Выбрать главу

Art dzielnie zniósł kpiące spojrzenie młodego olbrzyma.

— Nie mam pojęcia — odparł w zadumie. — Nie mam bladego pojęcia. Ale na miejscu Henry’ego na pewno bym coś wymyślił.

— Nie traktuj tego zbyt osobiście — ostrzegł go Carson. — To są sprawy dla zarządu.

— Myślę, że powinniśmy znaleźć sobie dobrego adwokata i pozwać drani do sądu — ciągnął Art. — Przynajmniej za niedbalstwo. Nie wiem, jak tam inni, ale mnie coś boli w plecach. — Wykrzywił się w udanym grymasie bólu.

— To nic nie da — rzekł Carson. On i George wykonywali większość roboty. Spięli razem oba pojazdy, ale i tak kołysały się i uderzały o siebie. George stał na łodzi i podawał kontenery Carsonowi. Cały proces odbywał się na zasadzie „trafi-nie trafi”, więc Hutch i tak była zdumiona, że stracili tylko jedną paczkę.

— Dlaczego nie? — upierał się Art. — Przynajmniej świat się dowie, jak działają Caseway i Truscott.

— Nic z tego nie będzie — tłumaczył Carson. — Po prostu obarczą winą jakiegoś pilota na najniższym szczeblu drabiny i rzucą go wilkom na pożarcie. Na górze nikt nie ucierpi.

— Ale przecież na nas napadnięto — wtrąciła Hutch.

— To prawda — zgodził się George, zajęty przywiązywaniem kontenera. — I wiemy, czyja to była sprawka.

— Musi być jakiś sposób, żeby się do nich dobrać — upierał się Art. Nie wypadał przekonująco w roli mściciela. Był z natury ostrożny, skromny, przezorny — zupełnie niepodobny do tych energicznych typów, jakie spotyka się zwykle w odległych zakątkach już poznanego kosmosu. Wyglądało to niemal tak, jakby pewnego dnia wsiadł do autobusu na przedmieściach Chicago i wylądował raptem w Świątyni.

Hutch przypomniała sobie tamtego bandytę z Newarku, którego Truscott rozbroiła i zabiła. Ona z pewnością nie siedziałaby bezczynnie pozwalając, by traktowano ją w ten sposób.

Z wyjątkiem owej oderwanej kopuły kompleks nie odniósł innych poważniejszych uszkodzeń. Hutch wiedziała, że porobiło się kilka przecieków, że jeden z mniejszych modułów, ten, w którym mieszkały Andi i Linda, pękł i wypełnił się wodą. Widziała także kilkoro ludzi, którzy przeszukiwali dno w pobliżu komory z łodzią podwodną.

Przyszło jej na myśl, że może ta bomba była bezpośrednim rezultatem jej rozmowy z Truscott. Nie mogła się pozbyć takiego wrażenia.

Szlag by to trafił.

Ze wspólnego kanału dobiegł ją głos Henry’ego.

— George? Potrzebujemy cię przy wykopaliskach.

George przyjął polecenie.

— Chyba będziecie musieli dokończyć beze mnie.

Hutch poczuła na plecach zimny dreszcz.

— Mają zamiar zaczynać od nowa?!

— Na to wygląda.

— Robi się trochę późno — rzuciła z przekąsem.

Art zerknął na zegarek.

— Czterdzieści trzy godziny, z groszami.

Napełnili ponownie łódź i ruszyli ku powierzchni. Tym razem oddalili się nieco od brzegu w poszukiwaniu spokojniejszych wód. Hutch zawezwała Alfę z powrotem ze szczytu, na którym stała, i kierowała ją teraz wzdłuż linii brzegowej.

Zabawnie było obserwować, jak Eddie przekazuje ładunek Artowi. Żaden z nich nie zaliczał się do specjalnie silnych ani zręcznych, było więc między nimi sporo pokrzykiwania, pokazywania palcem i doradzania, w jaki sposób ten drugi mógłby pracować lepiej. Żeby ułatwić im działanie, Hutch zamocowała przy Alfie teflonową platformę załadowczą z Winka. Wystarczyło wrzucić kontener przez klapę, a on ześlizgiwał się tam gdzie trzeba. Zadziałało świetnie, więc Hutch była zachwycona.

Skończyli robotę i byli już w drodze powrotnej do Seapointu, kiedy znów włączył się Henry.

