Jak konfetti, jak kwiecie, które zaczynało już porastać zahartowane drzewa Armady, ulotki zlatywały wielkimi chmarami. Powietrze wypełnił szelest papieru o papier, któremu towarzyszyły paniczne odgłosy zdezorientowanych mew i wróbli, zmykających przed białymi kartkami. Armadyjczycy podnosili wzrok, osłoniwszy oczy przed schodzącym słońcem, aby zobaczyć sunące po firmamencie obłoki, ciepły błękit nieba i trzepoczące poniżej papierowe prostokąty.
Niektóre wpadały do kominów. Setki lądowały na wodzie. Trafiały do rowów pomiędzy statkami i osiadały na morzu. Podskakując na falach, nasiąkały wodą, atrament rozlewał się i robił nieczytelny. Skubały je ryby, aż w końcu włókna pęczniały od słonej wody i ulotki tonęły. Pod powierzchnią sypał śnieg rozpadającego się papieru. Wiele tysięcy ulotek wylądowało jednak na pokładach statków Armady.
Sterowce bez ustanku krążyły w przestrzeni powietrznej Armady przelatując nad każdym z okręgów, znajdując drogę między najwyższymi wieżami i masztami, rozrzucając ulotki. Zaciekawieni i zachwyceni ludzie łapali je w locie. W tym mieście, w którym papier był drogi ta rozrzutność – nomen omen – budziła zdumienie.
Wiadomość rozchodziła się błyskawicznie. Kiedy Bellis zeszła na pokład „Chromolitu” i stąpała po warstwie ulotek, które szeleściły jak martwa skóra, dokoła toczono spory. Ludzie stali w drzwiach swoich sklepów i domów, wołali, mruczeli albo śmiali się jeden do drugiego, wymachując ulotkami, które trzymali w poplamionych atramentem rękach.
Bellis podniosła wzrok i zobaczyła jeden z ostatnich aerostatów, który oddalał się w stronę Czasów, spuściwszy kolejną roztrzepotaną chmurę. Podniosła jedną z ulotek szeleszczących jej pod nogami.
„Obywatele Armady! Po długich i starannych badaniach jesteśmy w stanie porwać się na osiągnięcie, które wprawiłoby naszych dziadków w osłupienie. Wkrótce nadejdzie jutrzenka nowego dnia. Sposób poruszania się naszego miasta na zawsze ulegnie zmianie”.
Szybko przebiegała wzrokiem tekst, pędząc przez propagandowe wyjaśnienie, aby zatrzymać się na kluczowym słowie, które wyróżniono tłustym drukiem.
„Awank…”
Zawładnęły nią rozmaite sprzeczne uczucia. „To dzięki mnie” pomyślała z perwersyjną dumą. „Ja to uruchomiłam”.
– Wyborna robota – powiedział zamyślony Tintinnabulum. Przykucnął przed Angevine i gmerał łapami w mechanice jej metalowego podwozia. Obojętna i cierpliwa Angevine odchyliła swoje organiczne ciało na bok. Od kilku dni Tintinnabulum miał świadomość, że w jego służącej zaszła jakaś zmiana, że jej mechanizmy inaczej klekoczą Poruszała się szybciej i dokładniej, miała mniejszy promień skrętu i stawała bez świszczącego zwalniania. Łatwiej jej się pokonywało chybotliwe pomosty Armady. Jej sposób bycia nie był już podszyty ustawicznym niepokojem. Przestała bez przerwy się rozglądać za rozrzuconym węglem i drewnem. – Co się stało z twoim silnikiem, Angevine? – spytał ją. Uśmiechając się z ogromną, speszoną radością, pokazała mu. Grzebał w jej rurach, po stoicku przyjął fakt, że sparzył się o kocioł, badał jej udoskonalone, metalowe trzewia.
Tintinnabulum wiedział, że armadyjska nauka jest kundlem, dziedziną równie piracką, eklektyczną i niespójną jak gospodarka i polityka miasta, wytworem kradzieży i przypadku. Inżynierowie i taumaturgowie uczyli się swego fachu na zniszczonym i przestarzałym sprzęcie i na kradzionych urządzeniach tak wyrafinowanej konstrukcji, że nie do końca nawet rozumieli ich funkcjonowanie. Rozmaite technologie tworzyły bezładną mozaikę.
