Выбрать главу

– Wiesz kiedy? – spytała szeptem.

– Muszą zaczekać do cheta, żeby zebrać z pól broń. Więc może za pół roku. Trzeba się dowiedzieć, co planuje Armada, bo musimy wiedzieć, dokąd płyniemy z całym tym pieprzonym skalnym mlekiem. Ponieważ musimy zawiadomić Nowe Crobuzon.

– Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?

Silas roześmiał się głucho.

– Nie miałem pojęcia, komu mogę zaufać. Próbowałem się stąd wyrwać, znaleźć jakąś drogę ucieczki. Zajęło mi sporo czasu, zanim doszedłem do przekonania, że nie ma na to szans. Pomyślałem, że sam przekażę wiadomość do Nowego Crobuzon. Bo gdybyś mi nie uwierzyła? Albo okazała się szpiegiem? Gdybyś doniosła naszym pieprzonym nowym władcom…

– A może warto się właśnie nad tym zastanowić? – weszła mu w słowo. – Może by nam pomogli przekazać wiadomość…

– Zwariowałaś? – Silas patrzył na nią z przykrym niedowierzaniem. – Myślisz, że by nam pomogli? Guzik ich obchodzi, co się stanie z Nowym Crobuzon. A nawet by się ucieszyli z jego zniszczenia. Jeden rywal mniej na morzu. Myślisz, że pozwoliliby nam wyruszyć z odsieczą? Myślisz, że by się przejęli? Ci dranie przypuszczalnie wsadziliby nas do więzienia aż do czasu, kiedy grindylow wykonają swoją robotę. A poza tym widziałaś, jak oni traktują urzędników i przedstawicieli handlowych z Nowego Crobuzon. Przeszukaliby moje notatki, moje papiery, i wyszłoby na jaw, że jestem prokurentem rządu. Że pracuję dla Nowego Crobuzon. Wszechmocny Jabberze, Bellis, widziałaś, co zrobili z kapitanem. Jak myślisz, co zrobiliby ze mną? – Zapadła długa cisza. – Potrzebuję kogoś do współpracy. Nie mamy w tym mieście przyjaciół. Nie mamy sojuszników. Gdzieś tam, ponad półtora tysiąca kilometrów stąd nasza ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, a my nie możemy nikomu zaufać i poprosić go o pomoc. Jesteśmy zdani wyłącznie na siebie, przynajmniej jeśli chodzi o wysłanie ostrzeżenia do Nowego Crobuzon.

Przerwa w rozmowie przeszła w milczenie. Ciągnęła się coraz dłużej i dłużej, i była straszna, bo oboje wiedzieli, że trzeba ją wypełnić. Trzeba wymyślić jakiś plan.

Oboje próbowali. Bellis kilka razy otworzyła usta, ale słowa więzły jej w gardle z braku przekonania.

„Porwiemy jakąś łódź”, chciała powiedzieć, ale idiotyczność tego pomysłu zatkała ją. „Wymkniemy się we dwójkę w dingi. Przekradniemy się między łodziami strażniczymi i popłyniemy na wiosłach do domu”. Próbowała i to powiedzieć, próbowała nawet to myśleć z przekonaniem, i tylko prawie jęknęła z bezsilności.

„Ukradniemy statek powietrzny. Wszystko, czego nam potrzeba, to broń palna, gaz, węgiel i woda do silnika, jedzenie i picie na trzy tysiące kilometrów lotu, no i mapa, z której dowiemy się, w którym dokładnie miejscu Wezbranego Oceanu jesteśmy, na Jabbera…”

Nic, nie było nic, co dałoby się powiedzieć, co dałoby się pomyśleć.

Ale próbowała mówić, próbowała wymyślić sposoby na uratowanie Nowego Crobuzon, miasta, które kochała wściekłą, nieromantyczną miłością i nad którym zawisło potworne zagrożenie. Chwile mijały i mijały, chet, lato i żniwa u grindylow przybliżały się, a ona nie umiała nic powiedzieć.

Bellis wyobraziła sobie ciała podobne do spuchniętych okoni, mknące w zimnej wodzie ku jej ojczyźnie.

– Bogowie kochani, Jabberze kochany – usłyszała swój głos. Spojrzała w zmartwione oczy Silasa. – Bogowie kochani, co my zrobimy?

Rozdział czternasty

Powoli, niby jakieś ogromne, nadęte stworzenie, Armada przepłynęła na cieplejsze wody.

Obywatele i gwardziści odłożyli na bok grubszą odzież. Uprowadzeni z „Terpsychorii” byli zdezorientowani. Myśl, że porom roku można się wymknąć, że można przed nimi fizycznie uciec, była głęboko rozstrajająca.

