„To są te rupiecie, które miał na myśli Hedrigall” – uzmysłowiła sobie. „Jesteśmy na cmentarzu martwych urządzeń. Miliony tajemnic rozkładają się tutaj na rdzawy pył. Oni pewnie to przesiewają czyszczą co bardziej obiecujące elementy i próbują sprzedać, kilka rzeczy wybranych na chybił trafił z liczącej tysiąc elementów układanki. W tej postaci jest to zupełnie niezrozumiałe i nieprzeniknione, ale gdyby odtworzyć schemat i poskładać to do kupy, co by się otrzymało?
Oddaliła się od drabinki linowej, słuchając chrzęstu wiekowych maszyn pod stopami.
Kiedy ostatni pasażerowie zeszli na ziemię, strażnicy zaczęli czujnie obserwować horyzont, mrucząc coś pod nosami. Kilka kroków od Bellis spuszczono na ziemię zagrodę z trzodą. Cuchnęła jak gospodarstwo rolne, a jej mieszkańcy napełnili okolicę głupkowatymi hałasami.
– Zbliżcie się wszyscy i słuchajcie mnie – powiedziała Kochanka surowym tonem i została otoczona. Inżynierowie i naukowcy rozproszyli się po zejściu na ląd, leniwie grzebiąc palcami w metalowym łupku. Kilka osób, na przykład Tanner Sack, weszło do morza. Tanner zanurzył się na chwilę z westchnieniem rozkoszy. Po zarządzeniu przez Kochankę zbiórki przez chwilę panowała absolutna cisza, jeśli nie liczyć pluskania spienionych falek o rdzawy brzeg. – Słuchajcie uważnie, jeśli chcecie przeżyć – podjęła. Ludzie przestępowali niespokojnie z nogi na nogę. – Do miasteczka jest stąd parę kilometrów, po tych skałach. – Podnieśli wzrok. Zbocze wyglądało na puste. – Trzymajcie się razem. Każdemu zostanie wydana broń, ale wolno wam jej użyć tylko w wypadku bezpośredniego zagrożenia życia. Jest nas zbyt wiele, w tym sporo niewyszkolonych i nie byłoby dobrze, gdybyśmy w panice zaczęli strzelać do swoich. Będziemy szli w eskorcie ludzi-kaktusów i strupodziejów, którzy umieją posługiwać się bronią, więc strzelajcie tylko w ostateczności. – Anophelie, kobiety-moskity są szybkie – ciągnęła. – Wygłodzone i niebezpieczne. Pamiętacie, co wam mówiono na odprawach. Mężczyźni są gdzieś w tym miasteczku i musimy ich znaleźć. Trochę dalej ciągną się mokradła Wody, tam mieszkają kobiety. Jeśli nas usłyszą lub poczują, przylecą, więc ruszajcie się żwawo. – Wszyscy gotowi? – Wydała gestem polecenie i strażnicy-kaktusy otoczyli ich wieńcem. Otworzyli kojec dla zwierząt, wciąż przymocowany łańcuchami do „Trójzębu” niby kotwica. Bellis uniosła brwi, zobaczywszy, że świnie i owce mają nałożone obroże i muskularni ludzie-kaktusy trzymają je na smyczach. – W takim razie ruszamy.
Wyprawa z Plaży Maszyn do miasteczka ludzi-kaktusów była koszmarem. Z perspektywy dni i tygodni Bellis nie umiała ułożyć wydarzeń w żaden spójny łańcuch. W jej wspomnieniach nie było porządkującego wymiaru czasu, tylko wycinki obrazów pozlepiane w coś na kształt majaku sennego.
Upał tworzy w powietrzu wokół niej zakrzepy, zatyka jej pory skórne, oczy i uszy. Wszędzie unosi się gęsta woń zgnilizny i żywicy Roi się od insektów, kąsających i liżących. Bellis wręczono skałkówkę, którą, o ile pamięta, trzymała na wyciągnięcie ramienia, jakby to było śmierdzące jajo.
Idzie jak krowa w stadzie, człapie noga za nogą razem z innymi pasażerami – kolce jedynego uczestniczącego w wyprawie hotchi naprężają się i rozluźniają z nerwową naprzemiennością, głowonogi kheprich podrygują – otoczonymi przez tych, których fizjonomia zapewnia im bezpieczeństwo: ludzi-kaktusów i strupodziejów, ciągnących za sobą na smyczach świnie i owce. Ci pierwsi bezkrwiści, ci drudzy tak obficie wypełnieni krwią, że to ich chroni. Są też uzbrojeni w karabiny skałkowe i kuszarpacze. Jedyny człowiek wśród strażników to Uther Doul. W obu rękach niesie broń. Bellis gotowa jest przysiąc, że za każdym razem, gdy na niego patrzy, widzi w jego dłoniach coś innego: nóż i nóż, pistolet i nóż, pistolet i pistolet.
