— Ocalimy tyle, ile zdołamy — wtrącił gładko. — Hutch, będziemy teraz zabierać także ludzi. Ilu poza sobą możesz wziąć?
— W Alfie czworo. A wasz wahadłowiec może pomieścić jeszcze troje.
Z Richardem i Hutch było ich razem szesnaścioro.
— Kiedy macie następny lot?
— Za około dwie godziny. Jak tylko się załadujemy.
— Dobra. Weźcie ze sobą Maggie. I Phila. — To była dwójka filologów. Mogli pracować równie dobrze na Winckelmannie, jak i w kopule. — A także Karla i Janet. Zaraz pomyślę nad resztą…
— Nie zgadzam się — wtrącił Pickens. — Nie powiedziałem, że nie chcę pomóc. Powiedziałem tylko, że to szaleństwo. To nie znaczy, że się uchylam.
Janet także wysunęła swoje obiekcje, po czym „zebranie” zakończyło się ogólnym zamieszaniem.
Kiedy wrócili do komory łodzi, Richard już na nią czekał. Był wyraźnie zmartwiony; odciągnął Hutch na ubocze.
— Możemy mieć kłopoty.
— Powiedz mi raczej coś, czego jeszcze nie wiem. Ci ludzie się pozabijają. A ja myślałam, że to ty jesteś fanatykiem.
— Hutch, to coś więcej niż tylko pogoń za ostatnim eksponatem. Henry i jego ludzie zbudowali na tym miejscu całe swoje zawodowe kariery. A teraz, kiedy są bliscy zapłaty za całe lata trudu, ktoś chce im to wyrwać z rąk. Chcesz znać prawdę?
— Oczywiście.
— Henry ma rację. Powinni zostać i próbować wydostać maszynę. Wszystko inne to byłaby zdrada.
Milczała.
Uśmiechnął się łagodnie.
— Chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobiła. Znasz Davida Emory?
Słyszała o nim. Raz nawet spotkała go na czyimś weselu. Dość pedantyczny Afrykanin z oksfordzkim akcentem. Jego specjalnością były pozaziemskie religie.
— Tak — odparła. — Znam go.
— Jest teraz na Noku. Chciałbym, żebyś wysłała mu ode mnie wiadomość.
— Jasne.
— O tych załamaniach. Chciałbym wiedzieć, czy to są przypadkowe zdarzenia, czy też układają się w jakiś logiczny wzór. Może to jakiś planetarny lub socjologiczny mechanizm. Może to coś biologicznego. Coś, co włącza się w regularnych odstępach czasu. — Przygryzł wargi, smakując gorycz niemożności rozwiązania tej zagadki. — Chciałbym wiedzieć, czy zebrał jakąś dokumentację, która potwierdzałaby zaistnienie tego rodzaju zjawiska na Noku.
— Dlaczego sam go nie zapytasz? Seapoint ma połączenie międzygwiezdne.
— Ale jest ogólnie dostępne. Na razie wolałbym, żebyśmy to zatrzymali dla siebie.
— W porządku. Prześlę to z Winka.
— Dzięki. I poproś o natychmiastową odpowiedź.
— Teraz ja chciałabym cię o coś zapytać — rzuciła szeptem.
— Mów.
— O Melanie Truscott.
— A co?
— Co z nią będzie, kiedy to się już skończy?
Poczuł się niezręcznie.
— Dostanie awans. — Uciekł wzrokiem gdzieś w bok. — Wiem, jak się czujesz, Hutch. Ale wystosujemy protest. Kosmik na to wyciągnie raport, prześle nam kopię, przeprosi i na tym koniec. — Wzruszył ramionami. — Może gdyby ktoś przy tym zginął…
Janet Allegri cieszyła się, że Henry nie zaprzestał kopania tunelu do Dolnej Świątyni, ale denerwowało ją, że będzie pierwsza do ewakuacji.
Niemniej, nie miała prawa się skarżyć. Wróciła do swej kwatery, żeby się spakować. Trzy lata temu przywiozła tu ze sobą tylko kilka osobistych drobiazgów, ale teraz przybyły jej jeszcze eksponaty. Oczywiście, to było niezgodne z prawem. Wszystko należało przekazać Akademii. Ale Akademia miała już wypełnione po brzegi magazyny, a w dodatku wszyscy inni — bo taka była tradycja — brali sobie coś na pamiątkę.
