Выбрать главу

Tanner widział krople wody rozpryskiwanej przez niezbyt wciąż wprawne ruchy rąk i nóg, widział poszarpaną powierzchnię wody, i stwierdził, że ogarnia go jakiś niepokój, kiedy pływacy dają nura i znikają z pola widzenia. Podszedł do przodu, ustawił się do skoku i poczuł skurcz żołądka.

Bał się.

„Za późno” – powiedział sobie z nutą histerii. „Za późno, stary! Do tego cię prze-tworzyli! Mieszkasz w tej zasranej wodzie i nie ma odwrotu”.

Bał się podwójnie: morza i swego strachu, który mógł go uziemić, zmienić w cyrkowego dziwoląga, ze skrzelami i błonami, ale prowadzącego wyłącznie lądowy tryb życia, któremu skóra się łuszczy, skrzela wysuszają boleśnie, a macki gniją. Zmusił się więc do skoku. Słona woda przyniosła trochę ukojenia dla skóry i dla duszy.

Strasznie ciężko było mu otworzyć oczy i skierować wzrok w rozpylony, rozświetlony słońcem błękit w dole, przy świadomości, że przypuszczalnie już nigdy nie zobaczy pod wodą skały, tylko tę roz ciągniętą głębię, gdzie drapieżcy machają ogonami i znikają z pola widzenia.

Było potwornie ciężko, ale pływał i zrobiło mu się lepiej.

Po namowach Szekla Angevine pozwoliła Tannerowi pogrzebać w jej metalowych wnętrznościach. Decyzja ta nie przyszła jej łatwo. Aby dać mu pole do działania, trzeba było odłączyć kocioł, a tym samym unieruchomić ją. Zgodziła się na coś takiego po raz pierwszy od lat. Żyła w strachu przed wygaśnięciem swego ognia.

Tanner poczynał sobie jak z każdym innym silnikiem, energicznie ostukiwał rurki i obracał kluczem francuskim, dopóki nie zobaczył, jak bezkrwiste są palce Angevine ściskającej Szekla za rękę.

Tanner zdał sobie sprawę, że poprzednio wkładano w nią w ten sposób łapy, kiedy była prze-twarzana. Od tej pory był delikatniejszy.

Tak jak się spodziewał, miała zainstalowany stary, niewydajny silnik. Nadawał się tylko do wymiany. Po krótkim słowie ostrzeżenia, do wtóru jej przerażonych wrzasków, zaczął go demontować.

W końcu się uspokoiła. Wyjaśnił jej, że jest za późno na wycofanie się, że już nigdy się nie poruszy, jeśli ją tak zostawi. Po kilku godzinach, kiedy wytoczył się spod niej spocony i upaćkany smarem i zaczął zapalać paliwo w palenisku udoskonalonego kotła, Angevine natychmiast poczuła różnicę.

Oboje byli zmęczeni i zakłopotani. Kiedy ciśnienie pary było już wystarczające i Angevine zaczęła się ruszać, kiedy poczuła, jakie ma zasoby mocy, kiedy sprawdziła ogień i zrozumiała, że dużo rzadziej będzie musiała uzupełniać koks, zdała sobie sprawę, jak wiele Tanner dla niej zrobił. Ale jemu znacznie łatwiej było przyjąć podziękowania, niż jej podziękować, toteż sprawa ograniczyła się do zachodzących na siebie niezbyt artykułowanych pomruków z obu stron.

Później, siedząc w wannie z morską wodą, Tanner zastanawiał się wykonaną robotą. Angevine nie potrzebowała już tak bardzo przejmować się paliwem. Co za poczucie wyzwolenia: nie musieć cały czas myśleć o kotle, nie musieć wstawać przed świtem, aby dołożyć do ognia.

Uśmiechnął się szeroko. Po zakończeniu pracy Tanner zauważył nową rysę na obudowie Angevine, od jego klucza lub śrubokrętu. Wydrapał ranę w żelazie Angevine zawsze starała się utrzymywać metalowe części w czystości toteż nowa rysa biła po oczach. Przestępował z nogi na nogę zawstydzony.

Kiedy Angevine zobaczyła rysę, twarz zesztywniała jej z gniewu ale po paru minutach, kiedy poczuła w sobie siłę pary, jej mina uległa zmianie. Na odchodnym, kiedy Szekel czekał już na nią w drzwiach podtoczyła się do Tannera i powiedziała do niego cicho:

– Nie przejmuj się rysą, dobra? Wykonałeś świetną robotę, Tanner. A rysa… Niech to będzie pamiątka po remoncie. I znak nowego.

Uśmiechnęła się do niego szybko i wyszła.