Spogląda na porośnięte pnączami skały i w szczeliny między nimi, w głąb lądu, nad zboczami zieleniącymi się gęstym listowiem i stawami wypełnionymi cieczą, która sprawia wrażenie gęstej jak smarki. Słyszy dźwięki. Jakieś ruchy pośród listowia, nic groźniejszego. Ale potem wybucha straszliwy skowyt, nie sposób określić, skąd dochodzący, jakby samo powietrze było bólem.
To ten dźwięk był wszechogarniający i szczelnie ich otulający.
Bellis i jej sąsiedzi wpadają na siebie, niezdarni z przerażenia, zmęczenia i gorąca, rozglądają się na wszystkie strony i widzą pierwsze oznaki ruchu, kształty mknące zygzakiem między drzewami niby niesione przez wiatr drobiny kurzu – coraz bliżej i bliżej, niestabilna mieszanina przypadkowego ruchu i złych zamiarów.
A potem pierwsza z anophelii biegiem wyskakuje zza osłony drzew.
Wygląda jak kobieta zgięta wpół, a potem jeszcze raz, jakby miała kości z gumy, poskręcana i pozwijana w postawie, z którą coś jest nie w porządku. Szyja za bardzo wykręcona, długie, kościste ramiona odrzucone do tyłu jak zwoje drutu, ciało robaczobiałe, wielkie oczy otwarte bardzo szeroko, totalnie wygłodzone, piersi podobne do puch bukłaków. Nogi poruszają się obłąkańczo szybko, kobieta biegnie i upada, ale nie uderza o ziemię, dalej sunie ku nim tuż nad ziemią, ramiona i nogi podrygują drapieżnie, i nagle – na wszystkich bogów jebniętego Jabbera – na plecach otwierają się skrzydła i unoszą jej ciężar, gigantyczne, opalizujące skrzydła moskita trzepoczą z tym wibrującym skowytem, tak szybko, że ich nie widać, przez co ta potworkowata kobieta zdaje się niesiona ku nim na poduszce mętnego powietrza.
To, co się za chwilę wydarzyło, raz po raz nawiedzało Bellis we wspomnieniach i snach.
Spozierając wygłodniałym wzrokiem, kobieta-moskit otwiera usta, odciągając wargi od bezzębnych dziąseł, i pluje śliną. Charczy, a z ust wyskakuje jej mokra od plwociny długa na trzydzieści centymetrów kłujka.
Wyskakuje organicznym ruchem, kojarzącym się z wymiotowaniem, ale jest nieodparcie i rozstrajająco seksualna. Nie sposób pojąć, jak zmieściła się w jej głowie i jakim sposobem przeszła przez gardło. Kobieta frunie ku nim na rozwrzeszczanych skrzydłach, po czym ze ściółki wynurzają się inne.
Wspomnienia rozmazują się. Bellis była pewna, że nie uroiła sobie tego, co widziała, ale kiedy o tym wspominała, nagłość obrazów nigdy me przestawała jej szokować. Przejęta zgrozą ekspedycja o mało nie idzie w rozsypkę i padają strzały, niebezpiecznie na oślep; Doul warczy gniewnie: „Wstrzymać ogień!”.
Bellis widzi, jak pierwsze kobiety-moskity omijają ludzi-kaktuów, nie są nimi zainteresowane. Kierują się ku strupodziejom, lądują na nich, a ci umięśnieni mężczyźni tylko nieznacznie się uginają pod ciężarem pozbawionych tłuszczu skrzydlatych kobiet. Podobnymi do włóczni wypustkami ust dźgają strupopancerze, ale nie potrafią ich przebić. Bellis słyszy trzask zrywanych smyczy: przerażone świnie i owce rozbiegają się, ciągnąc za sobą trop gówna i pyłu.
Kobiet-moskitów jest już kilkanaście. „Tak wiele tak szybko”. Po ucieczce świń i owiec natychmiast kierują się ku tej łatwiejszej do upolowania zwierzynie. Wzlatują na cienkich skrzydłach, głowy mają pochylone, biodra i kończyny zwisają luźno, ręce dyndają w powietrzu niby pajacyki podwieszone do wydłużonych kości barkowych. Z ciemną kłujką wciąż mokrą i wystawioną spadają na przejęte zgrozą zwierzęta. Łatwo je doganiają, zastawiają drogę i rozczapierzonymi palcami chwytają za sierść czy runo i skórę. Bellis patrzy – pamięta i cały czas szła tyłem, niefachowo, potykając się o stopy sąsiadów, ale siłą przerażenia utrzymała się na nogach – struchlała i zahipnotyzowana, jak pierwsza z nich przystępuje do jedzenia.