– Może i ten człowiek jest inżynierem, który pracuje na fuchy – powiedział zanurzony po łokcie w silniku Angevine, macając trójpozycyjny przełącznik z tyłu jej obudowy – ale wykonał wyborną robotę. Niewielu na Armadzie umiałoby przeprowadzić taki remont. Dlaczego to zrobił? – Mogła udzielić tylko ogólnikowej odpowiedzi na to pytanie. – Jest godzien zaufania? – spytał.
Tintinnabulum i jego ekipa nie urodzili się na Armadzie, ale ich przywiązanie do Niszczukowód nie budziło wątpliwości. Krążyły różne historie o tym, w jaki sposób znaleźli się w mieście. Mówiono, że Kochankowie znaleźli ich za pomocą ezoterycznych metod i namówili do tego, aby pracowali na Armadzie za nieznane pieniądze. Liny i łańcuchy spajające ze sobą tkaninę Niszczukowody rozstąpiły się przed nimi. Okręg otworzył się, pozwolił Tintinnabulumowi wejść i wrosnąć w tkankę miasta, a następnie znowu szczelnie się zamknął. Tego ranka Angevine również podniosła jedną z ulotek, które nagle zatkały uliczki Armady, i dowiedziała się, jaki jest cel niszczukowodzkiego projektu. Ucieszyło ją to, ale niespecjalnie zaskoczyło. Od dawna była obecna na marginesie oficjalnych dyskusji, widywała literaturę fachową, którą Tintinnabulum zostawiał na biurku, czy ręcznie wyrywane schematy i niedokończone obliczenia. Po przeczytaniu ulotki ogarnęło ją uczucie, że zawsze wiedziała. Przecież pracowała dla Tintinnabuluma, który był myśliwym do szpiku kości. W jego pokoju roiło się od poszlak. Książki – jedyne, które widywano poza biblioteką – szkice, rzeźbione kły, połamane harpuny, rogi i skóry. W ciągu tych lat, które dla niego przepracowała, Tintinnabulum i jego siedmioosobowa ekipa oddawali swoje doświadczenie na służbę Niszczukowodom. Rekiny rogatki, wieloryby, zębowce, ryby pancerne, rekiny – wabił je, chwytał, przebijał harpunami, dla mięsa, dla obrony miasta, dla sportu.
Czasami, kiedy spotykała się cała ósemka, Angevine przyciskała ucho do ściany, ale docierały do niej tylko pojedyncze słowa i zwroty. To jednak wystarczyło, żeby dowiadywała się fascynujących rzeczy.
Argentarius, okrętowy wariat, którego nikt nigdy nie widywał złorzeczył i wrzeszczał, że się boi. Angevine stopniowo wydedukowała, że za stan jego psychiki odpowiada jakiś zwierz, którego próbowali złowić. Zmobilizowało to jego towarzyszy. Odciskali pieczęć swojej władzy w morskiej toni, grali na nosie tej straszliwej krainie.
Kiedy usłyszała, że rozmawiają o myślistwie, interesował ich najgrubszy zwierz: lewiatan i olbrzymi potwór-bóg Lahamu, potwór piekielny. „Czemu by nie awank?” – pomyślała. „W gruncie rzeczy nic z tego mnie nie zaskoczyło”.
– Jest godzien zaufania? – Tintinnabulum powtórzył pytanie.
– Tak – odparła Angevine. – To dobry człowiek. Jest wdzięczny za uratowanie go przed zesłaniem do kolonii. Jest zły na Nowe Crobuzon. Poddał się prze-tworzeniu, żeby lepiej nurkować, żeby lepiej pracować w porcie i jest teraz stworzeniem morskim. W mojej ocenie pod względem lojalności nie ustępuje rdzennym mieszkańcom Niszczukowód.
Wyprostował się i zamknął kocioł Angevine. Wydął usta w zamyśleniu. Na biurku znalazł długi, ręcznie napisany wykaz nazwisk.
– Jak się nazywa?
Usłyszawszy odpowiedź, skinął głową, pochylił się i starannie dopisał: „Tanner Sack”.
Rozdział osiemnasty
Na Armadzie potęga plotki i pogłoski była jeszcze większa niż w Nowym Crobuzon, ale miasto dysponowało także bardziej zorganizowanymi środkami masowego przekazu. Byli krzykacze, którzy podawali półoficjalne stanowisko władz swojego okręgu. Publikowano trochę biuletynów informacyjnych i periodyków, na fatalnej jakości wielokrotnie makulaturyzowanym papierze, który wręcz nasiąkał tuszem.