Pełniącym tutaj służbę Samheryjczykom czas schodził na kłótniach, bójkach, hazardzie, ignorowaniu kobiet-moskitów i odwiedzaniu mężczyzn tylko celem zaopatrzenia się w żywność i niezbędne wyposażenie. Ich oficjalnym zadaniem było kontrolowanie dopływu informacji na wyspę, stanie na straży czystości języka, której Kohnid zawdzięczało swoją hegemonię – jak również uniemożliwianie ludziom-moskitom ucieczek.
Zupełnie niedorzeczna lista obowiązków. Na wyspę nikt nie przybywał. Niewielu marynarzy o niej wiedziało. Z rzadka trafiał tutaj jakiś zabłąkany statek, ale nie mającą o niczym pojęcia załogę czekała szybka śmierć z rąk wyspiarskich kobiet.
I żadni z anopheliusów nie opuszczali wyspy.
Oficjalnie zatem obecność przybyszów z Armady na wyspie była zakazana w ramach umowy pomiędzy Dreer Samher a Kohnid. Posługiwano się przecież wyłącznie wysokim kettai i Armadyjczycy nie przywieźli żadnych towarów na handel. Ale wizyta obcych ludzi którzy potrafili porozumiewać się z tubylcami, była bezprecedensowa.
Sengka rozglądał się dokoła furiackim wzrokiem. Kiedy zdał sobie sprawę, że ci pomyleni intruzi pochodzą z Armady, tajemniczego nautycznego miasta, wybałuszył oczy. Zachowywali się jednak uprzejmie i najwyraźniej bardzo pragnęli się wytłumaczyć. I chociaż rzucał swoim niegdysiejszym rodakom-kaktusom gniewne spojrzenia, syczał do nich obelgi, nazywał ich zdrajcami i pozorował lekceważący stosunek do Kochanki, słuchał, co miano mu do powiedzenia, i pozwolił się zaprowadzić z powrotem do sali, w której czekało szefostwo armadyjskiej wyprawy.
Kochanka, strażnicy-kaktusy i Uther Doul odstąpili do tyłu, u boku Bellis stanął zaś Tintinnabulum. Swoje długie, siwe włosy zebrał w koński ogon, a jego potężne barki i ramiona zasłaniały Bellis i pozostałe osoby.
– Nie przerywaj teraz – mruknął. – Przejdź do sedna sprawy.
„Crahn” – napisała.
Absurdalność tego wszystkiego wprawiła ją w krótką histerię. Wiedziała, że gdyby wystawiła nos na zewnątrz, groziłaby jej natychmiastowa i nieprzyjemna śmierć. Żarłoczne kobiety-moskity w miarę szybko by namierzyły taki worek pełen krwi jak ona. Zwęszyłyby ją i wyssały do ostatniej kropli, wydrenowałyby ją z taką łatwością jakby odkręciły kurek.
A przecież w tych murach ochronnych, zaledwie godzinę po rzezi na szlaku znad morza – wciąż miała w oczach trupa kobiety-moskita rozbryzganego na skórze i kościach wydrenowanych zwierząt – zadawała uprzedzająco grzecznemu gospodarzowi pytania w martwym od stuleci języku. Pokręcił głową.
„Szukamy jednego z waszych ludzi” – napisała.
„Potrzebujemy z nim porozmawiać. To sprawa ogromnej wagi. Zna pan niejakiego Krüacha Auma?”
„Aum – odpisał, dokładnie w tym samym tempie i z identycznym zainteresowaniem czy brakiem zainteresowania – który myszkuje po starych ruinach za starymi księgami. Wszyscy znamy Auma. Mogę wam go przyprowadzić.”
Rozdział dwudziesty czwarty
Tanner Sack tęsknił za morzem.
Skóra pękała mu od gorąca, a macki bolały.
Większość dnia spędził na czekaniu, aż Kochanka, Tintinnabulum, Bellis Coldwine i pozostali skończą rozmawiać z milczącymi samcami anopheliusów. On i jego towarzysze gadali ze sobą półgłosem, jedli suszone mięso i bez powodzenia prosili swoich dziwnych, zdystansowanych gospodarzy o coś świeższego do jedzenia.
– Te kretyny, kutasy jedne, mordy mają do dupy podobne – bluzgali niektórzy wygłodniali mężczyźni.
Żarłoczna zawziętość kobiet-moskitów głęboko wstrząsnęła Armadyjczykami. Mieli świadomość, że partnerki ich gospodarzy czyhają w powietrzu tuż za murami, że panujący w mieście osowiały spokój jest zwodniczy – że tkwią w pułapce.