Jedną z nich, jej ulubioną, był słoneczny medalion, nazwany tak dlatego, że z jednej strony miał tarczę wschodzącego słońca i napis: „Życie za światło”. Lubiła ten napis, bo brzmiał tak bardzo po ludzku. Miała także urnę z późnego okresu mezjatyckiego, pełną napisów, których nikomu nie udało się odcyfrować, oraz monetę z postacią Quraquatczyka na awersie i krzewem Colina na rewersie. Za wiele, wiele lat te właśnie pamiątki staną się dla niej najcenniejsze ze wszystkiego, co posiada. Będą jej przypominały dwa utracone światy: Quraquatczyków i własną młodość.
Zawinęła je starannie w ubrania, wyjęła z szafy trzy torby podróżne i powkładała swoje skarby do środka.
Pościel zostaje. Ręczniki też.
Pozdejmowała ze ścian oprawione w ramki fotografie: jej brata Joela z rodziną przy świątecznym drzewku, sześciu członków ekipy ze Świątyni idących po plaży oraz Fragmentu Zeta (który Janet sama znalazła i który dostarczył Maggie pierwszych danych na temat języków Kasumelu). To tutaj przeżyła znaczną część swego dorosłego życia. Zdobyła pozycję zawodową. Przeżyła kilka romansów. Bolesna była świadomość, że wszystkie te miejsca wkrótce wypełni muł i woda.
Powlokła swoje torby w kierunku korytarza, gdzie wpadła wprost na Richarda.
Zaskoczony, obrzucił ją zdziwionym spojrzeniem, z czego wywnioskowała, że myślami błądził gdzieś daleko.
— Może pomóc? — zapytał po chwili.
Od czasu jego przyjazdu niewiele miała okazji, żeby zamienić z nim choć kilka słów. Fama niosła, że w prywatnych kontaktach bywa dość nieprzyjemny, więc czuła się onieśmielona.
— Tak, bardzo proszę.
Przez krótką chwilę przypatrywał się jej w zamyśleniu.
— Wszystko w porządku?
— Tak. Dlaczego pan pyta?
— Blado pani wygląda. — Rzucił okiem na jej torby. — Będzie dobrze. Są jeszcze inne miejsca.
Ponieśli bagaż przez świetlicę, na dół, do komory łodzi. Potem Janet przypomni sobie, że wówczas o czymś rozmawiali, ale nie będzie pamiętała o czym. Drobiazgi, bez wątpienia, rzucane od niechcenia uwagi, banalna wymiana zdań, na jaką zwykle skazani są ludzie, którzy dopiero co się poznali. Ale nigdy nie zapomni, że wtedy wydał się jej bardzo miły.
Maggie Tufu to była gwiazda wśród egzofilologów Akademii. Miała o sobie dość wysokie mniemanie, ale rzeczywiście miała do tego prawo. Zawodową reputację wyrobiła sobie na Noku, gdzie udało jej się odszyfrować i starożytne, i współczesne języki. W przeciwieństwie do większości wybitnych badaczy terenowych, Maggie była także utalentowanym wykładowcą. Na Uniwersytecie w Pensylwanii krążyły o niej legendy.
W życiu udało jej się wszystko, co najważniejsze — z wyjątkiem dwóch spraw: małżeństwa i odcyfrowania tych niewielu napisów, jakie zachowały się na Pinnacle.
A teraz stała w obliczu potencjalnej trzeciej klęski. Nikt w ekipie Jacobiego nie połapał się szybciej niż ona, jak ważne jest rozszyfrowanie linearnego C. Podobnie jak Richard, wierzyła, że może się to przyczynić do odkrycia tajemnicy Oz, a w konsekwencji samych Twórców Monumentów. Maggie, jako jedna z nielicznych, wierzyła w istnienie takiej tajemnicy. Jej koledzy w większości podzielali zdanie Franka Carsona, że obiekt jest po prostu obcy, a kiedy raz się coś takiego stwierdzi, to resztę można już sobie odpuścić.
Tak więc kiedy nadeszły straszne wieści, że Akademia porzuca Quraquę, że jej archeologiczne skarby będą poświęcone w imię stworzenia tu zamieszkanego świata, odrzuciła na bok wszystkie inne zajęcia i poświęciła się wyłącznie pracy nad linearnym C.