Kiedy Kochankowie się zobaczyli, nastąpiła długa chwila ciszy, a potem pokonali dzielący ich dystans i wzięli się w objęcia. Chwytali się i szarpali. Namiętne dotyki trwały co najmniej minutę. Nie przypominały pieszczot: Kochankowie sprawiali wrażenie, jakby walczyli ze sobą w zwolnionym tempie. Widok ten niepomiernie poruszył Bellis.
Wreszcie wyplątali się z uścisku. Bellis stała dostatecznie blisko, aby usłyszeć, jak syczą do siebie. Kochanka uderzała i drapała swego mężczyznę w szyję i twarz, coraz mocniej i mocniej. Kiedy dotknęła jego nowego nacięcia, jej dłonie nagle stały się tak delikatne, jakby miała do czynienia z niemowlęciem.
– Tak jak się umówiliśmy – szepnęła Kochanka, dotykając swojej rany – i w uzgodnionym momencie. Czułeś mnie? Czułeś? Przysięgam, że ja cię czułam, każdy centymetr, każdą kroplę krwi.
Na ścianach sali w boazerii wisiały stare portrety olejne inżynierów i polityków, których Bellis nie rozpoznawała. Crobuzończyków anonimowo obrastających pleśnią w trzewiach skradzionego statku. Wokół stołu w kształcie podkowy zasiadał senat Armady. Przed oblicze dostojnej izby wezwano Tintinnabuluma, szefów ekip inżynieryjnych i naukowych z „Trójzębu” oraz Krüacha Auma. Obok oszołomionego anopheliusa siedziała Bellis.
Senat Armady nie zebrał się od ośmiu lat, ale władcy okręgów czekali na powrót „Trójzębu”, aby poddać ten przełomowy w dziejach Armady plan pod głosowanie. Chcieli stworzyć pozory, że wszystko odbywa się zgodnie z procedurami.
Każdy okręg miał jeden głos w senacie. Niektóre okręgi reprezentowała jedna osoba, niektóre grupka osób. Bellis powoli powiodła wzrokiem wokół stołu. Władców okręgów nietrudno było rozpoznać.
Braginod, królowa Czasów z rasy ludzi-kaktusów, w towarzystwie swoich doradców.
Książkowice reprezentował triumwirat kheprich, którzy nachylali się ku sobie i konwersowali za pomocą ruchów ciała i emisji chymicznych, co ich służący, człowiek, przekładał na język ludzi. Ich nazwiska mało kto znał, byli bowiem tylko figurantami, za którymi stała trzęsąca okręgiem klika o zmiennym składzie.
Blisko końca stołu siedział człowiek odziany w mnisze szaty: wysłannik Cieplarni. Obok siebie miał niechlujnego człowieka w wieku około sześćdziesięciu lat. Bellis rozpoznawała go z plakatów: był to król kupiec Friedrich z okręgu Tobietwój. Sąsiadował z nim mężczyzna o szarej i pokrytej bliznami twarzy: generał Alozowic.
Zdecydowanie najliczniejsza była delegacja Bud. W obradach senatu brała udział znaczna część Rady Demokratycznej – mężczyźni i kobiety różnych ras, siedzący w ciasnym kręgu przylegającym do głównego stołu niby kółko zębate w przekładni. Ciągle szeptali coś między sobą i patrzyli na przedstawicieli Niszczukowód z widoczna wrogością.
A po prawej stronie stołu: Kochankowie. Nie zabierali głosu, tylko obserwowali. Siedzieli obok siebie w milczeniu, z bliźniaczymi śladami przemocy na twarzach.
Naprzeciwko nich siadł blady mężczyzna, w prostym, ciemnym stroju który spoglądał na Kochanków znacznie mniej czytelnym znacznie inteligentniejszym wzrokiem niż rajcy z Bud. Bellis nigdy wcześniej go nie widziała. Nos miał szeroki, a usta pełne. Jedynym elementem odbiegającym od jego wygładzonego wizerunku były kręcone włosy. Ciemne, lecz przejrzyste oczy były niezwykłe, hipnotyzujące.
Bellis z drżeniem zdała sobie sprawę, że jest to przywódca Pragnieniowic, największy rywal Kochanków. To z jego powodu posiedzenie odbywało się po zachodzie słońca. Naprzeciwko Kochanków siedział wampir – Brucolac.
Wszyscy wiedzieli, że posiedzenie jest formalnością i że jego uczestnicy nie dadzą się przekonać do zmiany dawno przyjętego stanowiska. Spory i dyskusje były sztuczne, a ciche sojusze i antagonizmy widoczne gołym okiem. Bellis wyrażała swoją opinię w kwestiach językowych, kiedy została o to poproszona.