Pory roku były tylko punktami widzenia – kwestią perspektywy. „Jak w Nowym Crobuzon jest zima, to w Bered Kai Nev jest lato”, mówili. I chociaż dni i noce te dwa kraje mają odwrotnie wydłużające się i skracające, to jest w tym coś wspólnego. Świt jest świtem na całym świecie. Na kontynencie wschodnim letnie dni są krótkie.

Zwiększyła się liczebność ptaków żyjących w mikroklimacie Armady. Do niewielkiej, zadomowionej tutaj od pokoleń społeczności zięb, trznadli, wróbli i gołębi, która przemieszczała się razem z miastem, dołączyły ptaki wędrowne, które po porze upałów przekraczały Wezbrany Ocean. Ich ogromne stada przysiadywały na Armadzie, aby odpocząć i napić się wody, i niektóre z nich zostawały na stałe.

Ptaki krążyły zdezorientowane nad wieżami Bud, gdzie odbywały się kolejne nadzwyczajne sesje Rady Demokratycznej, zażarcie i jałowo debatującej na temat kierunku podążania Armady. Rajcy byli zgodni, że tajne plany Kochanków nie mogą być dobre dla miasta, że trzeba coś zrobić. Im bardziej widoczna była ich bezsilność, tym żałośniej się kłócili.

Największą władzę zawsze miał okręg Niszczukowody, który teraz dodatkowo dysponował platformą „Sorgo”, toteż Rada Demokratyczna Bud nie mogła absolutnie nic zrobić.

Niemniej jednak Budy zainicjowały rozmowy sondażowe z Brucolakiem…

***

Najtrudniejsze dla Tannera było nie oddychanie skrzelami, nie poruszanie kończynami jak żaba czy vodyanoi, lecz patrzenie w gigantyczną toń ciemnej wody w dole. Spojrzeć jej prosto w oczy bez strachu – to sprawiało mu największą trudność.

W kombinezonie nurka był intruzem. Wkładał zbroję i rzucał morzu wyzwanie. Trzymając się kurczowo szczebli i odciągów, wiedział że bezkresna przestrzeń, która ziała w dole niby paszcza, jest właśnie tym: ustami wielkości świata, chcącymi go połknąć.

Teraz pływał swobodnie, schodził ku ciemnościom, które nie sprawiały już wrażenia łasych na niego. Tanner pływał coraz niżej i niżej. Z początku zdawało mu się, że wystarczy sięgnąć ręką, aby dotknąć palców u nóg pływaków w górze. Z rozkoszą podglądacza patrzył, jak pedałują i trzepią panicznie rękami. Ale kiedy odwracał twarz ku bezsłonecznej wodzie pod sobą, jej bezlitosny ogrom szarpał go za żołądek. Szybko płynął wtedy w stronę światła.

Ale każdego dnia schodził głębiej.

Nurkował poniżej poziomu kilów, sterów i plątaniny rur. Dłudzy wartownicy z zielska, którzy to wszystko otaczali, którzy wyznaczali najniższe punkty miasta, wyciągali ku niemu ręce, ale on przemykał obok jak złodziej. Wpatrywał się w głębię.

Pokonał strefę deszczu małych rybek, które pogryzały miejskie odpadki, i znalazł się w przezroczystej wodzie – nie było wokół niego ani śladu Armady. Znajdował się daleko, daleko pod miastem.

Zawisł nieruchomo w wodzie. Nie było w tym nic trudnego.

Ciśnienie otuliło go ciasno niby powijaki.

Statki Armady zajmowały półtora kilometra kwadratowego powierzchni morza, tarasując drogę światłu. Nad głową Tannera Bastard John kręcił się w okolicach portu niby szerszeń. W wodnym półmroku dokoła Tanner widział gęstą zawiesinę cząstek, mnogość maleńkich istnień. Za planktonem i krylem niewyraźnie dostrzegał morskie wyrmeny Armady i jej okręty podwodne, garść ciemnych cieni u podstawy miasta.

Walczył ze strachem, ale starał się nie wyrzucić razem z nim uczuć, które mu towarzyszyły, takich jak zachwyt i pokora.

„Jestem sakramencko mały – pomyślał, wisząc jak drobina kurzu w nieruchomym powietrzu – w sakramencko wielkim morzu. Ale nic nie szkodzi. Dam radę”.

***

Przy Angevine był nieśmiały i trochę obrażony, ale pracował nad sobą ze względu na Szekla.