Spośród milionów cząstek mineralnych, które unoszą się w wodzie, niektóre występują niespotykanie licznie: porozłupywany i zmielony krzemień, kropelki ropy naftowej, a także intensywny, nieziemski osad skalnego mleka.
Co oni robią?
Co oni robią?
Smak tutejszego morza coś przypomina. To jest ślina, której smak znają myśliwi. To jest plwocina świata. Spływa – pamiętają - z poszarpanych ust wyrżniętych przez platformy wiertnicze, które zasysają to co znajdą; obok betonowych cokołów mężczyźni w nieskutecznych sandrach ze skóry i szkła rozglądają się wkoło i łatwo jest ich porwać. Przesłuchać i zabić.
Pływające miasto wierci.
Tutejsze prądy tworzą istny labirynt, plątaninę konkurencyjnych przepływów, które zbrylają nieczystości w kręte łańcuchy, ślady smakowe które nie mają większego sensu, małe enklawy rozmaitych brudów.
Trudno się idzie ich tropem.
Wieloryby nie żyją.
A co z innymi? Z delfinami – nieposłuszne - albo manatami – ociężałe i za głupie - albo…
Żadne się nie nadają, jesteśmy sami.
Istnieją oczywiście inne stworzenia, które można wywołać z morskiej głębiny, ale nie są tropicielami. Ich praca polega na czymś zupełnie innym.
Myśliwi zostali sami, ale wciąż mogą polować. Z niezłomną – i nieprzystającą do tego gorącego, szybkiego miejsca – cierpliwością kontynuują poszukiwania, przeciskają się między żyłkami smaku, zanieczyszczenia i plotek, znajdują drogę i podążają nią.
Są znacznie bliżej celu niż wcześniej.
Ale ta ciepła woda jest twarda, lepka, kłująca i dezorientująca. Myśliwi krążą, ścigając upiory śladów, kłamstw i złudzeń. Już prawie, prawie. Ale nie mogą znaleźć tropu.
CZĘŚĆ PIĄTA. SZTORMY
Rozdział dwudziesty siódmy
Portownik, 9 soluara 1780,
dziewiąty markindi jastrzębiego dzioba
kwarta 6/317; „Trójząb”
Znowu ze mną rozmawia.
Uther Doul postanowił, że będziemy… Kim? Przyjaciółmi? Towarzyszami podróży? Klubem dyskusyjnym?
Odkąd opuściliśmy wyspę, załoga się krząta, a reszta z nas siedzi w milczeniu, patrzy i czeka. Czuję się lekko otępiała. Odkąd Tanner Sack wrócił zeszłej nocy – mokry, z plamami soli i przerażony chwilami spędzonymi na otwartej przestrzeni – nie mogę się uspokoić. Wiercę się na krześle i myślę o tym drogocennym liście, o tym brzydkim cynowym łańcuszku, bezcennym dowodzie, i czekającej je długiej podróży. Tanner Sack powiedział mi, że Sengka zgodził się je przewieźć. Droga jest długa, wyprawa ciężka. Mam nadzieję, że Sengka się nie rozmyśli. Modlę się, żeby przynęty Silasa okazały się wystarczające.
Tanner Sack i ja unikamy się wzrokiem. Mijamy się w luksusowej gondoli „Trójzębu” zesztywniali z poczucia winy. Uzgodniliśmy, że ja nie znam jego, a on mnie.
Godzinami obserwuję Krüacha Auma.
Poruszające zajęcie.
On wręcz trzęsie się z fascynacji i przejęcia. Oczy ma rozciągnięte wszerz, a pomarszczony gębozwieracz powiększa się i kurczy z każdym oddechem. Przemieszcza się – nie całkiem biega, ale jeśli to jest chód, to gorączkowy i mało dystyngowany – od okna do okna, obserwuje silniki aerostatu, chodzi do kabiny kontrolnej pilota na przedzie, do klopików, do kajut mieszkalnych i do wielkiej katedry samego balonu, wypełnionej komorami gazowymi.
Aum nie potrafi porozumieć się z nikim oprócz mnie, dlatego sądziłam, że będzie pragnął korzystać z moich usług tłumaczki, a i nie, nie mam nic do roboty. Wyłącznie siedzę i patrzę, jak chodzi w tę i we w tę niby dziecko.
Spędził na tej skale całe swoje dotychczasowe życie. Upaja się tym, co go teraz otacza.
