Выбрать главу

Kilka niedawno uprowadzonych, metalowych statków przeznaczono złomowania. Rozbierano je na kawałki. Krzątały się przy tym tysiące mężczyzn i kobiet. Rutynowe prace portowe wykonywały załogi kadłubowe, a tymczasowo zatrudnionym robotnikom płacono astronomiczne dniówki. Okręty wojenne odarto z żelaznych szkieletów zewnętrznych, z parowców wypruto wnętrzności, powyrywano dźwigary i ogromne maszty z hartowanej stali. Statki obdarto ze skóry i wypatroszono, konwoje sterowców i flotylle barek woziły do fabryk tony metalu.

Uprząż awanka miała być zrobiona z dźwigarów i śrub wciąż poznaczonych bliznami po poprzedniej służbie. Żelazo za bardzo zniszczone, aby nadać mu nowy kształt, przetapiano w odlewniach.

Armada nie była miastem o wielkich tradycjach taumaturgicznych, ale miała wielu fachowych metalotaumaturgów, którzy całymi ekipami pomaszerowali do fabryk. W ścisłej współpracy z inżynierami mieszali w wielkich kadziach tajemne składniki, aby wzmocnić metal, uczynić go lżejszym i połączyć poszczególne elementy. Nareszcie wykorzystano część magazynowanego przez Niszczukowody skalnego mleka. Płyn ten przywożono w diabelnie ciężkich ampułach. Po odkorkowaniu wydzielał dezorientujące zapachy, na przykład przypraw korzennych i nafty. Burzył się za szkłem – zimna macica perłowa.

Metalotaumaturgowie odmierzali mleko kroplami, mrucząc zaklęcia i przeciągając dłonie nad metalem, co wzbudzało w nim silne prądy, ładowało go energią i uszczelniało.

Elementy uprzęży awanka, walcowane, kute bądź uzyskane bardziej skomplikowanymi metodami, holowano na wyznaczone miejsce pod miastem przy użyciu batyskafów. Armia nurków pracowała przy nim z chymicznymi spawaczami, tryskając kolorowymi podwodnymi erupcjami, wywijając młotkami i kluczami w spowolnionym przez wodę tempie.

Była to niesamowita, zbudowana w ekspresowym czasie podwodna fabryka.

***

Łańcuchy zamocowano od spodu do pięciu statków: „Psire” z Książkowic, „Saskital” z Czasów, wielkiego parowca „Lament Krawca” stołecznego okrętu Cieplarni, do „Zapasu Słów” z nawiedzanego okręgu i „Wielkiego Wschodniego” z Niszczukowód. Z kilów i podwodnych części burt każdego z tych starych, gigantycznych statków sterczał żelazny łuk rozmiarów portalu dużego kościoła, taumaturgicznie przyśrubowany i zamaskowany. Od każdego łuku ciągnęły się ogniwa wielkości sporych łodzi.

Strażnicze rekiny zwolniono ze służby. Wydawało się niemożliwe, że łańcuchy kiedykolwiek były ukryte. Huczało od pogłosek: o tym, co zrobiono do tej pory, i o tym, co może stać się teraz. Mówiono, że okręg Cieplarnia próbował odciąć łańcuch pod swoim statkiem, chcąc pokrzyżować plany Niszczukowód, ale żelazny łuk okazał się zbyt mocny, zbyt duży, zbyt dobrze chroniony zaklęciami.

W dużej, pozbawionej okien hali na dnie „Wielkiego Wschodniego” budowano nowy silnik. Niepotrzebne kotły i sięgające na wysokość dorosłego człowieka rury usuwano, co przypominało wyrąb zardzewiałego lasu. Kiedy upiory maszyn zniknęły, na podłodze można było zobaczyć dwie wielkie, grube tarcze metalu. Sięgały do pasa, a ich obwód wynosił wiele metrów. Były obrośnięte skorupą starości i smaru. Powstały przed wieloma stuleciami w ten sposób, że końcowe ogniwo łańcucha przepchnięto przez podłużny otwór w kadłubie statku, a następnie rozkuto na płask, żeby się mocno trzymały.

„Ktoś to wcześniej zaplanował” – stwierdził Tanner Sack. Nie mógł wyjść z osłupienia, kiedy pomyślał, że wiele pokoleń temu wykonano taki ogrom pracy, wymagającej wielkiej fachowości, sprawności organizacyjnej i umiejętności taumaturgicznych, a potem celowo zapomniano o jej efektach.

Między dwiema tarczami Tanner Sack i jego koledzy zaczęli budować niezwykłą machinę. Pracowali według specyfikacji żmudnie wyliczonych przez Krüacha Auma.

