Выбрать главу

W upalne noce Bellis siedziała na łóżku, pociła się i paliła, drżąc ze strachu, ale i z przejęcia. Od czasu do czasu wstawała i chodziła w kółko, aby usłyszeć dudnienie swoich stóp o metalową podłogę, rozkoszować się faktem, że jest jedynym stworzeniem w pokoju, które robi hałas.

Rozdział dwudziesty

Krótkie, nieznośnie upalne dni i niekończące się, spocone noce z upływem tygodni dni się wydłużały, ale każdego wieczoru światło słońca wciąż wcześnie gasło i rozciągnięta, lepka noc wysysała miasto z energii.

Na styku dzielnic odbywały się toczone bez większego przekonania bójki. Na przykład, gdy zbiry z Niszczukowód trafiały do tego samego baru co ekipa z Pragnieniowic. Z początku rzecz ograniczała się do rzucanych półgłosem obelg: chłopcy z Niszczuka przebąkiwali coś o kochankach wampira albo przydupasach demona. Ekipa z Pragnieniowic rzucała parę głośnych żartów na temat zboczeńców u steru i zanadto natarczywie śmiała się z kiepskich kalamburów. Potem kilka szklanek, kresek albo zaciągnięć, w ruch szły pięści, lecz bez poważnego zaangażowania, tylko tyle, aby nie ucierpiała reputacja.

A koło północy ludzie zaczynali wracać do domu, a o drugiej czy trzeciej ulice były prawie puste.

Monotonny hałas dochodzący z sąsiednich statków nie przygasał ani na chwilę. Fabryki i warsztaty w różnych dzielnicach przemysłowych, smrodzące i dymiące na tyłach starych statków, nigdy nie stawały. Nocni wartownicy krążyli w miejskich cieniach, umundurowani stosownie do okręgu.

Armada dalece różniła się od Nowego Crobuzon. Nie było tutaj wielkiej alternatywnej gospodarki śmieci, nędzy i przetrwania, piwnice pustych budynków nie dawały schronienia chmarom żebraków i bezdomnych. Nie było wysypisk do przegrzebania: ze śmieci wybierano wszystko, co nadawało się do utylizacji, a resztę wrzucano do morza razem ze zwłokami. Zostawiony w ten sposób trop szedł na dno i stopniowo rozpuszczał się w wodzie.

Na slupach i fregatach kolebały się slumsy, domostwa butwiały w słonym powietrzu i upale, wypacając materię organiczną na swoich mieszkańców. Robotnicy-kaktusy spali na stojąco, ciasno upchani tanich noclegowniach. Ale uprowadzeni z Nowego Crobuzon dostrzegali wiele różnic. Tutaj bieda znacznie rzadziej zabijała. Bójki znacznie częściej rozniecał alkohol niż desperacja. Znacznie łatwiej było znaleźć dach nad głową, nawet jeśli z sufitu odpadał tynk. Nie było włóczęgów skulonych w architektonicznych niszach i obserwujących nocnych przechodniów.

Skutek był taki, że kiedy pewien mężczyzna zmierzał nad ranem w stronę „Wielkiego Wschodniego”, nikt go nie widział.

Szedł bez pośpiechu mniej porządnymi, bocznymi uliczkami Niszczukowód. Ulicą Igielną, Łąkami Krwi i przez Labirynt Wiklinoglinowy na „Sprawcy Fali”. Potem „Zwój Liny”, barkentyna obrastająca w grzybiczy kamuflaż, i batyskaf „Plengant”. Mężczyzna minął włazy i zatrzymał się w cieniu blisko wieżyczki peryskopu.

Za plecami miał nieoświetloną wieżę wiertniczą „Sorgo”, pośród gąszczu iglic i masztów.

Płaska burta „Wielkiego Wschodniego” wznosiła się obok „Plenganta” niby ściana kanionu. Z wnętrzności olbrzyma, zza jego metalowej skóry, dochodziły nieustające, przemysłowe wibracje. Na powierzchni batyskafu rosły drzewa, wpijając się w żelazo korzeniami podobnymi do węźlastych palców. Mężczyzna szedł w ich cieniu, słysząc trzepot skrzydeł nietoperzy w górze.

Dziesięć, może kilkanaście metrów wody dzieliło okręt podwodny od klifowej ściany parowca. Mężczyzna widział na niebie światła i cienie nocnych sterowców. Latarki gwardzistów patrolujących pokład „Wielkiego Wschodniego” wylewały z siebie nikłe, ruchome promienie.

Na trawersie okrętu podwodnego znajdowała się ogromna osłona prawego koła łopatkowego „Wielkiego Wschodniego”. Deski wielkiego koła wystawały spod niej niby kostki spod spódnicy.