— Jak świetnie zdajecie sobie sprawę — zaczął — przeciągnęliśmy już ewakuację ponad wyznaczony termin. Zdrowy rozsądek nakazuje, żebyśmy zmyli się stąd jak najprędzej. Ale jak większości z was wiadomo, w Dolnej Świątyni odnaleźliśmy obiekt, który zdaje się być walcową maszyną drukarską. Ma ruchome metalowe czcionki, cały komplet jest na miejscu. Zanim uderzyła fala, Maggie udało się wypatrzyć kilka liter kasumelskiego C. Niestety, maszyna nadal znajduje się w Dolnej Świątyni. Nie będzie łatwo do niej dotrzeć w tak krótkim czasie, jaki nam pozostał. Ale jeśli zdołamy ją odzyskać, możemy mieć nawet całą stronę kasumelskiego C. Nie muszę wam mówić, co to dla nas znaczy. Obecnie robimy wszystko co w naszej mocy, żeby dostać się do eksponatu. Chciałbym, żeby w tym samym czasie zaczęto przerzucać ludzi na statek.

— Chwileczkę, Henry — przerwała mu jakaś kobieta łamiącym się głosem. Hutch spojrzała pytająco na Arta.

— Sandy Gonzales — wyjaśnił. — Wykonała dla nas większość roboty w Oz.

— O co chodzi, Sandy? — zapytał Henry.

— Prowadzenie prac ziemnych w tych warunkach jest zbyt niebezpieczne. Dajmy spokój i wynośmy się stąd.

— Ciebie to nie będzie dotyczyło, Sandy.

Źle — pomyślała Hutch. A podobno Henry jest taki inteligentny. Może po prostu był niewyspany.

— Nie próbuję chronić własnej skóry, Henry — warknęła Sandy. — Mówię tylko, że dość znaczy dość. Odwołaj to, zanim ktoś zginie.

— W porządku. — Henry zachował zimną krew. — Ktoś jeszcze chce coś powiedzieć?

Odezwał się kolejny kobiecy głos. Znajomy, ale Hutch nie potrafiła go przyporządkować.

— Nie chciałabym przez resztę życia zastanawiać się, o co chodzi z tym przeklętym miastem na księżycu, wiedząc, że mogłam być blisko odpowiedzi, a nie spróbowałam.

— To Linda Thomas — wyjaśnił Art. — Jest świetna. I bardzo młoda. Sam chciałbym mieć przed sobą jej przyszłość.

Jeden po drugim odzywali się wszyscy. Nawet Frank Carson z wahadłowca. Ku zdumieniu Hutch, głosował za ograniczeniem dalszych strat i wycofaniem się. Ale cała ekipa była w tej kwestii beznadziejnie podzielona, przy czym niektórzy głosowali przeciwko obu wariantom. Karl Pickens chciał zostać, bo nie życzył sobie, żeby go stąd usuwano siłą, ale uważał, że podstawa Świątyni została zbyt poważnie naruszona, żeby ryzykować wejście do środka.

— Ja osobiście nie chciałbym tam wchodzić. I nie sądzę, żebyśmy mogli komukolwiek na to pozwolić, nawet gdyby jakiś szaleniec zgłosił się na ochotnika.

Słowa te wywołały ogólne wzburzenie.

Janet, która już głosowała za pozostaniem, odpowiedziała mu:

— Mam nadzieję, że naszym naczelnym hasłem nie jest „Bądź bezpieczny”.

— A ty, Richardzie? — zapytał Henry. — Co ty o tym sądzisz? Hutch zastanawiała się, czy ci dwaj widzą się teraz nawzajem.

— Ja tu nie mam nic do sądzenia — oznajmił Richard swoim najbardziej obiektywnym z tonów. — Cokolwiek postanowisz ty i twoi ludzie, ja się dostosuję.

„Nie, cholera, nie! Każ im się zmywać. Działanie do ostatniej chwili nie zostawia nam miejsca na błąd”.

Jej nie zapytali.

— Dobrze — podsumował Henry — na razie będziemy grali ze słuchu. George, nie ryzykuj. — Hutch to się nie spodobało. — A tymczasem zaczniemy wywozić stąd resztę ludzi. Jeśli nie będzie żadnych znaczących postępów w pracach przy Świątyni, odwołamy je z dużym zapasem czasu. — Oddychał ciężko. — Eddie, jak przedstawia się sprawa przewozu eksponatów?

— Większość z nich stracimy — odparł Eddie lodowato. — Może powinniśmy raczej skoncentrować się na tym, co już mamy, zamiast uganiać się…

Ponieważ to, co mogli w tej chwili zrobić, zależało wyłącznie od liczby lotów, jakie mogą wykonać dwa wahadłowce, które już i tak pracowały na pełnych obrotach, Hutch nie bardzo wiedziała, na czym miałaby polegać owa „koncentracja”. Jeżeli nawet Henry to pojął, nie skomentował ani jednym słowem.