– O, nie ma za co, na Jabbera – powiedział Tanner do siebie na to wspomnienie, zadowolony i zakłopotany. – Dla chłopaka. Zrobiłem to dla chłopaka.

W nawiedzanej dzielnicy Armady, wciśniętej w kąt awanportu, graniczącej z Pragnieniowicami i Tobietwoim króla Friedricha, było tylko dziesięć statków o godnym wzmianki tonażu.

Obywatele podlegający brutalnym, nastawionym na drapieżny zysk rządom Friedricha nie zwracali większej uwagi na upiorne statki obok swojego okręgu, skupiając się na własnych bazarach, lunaparkach i lichwiarzach. Ale złoczynny wpływ nawiedzanej dzielnicy przedostawał się przez wąski pas morza do Pragnieniowic i zakażał okręg Brucolaca. Tam, gdzie sąsiadowały one z porzuconymi jednostkami, jego statki były smutne i nieprzyjemne.

Być może czynnikiem, który wyostrzał wrażliwość mieszkańców Pragnieniowic na zmarłych i nieumarłych, była obecność Brucolaca i oddziału jego wampirycznych siepaczy. Być może z tego powodu, inaczej niż w dzielnicy Tobietwój, obywatele Pragnieniowic cały czas mieli w świadomości budzącą grozę, nawiedzaną dzielnicę, z którą sąsiadowali.

Dochodziły stamtąd dziwne odgłosy: pomruki niesione z wiatrem, ciche buczenie motorów, zgrzyt jednych rzeczy o drugie. Niektórzy twierdzili, że hałasy te są omamem dźwiękowym, tworem wiatru i manierystycznej architektury starożytnych statków. Bardzo niewielu w to wierzyło. Od czasu do czasu grupa chojraków – nieodmiennie z grona niedawno uprowadzonych – wchodziła na hulki, a po paru godzinach cali z zaciśniętymi ustami, bladzi i nieskorzy do mówienia. Bywało też oczywiście, że nie wracali.

Wieść gminna głosiła, że próby wyrżnięcia dziesięciu statków z tkanki miasta, zatopienia ich i wymazania nawiedzanej dzielnicy mapy Armady, były podejmowane, ale w drastycznych okolicznościach zakończyły się niepowodzeniem. Większość obywateli miała zabobonny stosunek do tego cichego miejsca: choć czuli strach, głośno by protestowali przeciwko próbom jego zlikwidowania.

Na pokładach nawiedzanych statków nie siadały ptaki. Krajobraz starych masztów i ich kikutów, butwiejących smołowanych kadłubów i podartych żagli był srogi i opuszczony.

Jeśli ktoś chciał, żeby nikt mu nie przeszkadzał, szedł na granicę pomiędzy Pragnieniowicami i nawiedzaną dzielnicą.

W chłodnym nocnym deszczu stali dwaj mężczyźni. Byli sami na pokładzie klipra.

Dziesięć metrów dalej stała na wodzie długa, smukła łódź, jakaś starożytna galera, która skrzypiała na nieustannym – także pozornym – wietrze Armady, pusta i nieoświetlona. Pomosty łączące ją z kliprem butwiały i były zablokowane łańcuchami. Galera stanowiła najbardziej wysunięty punkt nawiedzanej dzielnicy.

Zza pleców dobiegały ich odgłosy centrum miasta z nieregularnych galerii handlowych rozlokowanych na kilku statkach, teatrów i tancbud. Na kliprze panowała cisza. Rząd namiotowych domów na pokładzie był w większości niezamieszkany. Ci nieliczni, którzy tu żyli, wiedzieli, kto jest na pokładzie klipra, i siedzieli jak myszy pod miotłą.

– Nic z tego nie rozumiem – powiedział spokojnie Brucolac, nie patrząc na swego towarzysza. Jego chrapliwy głos był ledwo dosłyszalny. Wiatr i deszcz odgarnęły mu strzępiaste włosy z twarzy, kiedy patrzył nad galerą na czarne morze. – Mógłbym cię prosić o wyjaśnienie? – Odwrócił się, uniósł brwi i z lekko skonsternowaną miną spojrzał na Uthera Doula. Pod nieobecność ochroniarzy, gwardzistów czy przygodnych gapiów nie dało się zauważyć rozżarzonego do czerwoności napięcia, które charakteryzowało publiczne konfrontacje tych dwóch mężczyzn. Ich język ciała był tylko trochę ostrożny, jak u osób, które dopiero co się poznały. – Uther, przecież znamy się nie od dzisiaj kontynuował. – Przecież wiele razem przeszliśmy. Mam do ciebie zaufanie, mówię szczerze. Mam zaufanie do twojego instynktu.