Mężczyzna wyszedł z cienia wątłych drzew. Zdjął buty i przypiął do paska. Upewniwszy się, że nikt nie nadchodzi i dokoła panuje cisza, podszedł do zaokrąglonego brzegu „Plenganta” i zsunął się do chłodnej wody z ledwo słyszalnym pluskiem. Nie musiał płynąć daleko aby schować się w cieniu osłony koła. Mokry, lecz wytrwały mężczyzna dźwignął się na łopatki osiemnastometrowego koła. Dzwon osłony był bardzo akustyczny, mężczyzna musiał więc poczynać sobie jak najciszej. Po wielkiej osi koła dotarł do włazu serwisowego, o którego istnieniu od dawna mało kto nawet pamiętał.

Otwieranie obrosłego strupem lat włazu ciągnęło się przez wiele minut, ale w końcu się udało i mężczyzna wpełzł do ogromnej, milczącej maszynowni dawno wydanej na pastwę kurzu.

Mijał trzydziestotonowe cylindry i gigantyczne maszyny, których nikt już nie potrzebował. Pomieszczenie było labiryntem pomostów i monolitycznych tłoków, gąszczem przekładni i kół zamachowych.

Kurz i światło były zupełnie nieruchome. Jak gdyby czas wykrwawił się do cna i skapitulował. Mężczyzna otworzył wytrychem zamek drzwi, po czym znieruchomiał z dłonią na klamce. Pamiętał rozkład statku. Wiedział, którędy ma iść, żeby wyminąć wartowników.

Dzięki naturze swej profesji znał różne zaklęcia: kody usypiające psy, hasła czyniące go przylepnym do cieni i różne inne magiczne sztuczki. Wątpił jednak, czy tutaj go ochronią.

Z westchnieniem sięgnął po zawinięty w płótno pakunek przywiązany do paska. Poczuł falę strachu.

I drżenie podniecenia.

Odwinął ciężki przedmiot i pomyślał z niepokojem, że gdyby naprawdę umiał się nim posługiwać, to ten piekielny właz i niemiłe nocne pływanie przypuszczalnie rozproszyłyby się jak oddech. Wciąż był poruszającym się jak dziecko we mgle ignorantem.

Odwinąwszy do końca sztywne płótno, podniósł rzeźbę do góry.

Była większa od jego pięści, z gładkiego kamienia, czarna, szara, zielona. Była brzydka, zwinięta jak zarodek, z naciętymi liniami i spiralami, które sugerowały płetwy, macki lub fałdy skóry. Dzieło było wykonane po mistrzowsku, ale nieprzyjemne, najwyraźniej specjalnie tak pomyślane. Posążek patrzył na mężczyznę swoim jednym otwartym okiem, czarną półkulą nad okrągłymi ustami otoczonymi wianuszkiem małych zębów jak u minoga. Przenikał go wzrokiem z ciemności w gardle.

Na plecach figurka miała zwinięty w ciasne fałdy ciemny płat cienkiej skóry. Kawałek tkanki. Płetwę. Wrośniętą w materię kamienia. Mężczyzna przebiegł po niej palcem. Twarz zmarszczyła mu się z obrzydzenia, ale wiedział, co musi zrobić.

Przybliżył usta do głowy posążka i zaczął coś szeptać w sykliwym języku. Spółgłoski syczące odbijały się w wielkim pomieszczeniu echem, wędrując pośród unieruchomionej maszynerii.

Mężczyzna recytował posążkowi głupkowate rymowanki i głaskał według przepisanego schematu. Palce zaczęły mu cierpnąć, jakby coś z niego wyssano.

Wreszcie przełknął ślinę i ustawił posążek twarzą do siebie. Przybliżył go, zawahał się i przekręciwszy nieco głowę w upiornej parodii namiętności, zaczął całować go w usta.

Wepchnął język w wole rzeźby. Poczuł zimne ciernie zębów i wszedł głębiej. Usta figurki były przepastne, język mężczyzny zdawał się sięgać do samego środka rzeźby. W dotyku wydawała się zimna. Wymagało od niego sporego samozaparcia, aby nie zakrztusić się stęchłym, słonym, rybim smakiem.

Kiedy mężczyzna wywijał językiem w kamiennej gardzieli, pocałunek został odwzajemniony.

Oczekiwał tego, liczył na to, ale i tak przeżył szok i dostał mdłości. Coś niewielkiego trzepocze o jego język. Zimne, mokre i nieprzyjemnie organiczne, jakby wewnątrz posążka gnieździła się gruba glista.