Выбрать главу

Teraz, pracując w tunelu z Toni i Chiangiem, wstydził się swego wybuchu. Nie udało mu się wybrnąć z sytuacji, nie był nawet tego bliski. Ale, na Boga, udało mu się stanąć twarzą w twarz z MacAllisterem i pozbyć się choć w części tego ciężaru, jaki w sobie nosił przez te wszystkie lata.

MacAllister napisał artykuł o pierwszej ekspedycji, zatytułowany „Prosto i wąsko”, który trafił na pierwszą stronę „Premiera”. Ukazał się zaraz po powrocie Nightingale’a, kiedy jeszcze toczyło się dochodzenie, i zwalił na niego całą winę, oskarżył go o kiepskie dowodzenie lądowaniem i opisał jako bezradnego tchórza, który, zraniony, zemdlał. W artykule MacAllister zlekceważył jego obrażenia, nazywając je „zadrapaniami”, jakby sam tam był.

Nightingale został publicznie napiętnowany, czego skutkiem — przynajmniej jego zdaniem — było orzeczenie komisji zamykające mu drogę do dalszych wypraw. Musimy dać sobie spokój z Maleivą III, powiedział mu jeden z członków komisji, zanim zerwał z nim wszystkie kontakty. Nie chciał, żeby widziano ich razem.

„Prosto i wąsko” ukazało się po raz kolejny w zbiorze artykułów MacAllistera. Nowy atak. I ten facet udaje, że go nie zna.

— Wszystko w porządku? — spytał Chiang.

Pracowali nad oczyszczeniem komnaty, w której znaleźli dmuchawki; nazywano ją teraz „zbrojownią”. Nightingale spostrzegł, że przestał pracować i gapi się w przestrzeń.

— Tak — odparł. — Nic mi nie jest.

Toni i Chiang obserwowali go. Gdy szli na dół, spytali, co spowodowało ten wybuch, a on ich zbył. Przecież nie mógł im o tym powiedzieć. Żółć zalewała go jednak na samą myśl, że MacAllister, ten wyszczekany, nieodpowiedzialny, samozwańczy sędzia ludzkości, znalazł się w jego zasięgu, a on nie zrobił nic. Pewnie jawił mu się jako żałosny palant.

John Drummond zdobył sławę już rok po doktoracie, opracowując równania nazwane potem jego imieniem, które stanowiły poważny krok naprzód w zrozumieniu galaktycznej ewolucji. Niestety, przez kolejne dziesięć lat nie udało mu się dokonać niczego znaczącego. Teraz, mając lat trzydzieści pięć, Drummond stał na skraju przepaści. Fizycy i matematycy zwykle zdobywali sławę wcześnie. Geniusz ujawniał się u młodych ludzi.

Przystosował się do realiów i był przygotowany na to, że spędzi połowę swojej kariery na peryferiach, krytykując dzieła lepszych od siebie. Miał jakąś tam reputację i wiedział, że nawet jeśli już niczego spektakularnego nie osiągnie, zawsze może czuć satysfakcję, że mając dwadzieścia kilka lat był lepszy od prawie wszystkich na planecie.

Mimo własnych osiągnięć czuł się onieśmielony w obecności takich ludzi jak Beekman czy al-Kabhar, którzy byli znani i szanowani wszędzie, gdzie się pokazali. Drummond wyczuwał nutę protekcjonalności w zachowaniu kolegów. Podejrzewał, że postrzegają go jako kogoś, kto w ostatecznym rozrachunku okazał się rozczarowaniem — kto nie spełnił oczekiwań pokładanych w nim za młodu.

Dlatego też często przybierał postawę obronną. Miał wrażenie, że życie zawodowe przepływa obok niego, a decyzja o wysłaniu go na Deepsix była wyborem politycznym. Po prostu był zbyt znany, żeby nie wpisać go na listę zaproszonych. Czasem myślał, że lepiej byłoby od początku być miernotą, osobą, z którą nie wiązały się wielkie nadzieje, niż być kimś, od kogo tyle oczekiwano i kto przyniósł wszystkim takie rozczarowanie.

Podobnie jak Chiang, czuł jakiś pociąg do Kellie Collier, ale nigdy nie dał tego po sobie poznać. Pił z nią kawę, kiedy trafiała się okazja, spędzał z nią czas, kiedy się dało. Ale bał się odrzucenia, a odnosił wrażenie, że ona bynajmniej nie postrzega go jako atrakcyjnego mężczyzny.