Tanner uważnie przejrzał schematy. Konstruowany przez nich silnik funkcjonował według nieznanych mu praw. Olbrzymia machina miała wypełnić pomieszczenie łomotem młotków i kół zapadkowych, napędzana energią ze źródła, które pozostawało dla Tannera zagadką.

Zaczął od dołu, od kotłów, które miały dostarczać parę do tłoków. Wywiercił dziury w nitach łańcuchów, wlał tam wrzące stopy metali i wsunął do otworów grube jak nadgarstek kable w osłonie smoły. Kable przechodziły przez transformatory rozmiarów nogi, żebrowane słupki z białej gliny, po czym niknęły w gąszczu drutów, izolatorów i dyferencjałów.

Był to silnik pacyficzny, który po łańcuchu „Wielkiego Wschodniego” miał przesyłać skomplikowane energie do zanurzonego wiele kilometrów pod wodą wielkiego wędzidła z całym jego oprzyrządowaniem. Do wabika. Do przynęty i bata.

Morze było przezroczyste. Na olbrzymim podwodnym placu budowy roiło się od nurków. Żurawiami statków fabrycznych spuszczano poszczególne komponenty. Na końcu ogromnych łańcuchów nabierała kształtów potężna uprząż, nadal przycumowana zaledwie kilkanaście metrów pod powierzchnią. Jej rozmiary były niepokojące dla oka, jej kontury egzotyczne i niezgłębione. Pływały wokół niej pstro ubarwione ryby, batyskafy, rzemieślnicy-raki, robotnicy w skafandrach i Tanner Sack. Ich ruchy cechowała powolna gibkość istot zanurzonych w wodzie.

Od czasu do czasu przez wodę szła wibracja. Podpory platformy wiertniczej „Sorgo” zniknęły w cylindrycznych, żelaznych wypornikach, które podtrzymywały ją pod powierzchnią niby zawieszone w wodzie statki. Szyb wiertniczy opadał pionowo przez tony wody, znikał w głębinach, przebijał morskie dno i żerował niby moskit.

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Silas odwiedził Bellis trzy dni po jej powrocie.

Spodziewała się jego wizyty – co wieczór raz po raz zerkała ku drzwiom – ale i tak zdołał ją zaskoczyć. Tego wieczoru zjadła kolację z Carrianne. Szczerze lubiła swoją byłą koleżankę z pracy, którą uważała za osobę wrażliwą i dowcipną, ale poczucie samotności nie chciało zniknąć, kiedy zmuszała się do uśmiechu. „Czy to cię zaskakuje?” – spytała bezlitośnie samą siebie. „Flirtujesz z samotnością eksploatujesz ją, kreujesz ją”.

Wspomniała czasy crobuzońskie i uczciwość kazała jej przyznać, że wiele się pod tym względem nie różniły od obecnych. Tutaj za wyobcowaniem przynajmniej krył się jakiś powód. Było ono pokarmem dla jej psychiki.

Carrianne domagała się szczegółowych opisów wyspy anopheliusów, panującej tam pogody i zachowań ludzi-moskitów. Zasnuwała ją mgła melancholii. Carrianne była wprawdzie pogodzona z życiem na pokładzie, ale już od lat nie postawiła stopy na lądzie i takie opowieści musiały wzbudzić w niej nostalgię.

Bellis stwierdziła, że trudno jej się mówi o wyprawie na wyspę ludzi-moskitów. Pamiętała ją jakby z oddali, jako monotonne pasmo strachu i nudy, przetykane szlachetniejszymi uczuciami. Pewne rzeczy musiała oczywiście pominąć. Z premedytacją mgliście wyrażała się o anopheliusach, o samheryjskich piratach, a przede wszystkim o Krüachu Aumie.

Od starcia Uthera Doula z Brucolakiem, które obserwowała z boku, Bellis była zafascynowana przywódcą Pragnieniowic. Carrianne opowiedziała jej wszystko, co chciała wiedzieć na ten temat: o strukturze politycznej okręgu, o plutonie wampirów wykonujących rozkazy Brucolaca i o podatku posocznym.

– Jest to jedna z nielicznych okazji, przy których się go spotyka powiedziała Carrianne. Usiłowała mówić rzeczowym tonem, ale Bellis dosłuchała się w jej głosie trwogi. – Czasem w roli poborcy występuje któryś z jego podwładnych. Nacinają cię tutaj, tutaj albo tu – pokazała na udo, pierś i nadgarstek. – Smarują krew antykoagulantem i zamykają próżniowo w słoju.