Za projektem Kochanków opowiadało się pięć okręgów. Książkowice sprawiały wrażenie autentycznie zachwyconych planem Niszczukowód. Czasy i Alozowice były opłacane przez Niszczukowody i stosowały się do poleceń jego włodarzy. Friedrich z okręgu Tobietwój bezwstydnie sprzedał swój głos Kochankom, wiedząc, że potrafią przebić finansowo ofertę każdej innej dzielnicy.
Kochankom sprzeciwiały się tylko współpracujące ze sobą dzielnice Cieplarnia i Budy oraz działający w pojedynkę Brucolac z Pragnieniowic. A zatem pięć do trzech. Można było przystąpić do natychmiastowej realizacji planu.
– Nie zostaliśmy poinformowani – powiedziała Vordakine z Rady Bud, kobieta srogiego oblicza, która strofowała Kochanków za ich nieuczciwość. Rozpaczliwie próbowała przeciągnąć na swoją stronę Friedricha albo kheprich z Książkowic. – Nie powiadomiono nas o zamiarach Niszczukowód, kiedy jego piraci powrócili, holując crobuzońską platformę wiertniczą „Sorgo”. Mowa była wtedy o wzroście produkcji energii elyktrycznej i mocy, o taniej ropie naftowej.
O skalnym mleku nie usłyszeliśmy ani słowa. A teraz się okazuje, że tania energia została z góry przeznaczona na projekt z awankiem. Czy można przewidzieć, co zamierzają zrobić, kiedy awank będzie już schwytany?
Brucolac ożywił się po raz pierwszy. Patrzył w stronę przedstawicieli Niszczukowód, a konkretnie – jak uzmysłowiła sobie Bellis – na Doula.
– Tu tkwi sedno sprawy – powiedział nieoczekiwanie. Głos miał chrapliwy, jakby na siłę wydarty z gardła. – To jest zasadnicza kwestia. – Jego długi, rozwidlony język zatrzepotał. Bellis wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. – Jakie są zamiary? Co można zrobić, mając awanka? Dokąd można popłynąć?
Kupiecki król Friedrich zmienił pozycję na krześle i splunął. Vordakine przypomniała mu o zobowiązaniach i starych długach wdzięczności, o których Bellis nic nie wiedziała. Odwrócił wzrok. Vordakine nie zdołała nakłonić go do zmiany stanowiska. Friedrich spojrzał na Kochanków, a oni uśmiechnęli się do niego i jednocześnie skinęli głowami.
„Kupimy twój głos – mówił ten gest – a jeśli Budy i Cieplarnia czy ktokolwiek inny przystąpi do licytacji, przepłacimy ich. Podaj swoją cenę”.
Przeciwnicy przywołania awanka wyglądali na starych i zmęczonych.
Platforma, książka, Krüach Aum – Bellis uzmysłowiła sobie, że od planów Kochanków od początku nie było odwrotu.
Wiele kilometrów za oknami, pośród ciemności nocy, nadal widać było burzę, raz po raz rozkwitającą na krótko błyskawicami. Otoczona przedstawicielami stronnictw, które dopiero teraz zaczynała rozumieć, tłumacząc dla członka rasy, którą miała za dawno wymarłą, Bellis czuła się ponuro i samotnie.
Wyszła z sali jako jedna z ostatnich. Przy drzwiach podniosła wzrok na Uthera Doula, który zastawiał jej drogę, ale zorientowała się, że jej współtowarzysz z wyprawy na wyspę ludzi-moskitów nie patrzy na nią. Z oczami i ustami nieruchomymi jak szkło był sczepiony wzrokiem z Brucolakiem.
Kochankowie już poszli. Wszyscy inni przedstawiciele okręgów też. Został tylko Uther Doul i wampir, a pomiędzy nimi stała Bellis.
Marzyła o tym, żeby już wreszcie wyjść, ale Doul stał w takiej pozycji – jakby szykował się do walki. Nie było miejsca na przeciśnięcie się bok niego, a bała się odezwać. Brucolac stał z rozwichrzoną czupryną i rozchylonymi ustami, upiorny wężowy język trzepotał w powietrzu.
Bellis tkwiła w pułapce. Dwaj mężczyźni nie zwracali na nią najmniejszej uwagi.
– Nadal zadowolony, Uther? – spytał Brucolac. Jego głos nigdy nie przekraczał natężenia nieprzyjemnego szeptu. Uther Doul nic nie odpowiedział. Brucolac parsknął udawanym śmiechem. – Nie sądź, że to już koniec. Obaj wiedzieliśmy, czym skończy się ta maskarada. Decyzje zapadają gdzie indziej.