Niektórzy spośród towarzyszy Tannera rzucali nerwowymi żartami z samic anopheliusów. „Czego się spodziewać po kobietach?”, mówili, trzęsąc się ze śmiechu, komentowali, że samice wszystkich gatunków to krwiopijcy i tak dalej.
Nie chcąc psuć atmosfery, Tanner próbował się śmiać z tych idiotyzmów, ale nie potrafił.
Osoby zgromadzone w dużej, ascetycznej sali podzieliły się na dwa obozy: po jednej stronie Armadyjczycy, po drugiej ludzie-kaktusy z Dreer Samher. Obserwowali się nawzajem nieufnie. Kapitan Sengka toczył zażartą dyskusję z Hedrigallem i dwoma innymi kaktusami z Armady, czemu jego podwładni przysłuchiwali się niepewnie. Kiedy Sengka i jego ludzie w końcu wyszli, Armadyjczycy z ulgą odetchnęli. Hedrigall powoli podszedł do ściany i usiadł koło Tannera.
– Nie przepada za mną – powiedział ze zmęczonym uśmiechem. – W kółko powtarzał, że jestem zdrajcą. – Wywinął oczami. – Ale nie popełni żadnego głupstwa. Boi się Armady. Powiedziałem, że szybko się stąd zmywamy, że nic nie przywieźliśmy i nic nie bierzemy, ale dałem mu też do zrozumienia, że jak nam coś zrobią, to będzie się to równało wypowiedzeniu wojny. Nie przewiduję żadnych kłopotów.
Po jakimś czasie Hedrigall zauważył, że Tanner bez końca masuje sobie skórę, polizawszy najpierw palce. Wyszedł z sali i Tanner był bardzo wzruszony, kiedy po piętnastu minutach Hedrigall wrócił z trzema pękatymi bukłakami morskiej wody. Tanner spryskał się nią obficie i nalał wody do skrzeli.
Ludzie-moskity wchodzili do środka i przyglądali się Armadyjczykom. Kiwali głowami do kolegów, pohukiwali i pogwizdywali. Tanner patrzył, jak ci roślinożercy jedzą, wciskają do ciasnych otworów gębowych garście wielobarwnych kwiatów i przeżuwają je z taką samą zapalczywością, z jaką ich kobiety wysysały krew z żywego ciała. Potem z cichym prychnięciem wypluwali zużyte płatki, zgniecione i cienkie jak bibułka, odsączone z nektaru i soków, odbarwione.
Armadyjska załoga godzinami pociła się i cierpiała pragnienie, podczas gdy Kochanka i Tintinnabulum ustalali plany. W końcu Hedrigall i kilku innych ludzi-kaktusów wyszło z sali pod eskortą anopheliusów. Światło, wlatujące przez wykute w skale szyby, zaczęło przygasać. Zmierzch zapadł szybko. Przez niewielkie szczeliny i w lustrzanych odbiciach Tanner widział, że niebo jest fioletowe.
Warunki mieli iście koszarowe. Gospodarze wyłożyli podłogę sali trzciną. Noc była gorąca. Tanner zdjął śmierdzącą koszulę, złożył w kostkę i wsunął pod głowę w roli poduszki. Znowu opryskał się morską wodą i zobaczył, że inni Armadyjczycy też usiłują dokonać z konieczności skromnych ablucji.
Nigdy w życiu nie był taki zmęczony. Czuł się tak, jakby wyssano z niego energię do ostatniej iskry i zastąpiono nocnym upałem. Złożył głowę na zaimprowizowanej poduszce, mokrej od jego potu, i mimo odległości podłogi – tylko w nieznacznym stopniu złagodzonej przez zimny podkład, zresztą zapach pyłku i roślinnego kurzu wiercił w nosie – błyskawicznie zasnął.
Po przebudzeniu miał wrażenie, że spał nie więcej jak dziesięć minut. Zobaczył światło dnia i jęknął smętnie. Głowa go bolała i łapczywie napił się wody z dzbana.
Kiedy wszyscy Armadyjczycy już się obudzili, z małego, bocznego pomieszczenia wyszła Kochanka, Doul i Coldwine, w towarzystwie tych ludzi-kaktusów, którzy opuścili ich poprzedniego wieczoru. Był z nimi bardzo stary anophelius, odziany tak samo jak jego rodacy i z tym samym wyrazem spokojnego zainteresowania na twarzy.
Kochanka przemówiła do zgromadzonych w jednym miejscu sali Armadyjczyków.