli obrócił się wokół własnej osi, żeby przyjrzeć się widzom, a ich emocje sięgnęły zenitu. Kiedy jego wzrok ślizgał się po Bellis, chwyciła mocno za barierkę i zaparło jej dech. Rozpoznała krótko przystrzyżonego mężczyznę, szarego rycerza, mordercę, który zdobył „Terpsychorię”.

Nie wiadomo, czym namówiono do walki z nim gromadkę mężczyzn.

Doul – smętnolicy zabójca kapitana Myzovica – nie ruszał się, nie rozciągał, nie podskakiwał, nie napinał mięśni, tylko stał i czekał.

Czterej przeciwnicy przyczaili się nerwowo na skraju areny. Mobilizowani entuzjazmem, okrzykami i rykiem widowni, przystąpili do omawiania taktyki.

Na twarzy Doula nie było widać absolutnie żadnych emocji. Kiedy jego rywale rozstawili się naprzeciwko niego, powoli przyjął postawę do walki tupanej – ramiona nieznacznie uniesione, kolana ugięte. Wyglądał na zupełnie spokojnego.

Przez pierwsze brutalne, zaskakujące sekundy Bellis nawet nie oddychała. Zacisnęła mocno usta i nakryła je dłonią. Potem wraz z resztą widowni raz po raz prychała ze zdumienia.

Uther Doul zdawał się funkcjonować w innym czasie. Tak jakby przybył do świata bardziej topornego i ślamazarnego niż jego własny. Mimo potężnej postury poruszał się z taką prędkością, że wyglądało to, jakby grawitacja nie tylko nie przeszkadzała mu, a nawet przyspieszała jego ruchy. Nic w nich się nie marnowało. Kiedy przechodził od tupnięcia przez młotkowy do gardy, jego kończyny płynnie przybierały nową pozycję, a zmiana stanu odbywała się najkrótszą możliwą trasą jak w perfekcyjnie zaprojektowanej maszynie.

Doul plasnął otwartą dłonią jednego z mężczyzn, który padł jak długi. Potem odstąpił na bok, dwa razy kopnął drugiego z przeciwników w splot słoneczny i nie opuszczając nogi, sparował nią atak trzeciego. Obracał się i wypuszczał ciosy bez ozdobników, z brutalną precyzją bez trudu unieszkodliwiając rywali.

Ostatniego przyciągnął do siebie za ramię, pofrunął razem z nim w powietrze, wylądował okrakiem na jego plecach i unieruchomił go wykręcając mu ramię.

Po długiej chwili ciszy aplauz buchnął z widowni jak krew ze strupodzieja.

Bellis poczuła, że robi jej się zimno, i znowu wstrzymała oddech.

Powaleni mężczyźni podnieśli się albo zostali zwleczeni jak kłody ze sceny. Uther Doul stał i oddychał ciężko, ale rytmicznie, ramiona miał odrobinę odchylone od boków, grzbiety mięśni spływały mu potem i cudzą krwią.

– Strażnik Kochanków – powiedział Silas pośród entuzjastycznej wrzawy tłumu. – Uther Doul. Uczony, uchodźca, żołnierz. Ekspert od teorii potencjalności, historii Widmowców i walki. Strażnik Kochanków, ich zastępca, ich obrońca, zabójca i siłacz na ich usługach. Musiałaś to zobaczyć, Bellis. To jest przeszkoda na drodze naszej ucieczki.

Opuścili stadion i szli krętymi nocnymi uliczkami okręgu Tobietwój ku Alozowicom, Niszczukowodom i „Chromolitowi”.

Żadne z nich się nie odzywało.

Po zakończeniu walki Doula Bellis zobaczyła coś, co ją zbulwersowało i wystraszyło. Kiedy się odwrócił, z rozczapierzonymi szponami i naprężoną, unoszącą się i opadającą piersią, ujrzała jego twarz. Każdy jej mięsień był napięty, nadając jej wyraz drapieżnej dzikości, jakiej Bellis nigdy wcześniej nie widziała u człowieka.

Po chwili zwycięzca skinieniem głowy podziękował widowni i znowu wyglądał jak uprawiający kontemplację kapłan.

Bellis umiała sobie wyobrazić jakiś debilny, mistyczny kodeks wojownika, który destylowałby z walki przemoc i pozwalał bić się, czyniąc wojownika świętym. Umiała też wyobrazić sobie, że ktoś podłącza się do rezerwuaru barbarzyństwa, pozwalając, aby atawistyczna dzika agresja zawładnęła nim niby ucieczka w obłęd. Ale połączenie jednego i drugiego u Doula wprawiło ją w osłupienie.

Zastanawiała się nad tym później, leżąc w łóżku i słuchając popukiwania lekkiego deszczyku w dach. Doul przygotował się do walki i ochłonął po niej jak mnich, bił się jak maszyna i zdawał się przeżywać walkę niby drapieżna bestia. To napięcie przeraziło ją o wiele bardziej niż umiejętności bojowe, którymi zabłysnął. Tych można było się nauczyć.