Wokół wybrzeża krążyły sterowce. Bellis z uwagą obserwowała wyspę. Nie było czego oglądać, żadnych śladów życia poza roślinnością. Ciarki ją przeszły, kiedy sobie uświadomiła, że niebo jest puste: nie było ptaków. Nad wszystkimi innymi mijanymi wysepkami unosiły się chmary pierzastych stworzeń, a przybrzeżne skały były oblepione guanem. Każdy skrawek lądu wieńczyły wianuszki mew, które pikowały do ciepłej wody za rybami albo unosiły się na prądach termicznych.
Powietrze nad wulkanicznymi klifami wyspy ludzi-moskitów było ciche jak skała.
Aerostat leciał nad tymi milczącymi, ochrowymi wzgórzami. Środkowa część wyspy była ukryta za kamiennym grzbietem, biegnącym równolegle do brzegu. Przeciągłą ciszę zakłócały tylko silniki i wiatr. Kiedy ktoś nareszcie się odezwał, krzycząc: „Patrzcie!”, zabrzmiało to inwazyjnie i natrętnie.
Autorem okrzyku był Tanner Sack. Pokazał na niewielką łąkę płożącej się trawy, otoczoną skałami, które osłaniały ją przed natarczywością fal.
– Owce – powiedział po chwili Hedrigall. – Zbliżamy się do wioski. Musieli niedawno mieć dostawę. Kilka stad jeszcze jakiś czas pożyje.
Kształt i charakter wybrzeża zmieniały się. Kamienne grzbiety i turnie ustępowały miejsca niższej, mniej zróżnicowanej topografii Bellis zobaczyła krótkie plaże czarnego łupku, porośnięte paprociami zbocza z twardej ziemi, niskie, wyblakłe drzewa. Raz czy dwa dostrzegła zwierzęta hodowlane, które wałęsały się samopas: świnie owce, kozy, krowy. Bardzo nieliczne i w różnych miejscach.
Parę kilometrów w głąb lądu ciągnęły się wstęgi szarej wody, niemrawe rzeki wypływające spośród wzgórz, pokrywające wyspę siatką wód. Te zwalniały na równinach, przerywały brzegi i rozpełzały się tworząc rozlewiska i mokradła, podlewając białe mangowce, winorośl, zieleń równie gęstą i zatykającą jak wymiociny. W oddali, na drugim końcu wyspy, Bellis zobaczyła ascetyczne kształty, które wyglądały na ruiny.
W dole zarejestrowała jakiś ruch.
Usiłowała ustalić, co się porusza, ale było zbyt szybkie i ukradkowe. Zostało jej tylko wrażenie przelatujące w poprzek pola widzenia. Coś śmignęło przez powietrze, wyłaniając się z jednej ciemnej dziury w skałach i znikając w drugiej.
– Czym oni handlują? – spytał Tanner Sack, nie odwracając wzroku od krajobrazu. – Dostają owce, świnie i co tam jeszcze. Wasi je przywożą z Dreer Samher – zwrócił się do Hedrigalla. – Co z tego mają? Czym ludzie-moskity handlują?
Hedrigall parsknął krótkim śmiechem.
– Książkami i informacjami, Tanner – odparł. – Plus tym, co morze wyrzuci na plaże, głównie drewnem.
W powietrzu poniżej sterowca znowu coś się poruszyło, ale Bellis nie zdołała skupić na tym wzroku. Zagryzła wargę, sfrustrowana i rozstrojona. Wiedziała, że to nie omamy. Wiedziała, że kształty mogą być tylko jedną rzeczą. Zaniepokoiło ją, że nikt się do tego nie odnosi. „Nie widzą? Dlaczego nikt nic nie mówi? Dlaczego ja nic nie mówię?’
Sterowiec zwolnił, napotykając na lekki przeciwny wiatr.
Po przekroczeniu skalistego grzbietu wpadł w turbulencję. Nastąpiła eksplozja sapnięć i szeptów, zapanowało niedowierzające podniecenie. W dole, w cieniu wzgórz pokrytych przypadkowymi łatami bujności i jałowości, rozciągała się skalista zatoka z zakotwiczonymi trzema statkami.
– Jesteśmy na miejscu – szepnął Hedrigall. – To są statki z Dreer Samher. Stoją przy Plaży Maszyn.
Były to galeony, suto przyozdobione złotem, zamknięte wśród skał, dzioby sterczały w morze, tworząc naturalną przystań. Bellis uzmysłowiła sobie, że wstrzymała oddech.