Nie był bardzo zaskoczony, kiedy Beekman zaprosił go do biura i spytał, czy chce dołączyć do ekipy, która ma zbadać artefakt orbitujący wokół Maleivy III. Była to propozycja, na którą większość kolegów patrzyłaby z zazdrością, a jego reputacja sprawiała, że dyrektor projektu nie miał zbyt wielkiego wyboru. Natomiast pomysł wychodzenia na zewnątrz Drummonda przerażał.

— Bardzo dziękuję, Guntherze. — Uwielbiał zwracać się do tego wielkiego człowieka po imieniu.

— Ależ drobiazg. Zasłużyłeś na ten zaszczyt.

— Ale inni…

— …zrozumieją. Zasłużyłeś na to zadanie, John. Gratulacje.

Drummond myślał intensywnie, jak się od tego wymigać.

— Chcesz wziąć w tym udział, prawda?

— Tak. Oczywiście, że tak. Po prostu myślałem, że starsi rangą członkowie grupy mają pierwszeństwo.

Serce waliło mu jak młotem. Wiedział, że wyjście w przestrzeń jest łatwe. Wystarczą butle z powietrzem, pas i magnetyczne buty. I wygodne ubranie. Zawsze podkreślali: wygodne ubranie. Nie lubił pracy na wysokościach, ale z tego, co czytał o pracy w próżni, wynikało, że w kosmosie nie stanowi to problemu.

Zanim otrzymał tę propozycję, zanim ją przemyślał, popełnił błąd: powiedział kilku osobom, że chciałby obejrzeć ten obiekt, chciałby go dotknąć i pospacerować po nim. Wiedział, że gdyby odrzucił tę propozycję, bez względu na wymówkę, wyszłoby to na jaw.

— Umiesz korzystać z lasera tnącego? — spytał Beekman.

— Oczywiście.

Wcisnąć guzik i nie celować w nogi.

— Dobrze. Wylatujemy za dwie godziny. Bądź przed śluzą ładowni. Na pokładzie C.

— Guntherze — wtrącił — nigdy nie nosiłem e-skafandra.

— Ja też nie — zaśmiał się Beekman. — Więc pewnie będziemy się uczyć razem.

Rozmowa została brutalnie przerwana, gdy otworzyły się drzwi biura. Beekman sięgnął po długopis.

— Aha, jeszcze jedno — rzekł, nie podnosząc wzroku — kapitan mówi, że jeśli chcesz coś zjeść, powinieneś zrobić to teraz i znaleźć sobie coś niewielkiego. Nie jest dobrze mieć w żołądku świeżo spożyty posiłek, kiedy wychodzi się w przestrzeń.

Drummond zamknął oczy i zaczął się zastanawiać, czy nie wykręcić się złym samopoczuciem.

Marcel żałował, że pozwolił Kellie na podróż na powierzchnię. Gdyby tu była, mogłaby polecieć z ekipą oglądającą obiekt, a on sam zostałby na pokładzie na wszelki wypadek. Albo tylko po to, żeby spędzić mniej męczące popołudnie.

Nie podobał mu się pomysł, że Beekman zabierze ludzi na zewnątrz. Nikt z nich dotąd nie opuszczał śluzy podczas lotu.

Oczywiście niewiele się mogło wydarzyć. Pole Flickingera było dość bezpieczne. Mimo to czuł się niepewnie.

Na życzenie Beekmana Marcel podleciał „Wendy” w pobliże końca obiektu wycelowanego w Maleivę III, w okolice części najbardziej oddalonej od asteroidy, a zbliżonej do planety. Tu było widać wyraźnie, że odczepiono go od większej konstrukcji. Końce cylindrów miały zasuwy i łączniki.

Dostosował kurs, prędkość i pozycję, więc ich położenie względem obiektu było stałe. Miało to znaczenie zasadnicze, bo ustawienie śluzy kilka metrów od obiektu było wygodne, niemniej jednak widok dwóch obiektów poruszających się z różną prędkością na pewno przyprawiłby początkujących kosmicznych spacerowiczów o mdłości. Jedyny problem polegał na tym, że dwa ciała niebieskie widoczne na niebie, Deepsix i słońce, miały się poruszać. To wystarczy, żeby dostać mdłości, jeśli nie jest się przyzwyczajonym.

— Nie patrzcie na nie — poradził swojej ekipie. — Macie przed sobą prawdziwy obcy artefakt, nigdy w życiu czegoś takiego nie widzieliście. Skupcie się na nim.

Beekman wybrał na wyprawę dwie osoby. Obie młode, obie były znanymi naukowcami. Kobieta, Carla Stepan, miała na koncie jakieś pionierskie prace z dziedziny rozchodzenia się światła. Co za zbieg okoliczności, pomyślał Marcel. Sama była świetlistą istotą.