Выбрать главу

Większość ukazywała się nieregularnie, kiedy autorom i drukarzom zechciało się trochę popracować i kiedy udało się zgromadzić niezbędne środki. W niektórych dominowały sensacje i skandale, ale dla Bellis wszystkie były przygnębiająco zaściankowe. Do najbardziej prowokacyjnych i kontrowersyjnych tematów zaliczała się kwestia, komu przyznać dany kontyngent skonfiskowanych dóbr albo która dzielnica jest odpowiedzialna za dany przewóz. Z drugiej strony, z tych biuletynów przynajmniej potrafiła coś zrozumieć.

W hybrydowej kulturze Armady kwitły wszelkie tradycje dziennikarskie, jakie istniały w świecie Bas-Lag, obok gatunków występujących tylko na terenie pirackiego miasta. „Raczej Reguła Niż Wyjątek” to był tygodnik, który informował jedynie o zgonach, w formie wierszowanej. „Co Zafrapowało Juhangirra”, publikowane w okręgu Tobietwój, obywało się bez słów, opowiadając o zdarzeniach uznawanych przez jego redaktorów za ważne, według dość nieprzejrzystych dla Bellis kryteriów, za pomocą serii szkicowych rysunków.

Od czasu do czasu Bellis czytywała „Flagę” albo „Wezwanie Rady”, publikacje z Bud. „Flaga” była chyba najlepszą agencją informacyjną w mieście, natomiast „Wezwanie Rady” miało charakter polityczny i zamieszczało polemiki między zwolennikami różnych rozdań ustrojowych na poziomie okręgu: demokracji z Bud, słonecznej demokracji z Czasów, „opiekuńczości absolutnej” z Niszczukowód, Protektoratu Brucolaca i tak dalej.

Przy całej swojej tolerancji dla odmiennych poglądów, z którą publikacje się obnosiły, były one w większym czy mniejszym stopniu, lojalne wobec Rady Demokratycznej Bud, toteż Bellis, która coraz lepiej rozumiała zawiłości armadyjskiej polityki, nie była zbytnio zaskoczona, kiedy „Flaga” i „Wezwanie Rady” zaczęły wysuwać wątpliwości co do projektu zwabienia awanka.

Z początku robiły to oględnie.

„Przywołanie byłoby triumfem nauki, ale rodzą się pytania” – można było przeczytać na stronie redakcyjnej „Flagi”. „Zwiększenie mocy napędowej z pewnością wyszłoby miastu na dobre, ale jakim kosztem?”.

W miarę szybko obiekcje nabrały większego rozmachu.

Armada wciąż jednak kipiała podnieceniem po niezwykłej deklaracji Niszczukowód, toteż głosy rozwagi czy wręcz sprzeciwu stanowiły mało znaczącą mniejszość. W pubach – nawet w Budach i Pragnieniowicach – nie mówiono o niczym innym. Skala przedsięwzięcia – kurczę smażone, obiecują złapać awanka! – przyprawiała o zawrót głowy.

Za pośrednictwem nielicznych czasopism, za pośrednictwem broszur i plakatów sceptycy głosili jednak swój ignorowany protest.

Rozpoczęła się rekrutacja.

W porcie Basilio zwołano nadzwyczajne zebranie. Tanner Sack czekał, pocierając macki. W końcu przed zgromadzonymi stanął gwardzista-bosman.

– Mam tutaj listę inżynierów i innych, którzy zostali powołani przez Kochanków do specjalnego zadania!

Szepty i pomruki na moment przybrały na sile, a potem ucichły. Nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, na czym polega zadanie specjalne.

Po wyczytaniu każdego nazwiska jego właściciel i stojące wokół niego osoby głośno dawały wyraz swojej radości. Tanner nie był zaskoczony dokonaną przez władze selekcją. Wiedział, że wybrały najlepszych spośród jego kolegów: najszybciej pracujących, najbieglejszych inżynierów, którzy w niezbyt odległej przeszłości mieli bezpośredni kontakt z najnowszymi osiągnięciami techniki.

Niektórych uprowadzono stosunkowo niedawno – nieproporcjonalnie wielu pochodziło z Nowego Crobuzon, w tym całkiem liczni spośród grona prze-tworzonych z „Terpsychorii”.

Dopiero kiedy rozentuzjazmowany kumpel huknął go w plecy, Tanner zdał sobie sprawę, że wyczytano jego nazwisko. Napięcie, które narosło poza jego świadomością, pękło. Zrozumiał, że czekał na to. Zasłużył sobie na ten honor.