Piasek i łupek plaży wokół zatoczki był ciemnoczerwony, brudny jak stara krew. Wznosiły się na niej głazy o dziwacznych kształtach, rozmiarów torsów i domów. Bellis wędrowała wzrokiem po pasie brzegu i dostrzegła wyżłobione w nim szlaki, ścieżki. Za strąkowatymi chaszczami na skraju plaży ścieżki nabierały bardziej określonego charakteru. Wchodziły na skaliste wzniesienia, które powoli dźwigały się nad poziom morza. Przez powietrze szły fale gorąca, słońce przypiekało kamień, drzewa podobne do oliwnych i karłowate gatunki roślin rodem z dżungli.
Bellis pobiegła wzrokiem za ścieżkami wijącymi się po spalonych słońcem zboczach, aż jej oczy – tu znowu wstrzymała oddech – spoczęły na garstce spłowiałych od światła domów, wyglądających jak organiczne narośle na skałach. Miasto anopheliusów, ludzi-moskitów.
W zatoce nie było wiatru. Słońce otaczał wieniec maleńkich chmurek podobnych do kropek farby, ale gorąco przebijało się przez obłoki i kotłowało się w tym kamiennym garncu.
Nie było żadnych odgłosów życia. Monotonny szum morza raczej uwydatniał ciszę, aniżeli ją zakłócał. Sterowiec zawisł w powietrzu na zmniejszonych obrotach silników. Samheryjskie statki skrzypiały i kolebały się na wodzie. Były puste. Nikt nie wyszedł statkowi powietrznemu na powitanie.
Wartownicy strupodzieje w swoich zakrzepowych zbrojach pełnili straż wraz z ludźmi-kaktusami, kiedy pasażerowie schodzili na ląd. Bellis przykucnęła koło drabinki sznurowej i przebiegła palcem po piasku. Oddech miała szybki i huczało jej w głowie.
Z początku jedynym jej odczuciem była świadomość, że po raz pierwszy od bardzo dawna stoi na gruncie, który się nie kołysze. Z zachwytem przypomniała sobie, jak się chodzi po stałym lądzie. Potem wróciła jej świadomość otoczenia i Bellis dopiero teraz zarejestrowała, jak dziwna jest ta plaża.
Wypomniała sobie naiwne ryciny w książce Auma. Stylizowany chromatyczny profil mężczyzny na plaży, w otoczeniu popsutych mechanizmów.
„Plaża Maszyn” – pomyślała i powiodła spojrzeniem nad czerwonym piaskiem i piarżyskami.
Trochę dalej wznosiły się kształty, które z aerostatu wzięła za głazy, olbrzymy wielkości pokojów. To silniki. Przysadziste, ogromne, pokryte rdzą i śniedzią, dawno zapomniane urządzenia o nieznanym przeznaczeniu, z tłokami zapranymi solą i upływem lat.
Były też mniejsze kamienie i Bellis ujrzała, że są to odpryski większych maszyn: śruby, złączki rur albo bardziej skomplikowane, kompletne elementy, takie jak zegary pomiarowe, wodowskazy i kompaktowe silniczki parowe. Całkiem malutkie kamyczki okazały się trybikami, kółkami zapadkowymi, śrubami i wkrętami.
Bellis spuściła wzrok na swoje ułożone w miseczkę dłonie. Pełno w nich było miniaturowych trybików, kółek zapadkowych i obrosłych kamieniem sprężynek, jakby trzymała w ręku wnętrzności niewyobrażalnie małych zegarów. Każda cząstka tego rumowiska była twardym, rozgrzanym ziarnkiem piasku, mniejszym od okruszka. Bellis przepuściła je przez palce, które zabarwiły się na kolor ciemnej krwi, a raczej, jak teraz już wiedziała, na kolor rdzy.
Plaża była imitacją rzeźbą trouvée małpującą naturę przy użyciu materiałów ze złomowiska. Każdy atom pochodził z jakiejś rozwalonej maszyny.
„Z jakich to jest czasów? Co tu się stało?” – pomyślała Bellis. Była zbyt odrętwiała, aby czuć cokolwiek poza przemęczonym podziwem. „Jaka katastrofa, jaka przemoc?”. Wyobraziła sobie dno morza wewnątrz zatoki, odebrana morzu rafa odpadów przemysłowych, produkcja miejskich fabryk oddana na pastwę żywiołów, łomotana przez fale i słońce, utleniająca się, krwawiąca rdzą rozpadająca się na poszczególne komponenty i jeszcze mniejsze okruchy, wyrzucana przez wodę na brzeg, przekształcająca się w tę upiorną plażę.
Bellis wzięła do ręki kolejną garść maszynowego piasku i przesiała przez palce. Poczuła zapach metalu.