Przyszedł do mnie Doul. Tak jak za pierwszym razem usiadł naprzeciwko ze splecionymi ramionami i pozbawionymi emocji oczami. I odezwał się tym przepięknym głosem.
Sparaliżował mnie strach – tak jakby widział, co zrobiłam do spółki z Tannerem Sackiem – ale potrafiłam patrzeć na niego z miną wyrażającą spokój, którego się po mnie spodziewał.
Nadal jestem przekonana, że Doul i ja rozumiemy się. Przekonanie to leży u podłoża więzi, którą odczuwam, i wykorzystuję je. Doul widzi – jestem tego pewna – że staram się zapanować nad strachem, jaki budzi we mnie jego osoba, i szanuje mnie za to, że nie ulegam nerwowości, jaką powinna we mnie wzbudzać styczność z legendarnym dowódcą…
Nerwowość budzi we mnie co innego: że Doul odkryje, iż jestem zdrajcą. To jednak w ogóle nie przychodzi mu do głowy.
Przez długi czas bez słowa obserwowaliśmy Auma. W końcu Doul się odezwał. To zawsze on przerywa milczenie.
– Teraz, kiedy go mamy – powiedział – nie widzę, co mogłoby nam uniemożliwić przywołanie. Dzieje Armady wkrótce wkroczą w nową epokę.
– Co z okręgami, które nie są zadowolone z tego pomysłu? – spytałam.
– To prawda, że niektórzy mają obawy, ale proszę pomyśleć co przyniesie ze sobą przywołanie. Obecnie miasto porusza się żółwim tempem. Kiedy zaprzęgniemy do naszych celów awanka, będziemy w stanie osiągnąć wszystko. Przemierzymy cały świat w niewielkim ułamku czasu, który teraz jest nam do tego potrzebny. Moglibyśmy udać się w miejsca w tej chwili dla nas niedostępne – dokończył zniżonym głosem.
Znowu to samo: sugestia jakiegoś nieujawnionego motywu. Silas i ja poznaliśmy tylko połowę tej historii. Projekt ten nie ogranicza się tylko do wywabienia awanka. Nabrawszy przekonania, że poznałam tajemnice Armady, źle się czuję z tą niespodziewaną niewiedzą. Bardzo źle.
– Może do krainy umarłych? – spytałam powoli. – Do świata cieni i z powrotem?
Powiedziałam to niby od niechcenia, jakbym przytaczała krążące na jego temat pogłoski. Chciałam go sprowokować, żeby mi zaprzeczył. Chciałam poznać prawdę o projekcie, chciałam poznać prawdę o Doulu.
I wtedy Doul mnie zaskoczył. Chyba spodziewałam się jakiejś omownej sugestii, jakiejś mglistej wskazówki co do jego pochodzenia. Otrzymałam znacznie więcej.
Przypuszczam, że jest to element jego własnego projektu, polegającego na wytworzeniu między nami jakiejś więzi – jakiej, tego na razie nie wiem – ale niezależnie od pobudek, które nim kierowały, dał mi znacznie więcej.
– To jest łańcuch szeptów – odparł. Pochylił się i mówił cicho, dla zagwarantowania poufnego charakteru naszej rozmowy. – Kiedy pani słyszy, że pochodzę z krainy umarłych, znajduje się pani na końcu łańcucha szeptów. Każde ogniwo jest wadliwie połączone z poprzednim i umykają kolejne porcje sensu. – Jeśli niedokładnie tak brzmiały jego słowa, to bardzo podobnie. W ten sposób mówi, monologami, które sprawiają wrażenie wcześniej przygotowanych. Moje milczenie nie było niechętne. To było milczenie publiczności. – Na moim końcu łańcucha jest prawda – ciągnął. Nagle stała się rzecz szokująca: chwycił mnie za rękę i położył dwa moje palce na powolnym tętnie w nadgarstku. – Urodziłem się za pani życia. Ponad trzy milenia po Rebelii… Nadal przypisują mi ten kataklizm? Ze świata umarłych nie ma powrotu.
„Pum, pum, pum”. Puls tętnił ociężale jak u jakiejś zimnokrwistej jaszczurki.
„Wiem, że to są bajeczki dla dzieci” – pomyślałam. „Wiem, że nie jesteś powróconym. A ty wiesz, że ja wiem. Czy chodzi ci o to, żebym cię dotykała?”