Na „Wielkim Wschodnim” już wcześniej zgromadzili się inni, pracownicy z dzielnic przemysłowych, z odlewni i laboratoriów. Prowadzono z nimi rozmowy kwalifikacyjne. Metalurgów oddzielano od inżynierów i chymików. Poddawano ich testom, sprawdzano ich wiedzę fachową. Stosowano perswazję, nie przymus. Po pierwszej, zawoalowanej, wzmiance o anopheliusach, po pierwszej sugestii, o jaką wyspę chodzi, kilka osób odmówiło udziału w projekcie. Tanner zmartwił się, ale pomyślał: „Nie ma mowy, żebyś powiedział im»nie«, choćby nie wiem co”.

Po zachodzie słońca, kiedy testy i odpytywania dobiegły końca, Tannera i innych zabrano do jednej z sal na „Wielkim Wschodnim”. Ogromne pomieszczenie było urządzone z wielkim przepychem, w mosiądzu i czarnodrzewie. Ostało się około trzydziestu osób. „Oddzielono ziarno od plew” – pomyślał Tanner.

Wszelkie hałasy natychmiast ucichły po wejściu Kochanków. Podobnie jak pierwszego dnia, po bokach towarzyszyli im Tintinnabulum i Uther Doul.

„Co mi tym razem powiecie?” – zastanawiał się Tanner. „Kolejne cuda? Kolejne zmiany?”

Kochankowie podzielili się ze zwerbowanymi wszystkimi posiadanymi informacjami na temat wyspy i wyłuszczyli swoje plany. Wszyscy obecni pałali entuzjazmem.

Tanner słuchał oparty o ścianę. Próbował rozniecić w sobie sceptycyzm – coś w stylu: co za absurdalny plan, na tyle sposobów może się nie powieść! – ale stwierdził, że nie potrafi. Z łomoczącym sercem słuchał, jak Kochankowie i Tintinnabulum informują wszystkich zgromadzonych, że udadzą się do krainy ludzi-moskitów na poszukiwania naukowca, który być może już nie żyje, a po konsultacji z nim lub ze Spadkobiercami jego wiedzy zbudują maszyny służące do schwytania najbardziej niezwykłego stworzenia, jakie kiedykolwiek pływało po morzach Bas-Lag.

***

W innym miejscu odbywało się zebranie podziemnego nurtu kampanii przeciwko przywołaniu.

W centrum Pragnieniowic stał „Uroc”, wielka, sędziwa jednostka długa na sto pięćdziesiąt metrów i szeroka na ponad trzydzieści w połowię śródokręcia. Wymiary, sylwetka i charakterystyka były jedyne w swoim rodzaju. Nikt z mieszkańców Armady nie wiedział na pewno ile lat liczy sobie statek ani skąd pochodzi.

Niektórzy mówili nawet, że „Uroc” jest ordynarnym falsyfikatem. Ani kliper, ani szkuta, ani statek-rydwan, ani żaden inny znany typ. Twierdzono, że żadna jednostka o tak osobliwym kształcie nigdy nie pływała po morzach. „Uroca” zbudowano na Armadzie, in situ, utrzymywali sceptycy. To nie jest znaleziony i zawłaszczony statek, tylko drewno i żelazo udające unieruchomiony okręt.

Nie wszyscy byli takimi ignorantami. Na Armadzie uchowała się garstka ludzi, którzy pamiętali przybycie „Uroca”.

Zaliczał się do nich Brucolac, który przypłynął na nim w pojedynkę.

Brucolac co dzień wstawał po zapadnięciu zmroku. Niezagrożony przez promienie słońca, wspinał się na bogato rzeźbione masztowieże. Wkładał dłoń w luki strzeleckie, głaskał zęby i łuski, które wisiały na nieregularnie rozmieszczonych rejach. Pod palcami o nadludzkiej wrażliwości wyczuwał pulsowanie mocy pod tymi płytkami cienkiego metalu, ceramiki i drewna, niby krew w naczyniach włoskowatych. Wiedział, że jeśli zajdzie taka potrzeba, „Uroc” może jeszcze pływać.

Zbudowano go jeszcze przed tym, zanim stał się nieumarłym, czyli przed jego pierwszymi narodzinami, tysiące kilometrów dalej, w krainie, której nikt z obecnie żyjących na Armadzie nie widział na oczy. Minęło wiele pokoleń, odkąd nawodne miasto odwiedziło tę krainę i Brucolac miał szczerą nadzieję, że Armada już nigdy tam nie wróci.

„Uroc” był statkiem księżycowym. Żeglował pchany podmuchami lunarnego światła.